98 obserwujących
745 notek
896k odsłon
  509   2

Awantura warszawska - niewiele zabrakło do odwołania zbrodniczego rozkazu

Awantura w Warszawie wybuchła w wyniku spisku wewnętrznego skleconego w Komendzie Głównej AK przez szajkę kierowaną przez alkoholika i informatora NKWD Okulickiego, w skład której wchodzili: ograniczony Pełczyński, jeszcze głupszy Chruściel oraz sowietyzujący już wtedy (a później otwarcie kolaborujący z komuchami) Rzepecki. To towarzystwo (bez Rzepeckiego) zmusiło pozbawionego autorytetu tak zwanego dowódcę AK Bora-Komorowskiego do wydania obłąkańczej decyzji o podjęciu bezsensownej walki w Warszawie, co miało miejsce ok. godziny 17.30 31 lipca 1944. Następnie łajdacy ci się ulotnili i do końca powstania żadnej już roli nie odegrali, dekując się na tyłach.

Kwadrans później do siedziby Bora dotarł szef wywiadu AK, Kazimierz Iranek-Osmecki. Oto, jak wyglądała jego rozmowa z Galaretą-Komorowskim (komentarze XL w nawiasach kwadratowych):

W przedpokoju wpadłem na "Bora". Wyglądało, że przygotowywał się do wyjścia [za 15 minut miała rozpocząć się odprawa, a Galareta-Komorowski po prostu zamierzał sobie wyjść, nie czekając na uczestników]. Spojrzałem na niego zdziwiony i zapytałem:

- Jak to, jest pan sam, inni nie przyszli?

- Odprawa się skończyła - odpowiedział mi szybko. - Wydałem rozkaz rozpoczęcia walk.

Popatrzyłem na niego z osłupieniem i powiedziałem machinalnie:

- Rozpoczęcia walk? Ale dlaczego?

- "Monter" przyniósł informacje, że czołgi sowieckie zajęły właśnie Okuniew, Radość i Miłosnę i zrobiły wyłom w niemieckim przyczółku na Pradze [czyli za Wisłą - a między Pragą a zasadniczą częścią Warszawy płynęła Wisła, szeroki, solidny rów przeciwczołgowy, którego tanki nie są w stanie przeskoczyć. Taki nieistotny pretekst miał w opinii Galarety-Komorowskiego dać mu alibi]. Powiedział, że jeśli nie zaczniemy natychmiast, możemy się spóźnić. Wydałem więc rozkaz [rozkaz na podstawie niepotwierdzonej plotki, bez związku z sytuacją ogólną].

Słyszałem te słowa, ale były dla mnie jakby pozbawione sensu. wewnętrznie odmawiałem jeszcze przyjęcia tej decyzji. Potem powoli mój umysł zaczął znowu funkcjonować i zapytałem, kto był obecny.

- Gdy przyszedł "Monter", byłem z Pełczyńskim i z Okulickim. Poprosiłem zaraz Jankowskiego o przybycie [bardzo im się spieszyło, spisek miał szansę powodzenia tylko do godziny 18, wtedy na odprawę przyszliby przytomni oficerowie i zbrodniczą decyzję zablokowali]. Przedłożyłem mu fakty [czyli plotki "Montera"], a on zaaprobował decyzję [Jankowski, Delegat Rządu na Kraj, był cywilem i nie miał możliwości rozpoznać, że jest okłamywany przez wojskowych].

Podniosłem głowę i patrząc mu prosto w oczy, powiedziałem:

- Popełnił pan błąd, panie generale, informacje "Montera" są niedokładne. Otrzymałem właśnie ostatnie meldunki od mych ludzi z terenu. Wynika z nich niezbicie, że przyczółek praski nie został przełamany. Wręcz przeciwnie, potwierdzają wszystko to, co powiedziałem przed południem [na pierwszej tego dnia odprawie]: Niemcy przygotowują się do rozpoczęcia przeciwnatarcia.

