Na tym polega ramowanie. Wyborca nie ocenia każdej decyzji od zera. Odczytuje ją przez wcześniejsze skojarzenia. Jeśli partia raz została opisana jako środowisko oderwane od zwykłych ludzi, później nawet sensowne decyzje mogą zostać uznane za kolejny dowód oderwania.
Projekt ustawy dla artystów może mieć merytoryczne uzasadnienie. Wielu ludzi kultury pracuje bez stabilnych dochodów, etatów i zabezpieczenia społecznego.
Są wśród nich instruktorzy w domach kultury, muzycy z małych miejscowości, plastycy, tancerze, scenografowie i twórcy ludowi.
Tyle że polityka masowa działa przez pierwsze skojarzenie.
Przy haśle „dopłaty dla artystów” wielu wyborców nie zobaczy instruktorki z powiatowego domu kultury. Zobaczy znanego aktora, piosenkarza z gali, celebrytę z telewizji albo postać w rodzaju Jasia Kapeli.
I wtedy padnie pytanie, którego żadne ministerialne uzasadnienie łatwo nie przykryje.
Dlaczego państwo ma pomagać Jasiowi Kapeli, a rodzice chorego dziecka dalej zbierają pieniądze w internecie?
To pytanie będzie uproszczeniem. Będzie krzywdzące wobec wielu biednych twórców. Będzie pomijało realne problemy ludzi kultury. Ale politycznie uderzy bardzo mocno, bo odwołuje się do elementarnego poczucia sprawiedliwości.
Tu działa drugi mechanizm. Porównanie społeczne. Ludzie patrzą na decyzje państwa przez własne życie. Przez kolejkę do lekarza, ratę kredytu, składki, czynsz, pensję, zbiórki na leczenie dzieci, brak mieszkania, zmęczenie i poczucie, że państwo zawsze znajduje język dla kogoś innego.
Drobny przedsiębiorca zapyta o swoje składki. Pielęgniarka o przeciążony system. Nauczyciel o pensję. Rodzic chorego dziecka o dostęp do leczenia. Młody człowiek o mieszkanie. Pracownik usług o bezpieczeństwo pracy. Każdy z nich może uznać, że państwo szybciej rozumie artystów niż jego codzienność.
W tym miejscu KO przegrywa komunikacyjnie, nawet jeśli ma argumenty merytoryczne.
Błąd polega na kolejności opowieści. Najpierw trzeba było pokazać większy problem. W Polsce ogromna grupa ludzi pracuje niestabilnie. Twórcy, samozatrudnieni, pracownicy usług, ludzie na zleceniach, sezonowi fachowcy, mali przedsiębiorcy, opiekunowie, osoby żyjące od miesiąca do miesiąca.
Dopiero w takiej ramie artyści stają się jedną z wielu grup pozbawionych bezpieczeństwa. Bez tej ramy wyglądają jak środowisko z dostępem do mediów, które dostało własną ustawę.
Podobny błąd pojawił się w kampanii prezydenckiej. Kandydat KO łatwo dawał się opisać jako przedstawiciel wielkomiejskiego świata, a kpiny części liberalnego zaplecza z Karola Nawrockiego, jego biografii, języka i społecznego pochodzenia wzmacniały ten obraz.
Tu działa mechanizm grupy odniesienia. Jeżeli wyborca widzi w czyjejś biografii fragment własnej drogi, atak na tę biografię może odebrać osobiście. Kandydat staje się wtedy symbolem awansu, któremu ktoś odmawia szacunku.
KO powinna rozumieć, że pierwsze skojarzenie często wygrywa z najlepszym wyjaśnieniem. Obraz wygrywa z tabelą. Emocja wygrywa z uzasadnieniem. Pytanie o chore dziecko i dopłaty dla artystów może być niesprawiedliwe, ale będzie zrozumiałe dla milionów ludzi.
I właśnie dlatego jest groźne.
To nie jest sprawa samej ustawy. To test zdolności KO do rozumienia społecznego odbioru własnych decyzji. Liberalna polityka często wpada w pułapkę dobrej intencji. Zakłada, że skoro rozwiązanie jest sensowne, wyborcy sami odczytają je właściwie.
Nie odczytają, jeśli wcześniej dostaną prostszy obraz.
W 2015 roku Platforma za późno zrozumiała, że politykę wygrywa ten, kto potrafi nazwać poczucie pominięcia.
W 2026 roku KO ryzykuje powtórkę.
Tym razem zaskoczenia być nie powinno.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)