9 obserwujących
333 notki
126k odsłon
601 odsłon

Moja droga do kuchni...

Wykop Skomentuj26

Żeby nieco odetchnąć od nawalanki politycznej zajrzałem dzisiaj do bliskiego memu sercu działu kulinarnego. 

Przeczytałem ciekawą notkę Alamiry o tym dlaczego Francuzi jedzą tomaty a nie jabłka miłości a z niej trafiłem na nie mniej ciekawą notkę, którą popełnił Kunigas17  pod tytułem Dlaczego i jak nauczyłem się gotować. No i przypomniały mi się moje początki w kuchni. Korciło mnie żeby mojej notce dać ten sam tytuł, i że fajnie by było gdyby powstał cykl notek różnych blogerów opisujących zmagania z kuchnią a wszystko pod jednym tytułem. Korciło mnie więc napisałem do blogera Kunigas 17  list z prośbą o opinię o tym pomyśle. Wszak to on jest autorem tego tytułu więc może decydować o jego losie. Ale Kunigas 17 gdzieś się zapodział to zmieniłem tytuł.


Jeść lubiłem zawsze. Już jako dziecko lubiłem jeść. Z przyjemnością zjadałem nawet to co dla innych dzieci było kulinarną torturą - zupy mleczne. Wszystko jedno czy to były płatki owsiane na mleku czy lane kluski na mleku czy kasza manna.  Kiedy mieszkaliśmy u dziadków śniadania robił nam dziadek. Pod względem ważności poszczególnych posiłków wyznawał zasadę że śniadanie jest najważniejsze. Nie było mowy żebyśmy wyszli z domu przed śniadaniem. I nie było mowy żebyśmy wstali od stołu zanim talerze będą puste. A talerze serwowane przez dziadka były solidne. Potrafił do zupy mlecznej podać dodatkowo talerz odsmażanych ziemniaków. Męczyli się wszyscy z wyjątkiem mnie. Co prawda z powodu ilości ledwo dawałem radę ale nie narzekałem.  Zimą oprócz śniadania obowiązkowo dostawaliśmy jeszcze po łyżce tranu i kawałek chleba razowego dobrze posolonego na zakąskę. To już była prawdziwa tortura nawet dla takiego łakomczucha jak ja. Latem natomiast zamiast tranu było surowe jajko. Każdy kto w dzieciństwie musiał pić tran czy surowe jajka wie jak ciężkie to przeżycie. Nie mieszkaliśmy u dziadków zbyt długo a i dziadek też nie żył zbyt długo więc o jego umiejętnościach kulinarnych mogę napisać niewiele. Oprócz śniadań pamiętam że robił fantastyczny sos pomidorowy z własnych z miłością hodowanych pomidorów i do tego sosu sine kluski łyżką kładzione. No mówię wam - poezja. Miałem dobrą przemianę materii więc mimo że jadłem za dwóch byłem szczupły a nawet chudy tak że pod łopatkami mogłem nosić pieniądze. Ach kiedy to było...

No ale jak powiedziałem nie długo mieszkaliśmy u dziadków. Rodzice woleli samodzielność. W nowym domu już było inaczej. Mama zapracowana. Prawie sama nas wychowywała. Ojciec miał swoje ważniejsze zajęcia najczęściej jak nie był w pracy to był na rybach. Nie mogę powiedzieć miał do tego talent. Sam robił wędki, sam wymyślał różne zanęty i trzeba przyznać miał wybitne osiągnięcia w wędkowaniu. 

Mama robiła obiady z dnia na dzień. Wystarczyło po przyjściu ze szkoły podgrzać. Śniadanie rano czekało na nas na stole a drugie śniadanie już zapakowane w kredensie. Dosyć szybko zauważyłem że część kolegów stołuje się w szkolnej stołówce. Powiedziałem mamie że nie musi dla nas gotować obiadów bo możemy jeść w szkole. Mama nie była przekonana, że to dobre rozwiązanie, ale z czasem przekonała się i wykupiła nam obiady.  No tak tylko, że obiad zjadałem po czwartej lekcji a lekcji z czasem było coraz więcej. w dodatku rosłem. tak że do domu wracałem głodny. Moja siostra chociaż starsza nie przejawiała żadnych skłonności do gotowania raczej czekała aż ja coś przygotuję, więc zacząłem sam grzebać w kuchni. Proste rzeczy jak kanapki, jajecznica czy jajka sadzone to żadna filozofia, ale szybko przyszła mi ochota na prawdziwe gotowanie. Zdawało mi się że wystarczy naśladować mamę. Tyle że nie bardzo zwracałem uwagę jak mama gotuje i zong… Kilka mało udanych eksperymentów przekonało mnie że to nie takie proste i że trzeba zabrać się do tego bardziej fachowo.

Za własne kieszonkowe kupiłem w księgarni niewielką książeczkę pod tytułem "Książka kucharska dla samotnych i zakochanych"  do dzisiaj stoi dumnie na półce wśród opasłych tomów poświęconych kuchni staropolskiej czy litewskiej. No i tak się zaczęło. Pierwszą prawdziwą potrawą przygotowaną według tej książki był pilaw. Wspaniała potrawa jednogarnkowa. W dodatku można ją było przygotować w prodiżu.

Proporcje dla czterech osób:

80 dkg udźca baraniego (bez kości)

2 szklanki ryżu

1szklanka oleju

3 cebule

6 marchwi

4 pomidory

1 jabłko (winne)

pieprz, sól, papryka do smaku

Najlepsze naczynie to dość szeroki rondel albo prodiż. Mięso kroimy jak na gulasz. Olej wlewamy do rondla i rozgrzewamy do wrzenia. Wrzucamy mięso i cebulę niezbyt drobno pokrojoną. Smażymy mieszając do zrumienienia się cebuli. Zdejmujemy naczynie z ognia wrzucamy utartą na grubej tarce marchew, na marchwi układamy pokrojone w grube plastry pomidory a na pomidorach grubo pokrojone plastry jabłka (obrane i z wykrojonymi gniazdkami nasiennymi). Wszystko zalewamy wrzącą osoloną wodą tak żeby pokryła wszystko tak na około 5 cm. Przykrywamy i gotujemy przez godzinę na małym ogniu. NIE MIESZAMY. Po godzinie posypujemy papryką (łyżeczka) lub pieprzem (1/4 łyżeczki), wsypujemy ryż i ponownie zalewamy wrzącą osoloną wodą na mniej więcej 3 cm. Jeżeli robimy pilaw w prodiżu to zakrywamy pokrywą i włączamy na około trzy kwadranse max godzinę. Jeżeli w garnku to zakrywamy i wstawiamy do nagrzanego pieca również na trzy kwadranse do godziny.

To było moje pierwsze wielkie zwycięstwo kulinarne. Rodzina była zachwycona. Od tamtej pory robiłem pilaw wielokrotnie zawsze był znakomity. Tylko z baraniną bywają kłopoty. Nie wiem dlaczego nie zawsze i nie wszędzie można ją kupić.

Smacznego.

P.S. Nigdy nie przepadałem za szpinakiem. Owszem jadłem ale się nie zachwycałem. Raz w życiu w Kilcach jadłem placek ziemniaczany ze szpinakiem i byłem zachwycony. Ale to było raz więc się nie liczy.


Wykop Skomentuj26
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości