wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
111 obserwujących
168 notek
424k odsłony
  14867   30

Jak uratować Żyda, czyli roszczenie o heroizm

Atak najważniejszych izraelskich dostojników na Polskę i Polaków, siłą rzeczy musiał wywołać powszechną dyskusję o tym co się stało na ziemiach II RP w czasie minionej wojny. I choć w istocie przyczyną postawy prominentnych Żydów nie jest dbałość o pamięć pomordowanych, tylko całkiem prozaiczne przesłanki, natury materialnej i politycznej, to cały wytworzony szum i to od lat, przesłania istotę problemu. Zarówno w sensie etycznym jak i prawnym.

Punktem wyjścia wszelkich rozważań , o tym jak zachowywali się Polacy wobec Żydów w czasie wojny, powinna być przede wszystkim próba choćby minimalnego zrozumienia realiów okupacji, podstaw prawnych i ekonomicznych bytowania ludności pod władzą Niemców i ocena realnych możliwości działania.

Nie chcę wdawać się w żadne licytacje, ani doszukiwać się wśród swoich krewnych tych, co pomagali Żydom. Nie znam żadnego takiego przypadku. A moja dość liczna rodzina ze strony Matki, miała z pewnością okazję do niesienia pomocy, zamieszkując okolice Kosowa Lackiego, a więc miasteczka położonego najbliżej Treblinki. Jeździłem tam na wakacje przez długie lata i choć głuchy pomruk wojennej tragedii był tam słyszalny na każdym kroku, to zazwyczaj w rozmowach toczonych bez obecności dzieci, albo w restauracji "Kolorowa" po kilku głębszych, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany. W latach 70 Żydów w Kosowie nie było, choć ślady ich przedwojennej obecności widoczne były na każdym kroku, od resztek kirkutu przy drodze do Sokołowa, przez młyn elektryczny mieszczący się w dawnej synagodze, po posterunek milicji obywatelskiej, założony w budynku dawnej mykwy, położonej nad rzeczką Kosówką. No i oczywiście stacja w Treblince, którą trzeba było minąć jadąc do Kosowa z Małkini, z dwoma wielkimi napisami "Nigdy więcej wojny" i "Nigdy więcej Treblinki". Dla kilkulatka , który nauczył się czytać zanim poszedł do szkoły, to pierwsze hasło było oczywiste, ale drugie zdumiewające - dlaczego mieszkańcy Treblinki nie chcą aby ich skromna wieś istniała? Nikt z dorosłych nie miał chęci tłumaczyć. A więc stąpałem w każde wakacje po śladach ogromnej żydowskiej społeczności, nie bardzo zdając sobie sprawę, że niemal w całości została wymordowana parę kilometrów od gospodarstwa moich Dziadków, paręnaście minut rowerem po kiepskiej drodze, do lasu we wsi Poniatowa, bo tam faktycznie był obóz.

Z wiekiem zdobywałem coraz więcej informacji. A to miejscowy doktor Andrzej Wakulicz , który w czasie wojny walczył z epidemią tyfusu w sokołowskim gettcie, składał mi ciężko złamaną rękę, a to gdzieś zasłyszałem plotkę, że piękny dwór w pobliskich nadbużańskich Tosiach kupił ktoś wzbogacony na handlu z ukraińskimi strażnikami obozu, a to o rodzinie mojego kolegi mówiono, że dorobiła się na przewożeniu ludzi przez graniczny Bug ( w dwie strony ). Nic konkretnego. Pierwsze realne spotkanie z historią, to wizyta "Amerykanów" u naszych sąsiadów. Okazało się, że żydowska rodzina odwiedziła tych, dzięki którym przeżyła. Schowana w jamie wykopanej pod stodołą. Wejście przez budę dla psa. Sympatyczni starsi już ludzie, przyjechali z wnukami, żeby się odwdzięczyć. Trochę popodsłuchiwałem. Podobno warsztat trumniarski, co to owi sąsiedzi stworzyli dla syna, to właśnie za pieniądze z Ameryki, od ocalonych.

W Kosowie 80% ludności przed wojną stanowili Żydzi, a jednym z nielicznych Polaków, był kowal z ulicy Nurskiej, drugi mąż mojej Babci. I właśnie od niego mam jedyną wiarygodną , a przy tym wstrząsającą relację o Zagładzie. Był naocznym świadkiem likwidacji kosowskiej społeczności żydowskiej. I jej czynnym uczestnikiem, przynajmniej według dzisiejszych kryteriów, opracowanych w wygodnych fotelach przy kawie ciastkach, albo czymś mocniejszym, tudzież na odprawach u redaktorów mediów o wielkich zasięgach. Franciszek A. był prostym kowalem, takim typowym z Podlasia. Nieduży, suchy, ale młotem machał jak dziecko grzechotką, nawet po osiemdziesiątce, bo jeszcze w takim wieku pracował. Tytoń robił sam, jak dmuchnął to trzeba było z chałupy uciekać. Małomówny, choć po kilku głębszych, lubił powspominać. Jednego tematu unikał jak ognia, ale niedługo przed śmiercią, jakby w jej przeczuciu przeszło dziewięćdziesięcioletni  starzec wyrzucił swojego robaka, czy po naszemu traumę. 

Okupacja w Kosowie nie była początkowo ciężka, nie to co u Sowietów, za pobliskim Bugiem. Miejscowi żandarmi zachowywali się bardzo przyzwoicie, nawet wobec Żydów, w archiwum Muzeum Polin można znaleźć sporo zadziwiających zdjęć. Życie toczyło się w miarę normalnie i "mój" kowal pozostawał w dobrych relacjach i z okupantami, i z granatową policją, i z raczkującym podziemiem, i z miejscową ludnością żydowską. W kuźni każdy miał coś do zrobienia, taki fach.

Lubię to! Skomentuj338 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura