W Sosnowcu 44-letni mężczyzna przez kilka tygodni atakował obywateli Ukrainy. Pobił nastolatka, skopał klienta sklepu, który mówił po ukraińsku, i użył gazu wobec dwóch kobiet.
Usłyszał sześć zarzutów.
W Bielsku-Białej dorosły mężczyzna zaatakował w autobusie Ukrainki, wśród nich jedenastoletnie dziewczynki. Wyzywał je, groził im i naruszył nietykalność jednej z nich.
W Łodzi napastnik pobił Polaka, ponieważ uznał go za Ukraińca. Krzyczał, żeby wynosił się z kraju. Ofiara trafiła do szpitala z obrażeniami głowy.
Na warszawskim Targówku pobito 44-letniego taksówkarza z Ukrainy.
Na Moście Świętokrzyskim grupa chuliganów zaatakowała ukraińskich nastolatków. Jeden z chłopców doznał pęknięcia czaszki. Według relacji świadków napastnicy próbowali zrzucić go z mostu.
Każda z tych spraw ma innych sprawców. Razem tworzą obraz kraju, w którym antyukraińska agresja wyszła z internetu na ulice.
Nagonka zawsze zaczyna się od języka.
Najpierw ktoś mówi o rzekomych przywilejach. Później o pasożytach, zagrożeniu i obcych, którzy zabierają Polakom mieszkania, pracę oraz pieniądze. Następnie pojawiają się filmy, memy i wpisy przedstawiające miliony ludzi jako jednolitą, wrogą masę.
W końcu ktoś bierze kij bejsbolowy.
Przemoc dojrzewa w atmosferze przyzwolenia. Sprawca podejmuje decyzję sam, lecz wcześniej przez wiele miesięcy słyszy, że jego ofiara stanowi problem. Dostaje język, którym może opisać własną agresję jako obronę kraju, porządku albo interesu Polaków.
Tak działa odczłowieczanie.
Człowiek przestaje być uczniem, taksówkarzem, sprzedawczynią, matką albo sąsiadem. Zostaje sprowadzony do narodowości. Od tej chwili jego zachowanie, charakter i osobista historia tracą znaczenie.
Wystarczy ukraiński język, akcent albo podejrzenie, że ktoś pochodzi z Ukrainy.
Przykład z Łodzi pokazuje skalę tego mechanizmu. Napastnik nie potrzebował nawet prawdziwego Ukraińca. Wystarczyło mu wyobrażenie wroga.
Politycy dobrze znają ten proces.
Mimo to część z nich od miesięcy podsyca niechęć, ponieważ walczy o wyborców Brauna i Konfederacji.
Ukraina stała się wygodnym narzędziem kampanii.
Każdy problem można przypisać uchodźcom. Każdą frustrację można skierować przeciwko ludziom, którzy mają słabszą pozycję i rzadko mogą odpowiedzieć.
Taka strategia daje szybki zysk.
Jej koszty ponosi całe społeczeństwo.
Gdy polityk przez wiele miesięcy mówi o Ukraińcach jak o zagrożeniu, nie kontroluje później granic agresji.
Tłum nie rozróżnia rządu w Kijowie od dziecka w autobusie. Nie oddziela sporów historycznych od kobiety pracującej w sklepie. Nie zatrzymuje się przed nastolatkiem, który rozmawia z matką po ukraińsku.
Dlatego ofiarami stają się dzieci.
Można spierać się o zakres pomocy dla Ukrainy, świadczenia, politykę migracyjną, relacje z Kijowem i oczywiście o historię. Państwo musi prowadzić takie debaty. Polityk przekracza granicę wtedy, gdy zamiast oceniać decyzje władz, kieruje gniew przeciwko całej narodowości.
Odpowiedzialność karna spoczywa na sprawcach. Odpowiedzialność polityczna obejmuje również tych, którzy stworzyli atmosferę przyzwolenia.
Przez miesiące wrzucali do debaty kremlowskie narracje, opowiadali o ukraińskim zagrożeniu i licytowali się na coraz mocniejsze słowa. Dzisiaj udają zdziwienie, że propaganda dotarła do autobusów, sklepów, ulic i szkół.
Nie ma w tym żadnej zagadki.
Kiedy politycy uczą pogardy, zawsze znajdzie się ktoś, kto potraktuje ich słowa jak instrukcję.
A będzie jeszcze gorzej.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)