wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
142 obserwujących
265 notek
668k odsłon
  1436   14

01 sierpnia godzina 17. O nacjonalizmie

"Z głębi serca dziękuję wam za wyraz waszej miłości, waszej wierności. W walce, jaka nas czeka , nie dzielę już mego ludu na żadne partie. Jesteśmy tylko my, Niemcy. A jeśli nawet niektóre z tych partii w toku ściernia się poglądów zwróciły się przeciwko mnie, wybaczam im wszystkim. Teraz chodzi tylko o to , abyśmy stanęli razem jak bracia, a wtedy Bóg dopomoże narodowi niemieckiemu do zwycięstwa".

Tego przemówienia nie wygłosił żaden kanclerz III , czy IV rzeszy, choć mógłby bez wielkich poprawek. To słowa cesarza Wilhelma II, wypowiedziane wieczorem 01 sierpnia 1914r., zaraz po tym , gdy równo o godzinie 17'00 tego dnia, Niemcy ogłosiły powszechną mobilizację. To milowy krok w kierunku wielkiej wojny, której skutki do dziś pozostają w życiorysach setek milionów ludzi i na nagrobkach kilkudziesięciu milionów, o ile ofiary tego dramatu doczekały się nagrobków.

Od feralnego dnia Świętego Wita, czyli  szczególnej dla Serbów niedzieli 28 czerwca 1914r. wszystko w Europie zmierzało do wojny. Jednak zmierzało w osobliwy sposób, trochę na podobieństwo wyścigu wioślarskiego. Uczestnicy są zwróceni twarzą ku pokojowi, szczególnie ów cesarz Niemiec Wilhelm II, ale łódź mknie ku wojnie, napędzana intensywną pracą nie patrzących w jej stronę wioślarzy. Dyplomatyczne przepychanki trwają przez cały lipiec i w przypadku co najmniej jednego mocarstwa - Anglii, zdają się być szczere. Wielka Brytania chce wojnie zapobiec, ale zawsze gdy porozumienie wydaje się bliskie, to tajemne moce je uniemożliwiają. A najintensywniej działa trzech ludzi - Wilhelm II, jego dowódca floty Alfred von Tirpitz i Helmuth von Moltke, imiennik i bratanek pogromcy Francji z 1870r. Wojny chce też Rosja - i to wystarcza do wciągnięcia całego kontynentu w otchłań. 03 sierpnia 1914r. brytyjski minister spraw zagranicznych Lord Grey stwierdza: "W tej chwili w całej Europie gasną światła; nie zobaczymy już za naszego życia, jak znowu zapłoną". Po z górą 4 latach nie było już Hohenzollernów, Habsburgów, Romanowów, ale nie było też wielu milionów ludzkich istnień i nie było żadnego pokoju. Po przeczytaniu traktatu wersalskiego, francuski bohater wojny, Ferdynand Foch, marszałek Francji ( ale też od 1923r. Polski ) , stwierdził ponuro - to nie pokój, to rozejm na 20 lat. I się nie pomylił. Dogrywka przyniosła nieznane w całych dziejach okrucieństwo. Zaczęła się bombardowaniem spokojnego miasteczka, a skończyła eksplozjami dwóch bomb atomowych. I być może widmo ogólnej atomowej zagłady, dało nam kilka dziesięcioleci względnego spokoju i dobrobytu.

Zdaje się, że albo nieciekawe czasy znudziły tych z najwyższych pięter feudalnej drabiny, albo zadziałała naturalna dynamika procesów historycznych i w naszej nieodległej perspektywie, czyli w  dosłownym tłumaczeniu prze - widzeniu , widać już trzecią tercję procesu rozpoczętego 01 sierpnia 1914r. o godzinie 17. Teoretycznie nic na to nie wskazuje, bo od konferencji poczdamskiej Europa jak na swoje burzliwe dzieje stała się oazą spokoju. Dym występował rzadko, jego przyczyna - ogień ledwie się tlił po różnych mniej istotnych zakamarkach "Starego Kontynentu", nawet tak skomplikowane procesy jak rozpad Związku sowieckiego przebiegły dość spokojnie. W skali sejsmicznej ledwie lekkie drżenie. Dlaczego?

