PrzemysławGołębski PrzemysławGołębski
151
BLOG

Półfinał wygraliśmy. Finał przegrała sama

PrzemysławGołębski PrzemysławGołębski Sport Obserwuj notkę 6
Polski kibic zawiera ze sportowcami wygodną umowę. Gdy przychodzi zwycięstwo, pojawia się „my”. Gdy przychodzi porażka, zostaje „ona” Chwała rozlewa się na wspólnotę. Potknięcie przykleja się tylko do zawodnika.

Widać to szczególnie po wielkich turniejach. 

Kibic siedzi w fotelu, ogląda mecz, skok, wyścig albo walkę i przez chwilę uczestniczy w czymś większym. 

Nie trenował, nie ryzykował zdrowia, nie znosił presji i samotności. Dostaje jednak emocję, flagę, nazwisko i poczucie udziału.

Psychologia społeczna opisuje ten odruch jako basking in reflected glory. 

Człowiek ogrzewa własne ego cudzym sukcesem. W języku kibica brzmi to zwyczajnie. Wygraliśmy.

Po porażce zaczyna się drugi etap. 

Włącza się selekcjoner, trener, psycholog i sędzia charakteru w jednej osobie.

Za późno skróciła. Źle przyspieszył. Brakło głowy. Spaliła się. Trzeba było zagrać inaczej. Kanapa daje komfort pełnej wiedzy bez żadnej odpowiedzialności. Internet zamienia ten komfort w publiczny sąd.

Za tym stoi mechanizm porównania społecznego. 

Cudzy sukces daje dumę, ale potrafi też drażnić, bo pokazuje dystans między zwykłym życiem a życiem człowieka, który wszedł wyżej. Dlatego polska publiczność lubi sportowca wielkiego wynikiem i „normalnego” zachowaniem.

Ma imponować, ale nie powinien sprawiać wrażenia, że odleciał od ludzi.

Tu działa polski habitus. 

To zestaw odruchów wyniesionych z domu, szkoły, pracy, osiedla i historii. Przez dekady lepiej było nie pokazywać zbyt mocno, że człowiekowi się udało. Kto miał więcej, budził pytania. Kto mówił, że ma świetnie, ryzykował chłód. Kto eksponował sukces, szybko słyszał o pysze, układach albo sodówce.

Dlatego „jakoś leci”, „stara bieda” i „bywało lepiej” działają w Polsce jak język więzi. Zmniejszają dystans. Pokazują, że człowiek nadal należy do grupy.

W USA pewność siebie jest częścią widowiska. W Polsce skromność jest przepustką do akceptacji.

Małysz pasował do tego kodu niemal idealnie. 

Wielki wynik, mało pozy, język zwykłego człowieka. Kubica uruchamiał opowieść o pracy, ryzyku i uporze. Radwańska dawała obraz sprytu i głowy. Lewandowski od lat budzi bardziej złożone reakcje, bo globalna marka, pieniądze i pełna kontrola wizerunku tworzą dystans.

Chwalińska trafia w czułą strunę awansu z zaplecza. Bez wielkiej pozy, bez hałasu, z drogą, którą łatwo uznać za uczciwą.

Sportowiec w Polsce ma zadanie szersze niż wynik. 

Ma dawać dumę, wzruszenie i poczucie wspólnoty, a zarazem zostawić kibicowi prawo do oceny. Po zwycięstwie ma być „nasz”. Po porażce ma przyjąć lekcję od narodu, który przez telewizor wie wszystko.

W tym sensie sport jest polityką emocji. 

Wspólnota tworzy bohatera, a potem pilnuje, by nie zerwał symbolicznej więzi z grupą. Mistrz może wejść na szczyt. Powinien jednak mówić językiem ludzi stojących pod górą.

Dlatego w Polsce zdanie „został normalny” brzmi jak najwyższy komplement. 

W praktyce oznacza społeczną zgodę na sukces.

#RolandGarros  #MajaChwalińska #Chwalińska #tenis #tennis #WTA #GrandSlam #PolskiTenis #Sport #PsychologiaSportu #SocjologiaSportu

Doradca ds. wizerunku, politolog, bloger

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Sport