Poznałem go przeszło dwadzieścia pięć lat temu w Paryżu. Miałem to szczęście. Spotykaliśmy się później kilkakrotnie, również w Warszawie.
Ale nie moja znajomość ma być tematem tego postu, tylko Juan.
Człowiek o niespotykanej wręcz skromności. Taki wielki ze mógłby sobie pozwolić na jakiś gest wyższości wobec bliźnich. Nie, nic z tych rzeczy. Cichy, skromny jakby trochę nieobecny i wiecznie zapracowany. Z pracowni wychodził tylko na posiłki i żeby się przywitać z gośćmi. Szczupły, drobny, lekko zgarbiony aż dziw skąd czerpał siłę do pracy. Kiedy go poznałem zrobił na mnie wstrząsające wrażenie. Uwierzyć nie mogłem że to on. Jak człowiek tak wielki może być tak niepozorny. Jego prace poznałem wcześniej więc miałem jakieś wyobrażenie o autorze. Nic bardziej mylnego.
Juan Soriano pozostanie w mojej pamięci jako wzór człowieka. Wielkiego skromnego i życzliwego. Tak właśnie od tej pory wyobrażam sobie autorytety. Szkoda, że już nie spotkam się z nim ani w Paryżu ani w Warszawie. Ale jeżeli uda mi się kiedyś pojechać do Meksyku to z pewnością odwiedzę jego grób.
Zamieszczam jeden z jego obrazów który powstał mniej więcej w okresie kiedy się poznaliśmy, przepraszam powinno być kiedy go poznałem. Miłośnikom sztuki polecam ze szczerego serca pogrzebcie w googlu, warto.
La ventana.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)