Jak dowiadujemy się z wypowiedzi oświeconych europejskich elit - bo wyeliminowano nacjonalizmy. A niewygasłe schowano głęboko pod warstwą moheru i tym podobnych materiałów. Ludzie mądrzy i światli stali się internacjonalistami, siewcami nowego uniwersalizmu, nie tak ułomnego i paskudnego jak chrześcijański, tylko wprost wywiedzionego z zasad rozumu. Czyli nie wiadomo z jakich. 

Ten brak stabilności podstaw ideowych współczesnego ładu nikogo poważnego nie niepokoi, ważne, że nacjonalizm pochował się w mysich dziurach, a jego widmo nie krąży po Europie, a nacjonalizm to samo zło i pierwsza przyczyna najgorszych wojen. Być może, ale jednak nieprzekonany sceptyk mógłby zapytać, czym jest ów nacjonalizm, nie licząc przy tym na precyzyjną definicję, bo to pojęcie o zmiennej treści, zależy kto nazywa.  W każdym razie samo zło, bo prowadzi do wojen i konfliktów.

I w tym momencie, zerkając na orędzie Wilhelma II , zapytajmy - czyżby? Czy do wybuchu światowej pożogi doprowadziła myśl narodowa Polaków? Czechów? Słowaków? Szwedów? Finów? Bałtów? Anglików, Amerykanów, albo Francuzów lub Hiszpanów? Belgów, albo Holendrów? Nie. Nacjonalizm niemiecki jest tu czymś zupełnie wyjątkowym, tak jak wyjątkowi są Niemcy. Ich powojenny, propagandowy spryt właśnie na tym polegał. I nadal zbiera żniwo. My światli Europejczycy nie możemy dopuścić, aby odrodziły się demony nacjonalizmu, z których wylągł się nazizm. I widzą "faszystę" w każdym przywiązanym do swojej narodowej tradycji, choćby owo przywiązanie manifestował raz w roku na marszu z flagą i nieco częściej przed telewizorem z szalikiem w barwach narodowych i piwem w garści. 

I poddani zmasowanym impulsom zapominamy, że nazizm to wyłącznie niemiecka doktryna, nie wymyślona ad hoc na potrzeby szalonego monarchy , albo kanclerza, tylko wynikająca z wielu setek lat historii. Niezmiennej w swojej agresywności, zwłaszcza na wschodzie i pogardzie dla innych. Jak inne jest nasze przywiązanie do narodowości od tego niemieckiego. Nam nikt nie musi zakazywać śpiewania pierwszej zwrotki hymnu - im tak.

I oto nagle owi Niemcy, którzy jeszcze przedwczoraj uzbroili po zęby ewidentnego bandytę, co do którego konstrukcji nikt przy zdrowych zmysłach nie miał wątpliwości, dziś oznajmiają - bierzemy odpowiedzialność za Europę, a ten kto się nie zgadza na "unię", czyli "jedność" z nami - ten nacjonalista, faszysta, podżegacz wojenny i wspólnik ludobójców.

I nie to jest najgorsze, że tę bzdurę, równie butną jak owo przemówienie "kaisera" oficjalnie wygłosił niemiecki kanclerz. Najgorsze jest to, że nikt nie zaprotestował. W całej Europie nie znalazł się nikt sprawujący odpowiedzialną funkcję, kto wzorem owego polskiego kolejarza z "Jak Rozpętałem II Wojnę Światową" nie stwierdził, że Niemcy nie będą mu mówić , co ma robić.

Nie nacjonalizmy, czy narodowe egoizmy doprowadzą do rozpadu UE i wynikłego stąd chaosu ciekawych czasów. Doprowadzi do tego jeden konkretny szowinizm, niezmienny od wieków, tylko objawiany w różnych formach i facjatach. Wielkiego Mistrza Konrada Wallenroda, Fryderyka II zwanego wielkim, Bismarcka, Wilhelma II, Adolfa Hitlera, albo tych współczesnych kanclerzy, dobrze schowanych w swoich garniturkach i garsonkach. 



Lubię to! Skomentuj73 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura