wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
136 obserwujących
247 notek
636k odsłon
  1875   6

Bujania kwoki, czyli Polska urzędująca

Być może co uważniejsi widzowie filmów Stanisława Barei pamiętają scenę z Alternatywy 4 gdy Balcerek "puszcza gołębie" zachęcając je do wysokich lotów charakterystycznym zawołaniem bujaj! bujaj! To relikt staropolszczyzny, w której "bujać" oznaczało po prostu "latać", a "buje" to nic innego jak skrzydła. Bujanie w obłokach ma zatem wyjątkowo silne językowe zakorzenienie, z czego dziś nie zdajemy sobie sprawy, wiążąc sprawę bujania z całkiem innymi od pierwotnych czynnościami. Latanie pozostawiliśmy lotnikom, a bujanie zostało zdegradowane do zupełnie innych znaczeń, stanowiących substytut zdolności prawdziwych. 

Obserwując polską rzeczywistość ostatnich lat kilkunastu trudno się oprzeć wrażeniu , że jej podstawową cechą jest iluzyjność. Dysponując przebogatymi zasobami polszczyzny powinniśmy móc z łatwością opisywać otaczający nas świat, ale przy każdej próbie precyzyjnego określenia zjawisk, mamy dojmujące wrażenie, że używane słowa nie są w stanie odpowiednio przylepić się do obserwowanego fenomenu. Chcemy widzieć lot orła, a widzimy bujanie kwoki. I choćby nie wiem jak propagandyści ze wszystkich stron wmawiali nam, że jest inaczej, to owego dojmującego wrażenia nie możemy się pozbyć. Kwoka to wprawdzie żywicielka ludzkości i ma swoje poczesne miejsce w galerii dobroczyńczyń naszego rodzaju, ale jednak latać nie umie, choć czasami próbuje, a i skrzydła, czyli buje - posiada.

Właściwie bujanie kwoki to kwintesencja naszych społecznych zdolności podejmowania wyzwań. Nie tylko w Polsce, bo generalnie cała nasza cywilizacja kwoczeje, ale u nas ten proces jest wyjątkowo przykry, bo chyba nigdzie indziej mylenie orła z kwoką nie jest tak powszechne jak miedzy Odrą i Bugiem. Na dodatek mamy w kraju do czynienia z niezwykłą społeczną schizofrenią, bo wszyscy werbalnie chcą być orłami, rozprawiają o wolności, swobodzie, samodzielności, ale w przygniatającej większości mają mentalność kwok, których emocje może rozpalić tylko rywalizacja o wyższe miejsce na grzędzie w kurniku.

Trudno o bardziej jednoznaczne przesłanki takiej oceny, niż powszechna zgoda na system państwowego , czyli urzędniczego zniewolenia. Wobec braku jednostek miary i wagi "wolności", musimy w ocenie jej stanu odwoływać się do pojęć z dziedziny prawa, głównie administracyjnego, bo to ono w naszej codziennej praktyczności określa, co nam wolno , a czego nie. Cały system norm regulujących nakazy i zakazy we wszystkich aspektach życia, w istocie rozstrzyga, czy jesteśmy społeczeństwem wolnym i swobodnym, czy regulowanym i poddanym centralnemu sterowaniu. Czy poruszamy się lotem orła, czy bujaniem kwoki.

To wielki cywilizacyjny problem, postawiony już u zarania nowoczesnych państw. Ile administracji, a ile publicznych praw podmiotowych konstytuujących przestrzeń swobody obywatela wobec państwa. Ile samodzielnego władztwa nad rzeczą, z pominięciem innych i urzędników, ile wolności w zakresie podejmowania różnych funkcji życiowych, od wyboru zawodu, po miejsce zamieszkania, możliwość przemieszczania się, pobierania pożytków z własnych rzeczy i umiejętności. Tysiące kwestii określających nasze człowieczeństwo i ustanawiających ład społeczny. 

Jedna obserwacja jest tu dość oczywista - im więcej wolności , tym lepsze warunki do życia. Natomiast tam gdzie swoboda jednostek jest krępowana nadmiarem ingerencji państwa - mamy zastój, a przeważnie rozkład i obumieranie. Mamy dość bogaty zbiór historycznych doświadczeń, wskazujących na przewagę państw opartych na poszanowaniu przestrzeni obywatelskiej podmiotowości nad tymi, chcącymi wszystko szczegółowo regulować.

W czasach realnego socjalizmu mieliśmy szczęśliwie co najmniej kilka ośrodków myśli administracyjnej, prowadzących fundamentalne rozważania na temat stosunków państwo - jednostka. Jedną z największych gwiazd był tu profesor Ludwik Bar, autor wielu rewelacyjnych koncepcji, budowanych w oparciu o tak zwane prawo porównawcze, głównie angielskie, co pozwalało na uniknięcie komunistycznych ograniczeń i dawało wiele pojęć niezbędnych w konstruowaniu przyszłej republiki. To wielkie dziedzictwo pozwoliło nam na nabranie wielkiej dynamiki w początkowej fazie przemian. Co więcej, Polska jako jedyny z demoludów dysponowała sądownictwem administracyjnym, działającym od września 1980r. 

Od lat kilkunastu ten dorobek konsekwentnie trwonimy. Ma to oczywiście także związek ze wstąpieniem do UE, czyli organizacji, w której publiczne prawa podmiotowe jednostek pozostają już tylko fasadą, zakrywającą najbardziej ponurą oligarchię. W ucieczce od wolności rok 2004 był przełomowy, może nawet nie tyle z uwagi na samą niemożność przełamania ograniczeń, ile na wychowanie całych grup obywateli, którym wolność do niczego potrzebna nie jest. Nie ma przy tym znaczenia kogo wspierają, bo zwolennicy obydwu głównych partii hołdują tym samym bożkom państwowej omnipotencji. Państwa , które musi o nas wiedzieć wszystko, za nas decydować i być wyposażone we wszystkie elementy niezbędne do niszczenia wszelkiej inicjatywy. Państwa, w którym to urzędnicy decydują co i gdzie się buduje, albo jak obywatele mają żyć. 

Ukraina niedawno głosiła swój program powojenny odbudowy i nazwała go "Wolny Step". W istocie to nic innego jak nasze wzorce z początku lat 90 , tylko bardziej. Deregulacja i minimalizacja ingerencji państwa. A u nas? Bujania kwoki.


Lubię to! Skomentuj127 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale