Miło mi poinformować, że w Izraelu nie ma w tej chwili filmowców ani twórców innych umiejętności…, którzy byliby w stanie naprawdę coś znaczącego wykrzesać na temat konfliktu bliskowschodniego. Wszystkie gnioty z tej półki - kręcone na jedno kopyto - powielają znane i lubiane… schematy: nieszczęśliwcy palestyńscy - izraelscy okupanci.
Izraelscy bohaterowie (antybohaterowie) tych filmów, z nielicznymi wyjątkami, są ciemnymi świrami i sadystami o wyjątkowo trafnie dobra nej aparycji. Natomiast ekranowi palestyńscy męczennicy ukształtowani są z alabastrowej tkanki; ich wygląd i ametystowe przymioty – z miejsca zdają się sugerować, że są to ludzie myślący i głęboko wrażliwi.
Nieprzypadkowo takie filmiki właśnie wciąż zgarniają nagrody na jakichś dziwnych, peryferyjno-alternatywnych festiwalach (nie tylko w Europie). Opowiedział mi ostatnio Zbyszek Rybczyński, że na festiwalu w Nancy (gdzie był jurorem) - nawet pełnometrażowa kreskówka izraelska była skrajnie lewacka. Nic dziwnego, że w Izraelu mało kogo to kręci.
Samo zjawisko wydaje mi się jednak dosyć interesujące, gdyż potwierdza impotencję lewackich poszukiwań - nie tylko w Ziemi Obiecanej/ Świętej…Np. najnowszym izraelskim megahitem we Francji, który gorąco polecam lewakom, jest “Drzewo cytrynowe” - łyknięte tam już przez 200 tys. kinomanów z Maghrebu plus 5 i pół bladego lokalsa.



Komentarze
Pokaż komentarze (29)