Na szosie numer jeden Tel Awiw-Jerozolima od rana blokady policyjne po wczorajszym zamachu buldożerowym; na poboczu żandarm oparty o zakurzony jeep macha czerwoną choragiewką, wskazując kierunek podchodzącemu do lądowania helikopterowi. Trójwymiarowa opalizująca reklamówa z wygiętymi girlsami kręci się powoli nad urwiskiem.
W radyjku muzyka Vangelisa z filmu “Blade Runner”. Przez chwilę jest cisza i zaraz polecą hity z lat 60. przerobione na techno. Centrum Jerozolimy pełne jest wykopków, dźwigów i żandarmerii. Z jednego z tych “budów” wyleciał wczoraj buldożerem arabski heros, chcąc pozabijać ilu się da ludzi na ulicach, jak jego poprzednik 3 tygodnie temu.
Kierowca miejskiego autobusu linii “13” opowiada, jak zobaczył nagle przed sobą łopatę pędzącego buldożera; na szczęście z prawej miał pusto i dał radę skręcić - inaczej byłaby masakra. Bańdziora udało się ubić, a policja twierdzi, że działał na własną rękę i nie wysłała go żadna palestyńska organizacja; to się jeszcze okaże - mówią ludzie.
Po zamachu znacznie mniej turystów biega po otoczonym murami obronnymi Starym Mieście; w ostrym słońcu apatyczny wielbłąd przeżuwa plastikową butelkę po Coli pod bramą Jaffo. Niedaleko stamtąd w zacienionym barze “Beit Agron” (biuro prasowe) mowa jest głównie o kolejnym bojkocie izraelskim wobec sieci telewizyjnej al-Dżazira.
Bejruckie biuro al-Dżaziry fetowało hucznie zwolnienie dzieciobójcy Kuntara - w ramach transakcji z Hezbollahem. Politycy izraelscy nie będą więc udzielać wywiadów al-Dżazirze, tak samo, jak wtedy, gdy na chama promowała Hamas w Gazie. Tę niebiańską telewizornię (w wersji angielskiej) zaczął właśnie wdzięcznie retransmitować polski Onet.



Komentarze
Pokaż komentarze (20)