"Bór" usiadł, a raczej osunął się na krzesło. Kilkukrotnie przetarł ręką czoło, po czym zapytał bezdźwięcznym, przerywanym głosem:

- Jest pan absolutnie pewien, że informacje "Montera" są błędne? [a jakie miały być? Galareta-Komorowski uwierzył w plotki, zamiast poczekać na dane wywiadowcze, które właśnie przyniósł Iranek-Osmecki]

- Jak najbardziej pewien, panie generale. Możliwe, że kilka czołgów przedostało się wewnątrz przyczółka ale jestem pewien, że nie został on przełamany.

Przez chwilę milczał, a potem znowu mnie zapytał:

- Czy może pan mi to potwierdzić?

Zdając sobie sprawę, że "Bór" się wahał, starałem się mówić jak najbardziej przekonująco.

- Zapewniam pana o tym, panie generale - odpowiedziałem mu stanowczym głosem.

[...]

"Bór" wydawał się bardzo przybity. Krążył wzrokiem po pokoju [...]

- Co mam zrobić? - wyszeptał. - Co mogę zrobić, co mi pan radzi? [Komendant AK zamiast dowodzić płaczliwie prosi o radę podkomendnego - kolejny dowód na podatność Galarety-Komorowskiego na zewnętrzne naciski, brak autorytetu, nieumiejętność stawiania na swoim]

Zdawało mi się, że mogę jeszcze powstrzymać los. Zapytałem więc:

- Czy ma pan łączniczkę, którą mógłby pan wysłać do "Montera", żeby odwołać rozkaz?

Spojrzał na mnie i zapytał:

- A wiec trzeba jeszcze raz odwoływać? Znowu odkładać?

- Tak, panie generale, wybrał pan najgorszy moment. Trzeba przekazać odwołanie rozkazu.

"Bór" spojrzał na zegarek. Miał coś powiedzieć, gdy nagle otworzyły się drzwi. Wszedł Szostak. Spojrzał na nas obu [..] i zdziwienie odmalowało się na jego twarzy.

- Co się dzieje - spytał z kolei - odprawa się skończyła?

"Bór" jakby nie zauważył przybycia Szostaka. Wpatrując się zegarek powiedział:

- Mój Boże, już szósta. Już ponad godzinę temu, jak "Monter" stąd wyszedł [nieprawda, pół godziny]. Dawno musiał już rozesłać rozkazy. Już za późno, nie możemy nic zrobić [nonsens, "Monter" nie dysponował internetem, lecz łączniczkami, które lada chwila i tak zostałyby uziemione przez godzinę policyjną; "Monter" nie zdążyłby - i rzeczywiście nie zdążył - nagryzmolić rozkazu i przekazać do do dystrybucji].

Zdając sobie nagle sprawę z tego, o co chodzi, Szostak zapytał:

- Jak to, wydał pan rozkaz bez porozumienia się z Irankiem, szefem II Oddziału, i ze mną? Ależ to szaleństwo! Damy się wszyscy zmasakrować! Trzeba natychmiast odwołać ten rozkaz.

"Bór" powiedział tylko:

- Za późno, nie możemy już nic poradzić.

Siedział bezsilny, wyczerpany, z bezkrwistą twarzą, ze spojrzeniem bez wyrazy, prawie godny politowania, w dużym płaszczu na wątłych ramionach i kapeluszu [...]

- Nie możemy nic więcej zrobić - powtórzył po raz trzeci głosem wyrażającym dziwną mieszankę zmęczenia i ulgi.

Następnie wstał i wyszedł [Iranek-Osmecki i Szostak powinni uniemożliwić łajdakowi ucieczkę, spoliczkować, zmusić do napisania rozkazu odwołującego szaleńczą decyzję podjęcia walki. Niestety byli zbyt zdyscyplinowani i pozwolili zbrodniarzowi dać nogę].

W chwilę później przyszedł Pluta-Czachowski [...]

Pluta powiedział głosem obojętnym, jakby oznajmiał wiadomość bez znaczenia:

- A propos, przeciwnatarcie niemieckie właśnie się rozpoczęło.

Kazimierz Iranek-Osmecki "Powołanie i przeznaczenie. Wspomnienia oficera Komendy Głównej AK", Warszawa 2004, str. 412-414.

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura