catrw catrw
221
BLOG

Ta wojna jest szansą na uratowanie Zachodu

catrw catrw Polityka Obserwuj notkę 62
To be, or not to be...

Ta wojna jest szansą na uratowanie Zachodu

Wojna, której nie wybrał Zachód, stała się kryzysem, od którego nie możemy uciec...

To dobrze i źle.

Zależy od tego, co nam odpowiada.

Jeśli odpowiada nam islamizacja Zachodu i terroryzm: - to źle!

Jeśli odpowiada nam Zielony Ład i zależność energetyczna od innych: - to źle!

W UE jest ona postrzegana nie jako szansa na dobrą zmianę, bo elity UE wybrały oslamizację Europy, wyprowaziły przemysł do Chin, a teraz wyprowadzają z UE rolnictwi.

Stany Zjednoczone weszły do konfliktu irańskiego w okolicznościach, które nigdy nie przekonały większości Amerykanów a tym bardziej Europejczyków. Argumenty za prewencją nie zostały przedstawione przekonująco, groźba nie została przedstawiona jako bezpośrednia, a społeczeństwo od początku wyczuwało, że decyzja o ataku była bardziej motywowana politycznym impetem niż koniecznością strategiczną. Sondaże konsekwentnie pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów, Europejczyków uważa, że wojnę można było uniknąć, a zdecydowana większość sprzeciwia się rozmieszczeniu amerykańskich sił lądowych. Jednak mimo tego głębokiego sceptycyzmu, Zachód znalazł się teraz uwikłany w konflikt, w którego konsekwencji nie może po prostu odejść. Wojna może nie została wybrana przez społeczeństwo, ale społeczeństwo jest teraz związane z jej wynikami.

To szansa na dekompozycje elit Zachodu. Uważam, że wojna może mieć zbawienny wpływ na uratowanie cywilizacji Zachodu.

Przestańmy się okłamywać, że jest dobrze, że nie ma zagrożeń.

Strefa komfortu Zachodu jest stale samoograniczona przez decyzje elit dążących do samozagłada Zachodu.

Konflikt, który nie miał szerokiego poparcia, jednak przyniósł szereg strategicznych i ekonomicznych realiów, które dotykają każde gospodarstwo domowe, każdą firmę i każdego sojusznika. Zamknięcie Cieśniny Ormuz nie jest abstrakcją. Jest to wąskie gardło, przez które przepływa około dwadzieścia procent światowych zasobów energii, a jego zakłócenia natychmiast rozbrzmiewają na rynkach światowych. Amerykanie i Europejczycy, którzy sprzeciwiali się wojnie, teraz stoją w obliczu konsekwencji kryzysu, który zagraża cenom paliwa, inflacji i stabilności gospodarczej. Nie wybrali konfliktu, ale nie mogą uniknąć jego skutków.

To samo dotyczy sojuszników Ameryki. Rządy europejskie nie opowiadały się za eskalacją, a partnerzy arabscy z Zatoki Perskiej nie dążyli do konfrontacji, która zdestabilizowałaby ich region i narażyłaby gospodarki na poważne wstrząsy. Jednak oni również zostali teraz uwięzieni w grawitacyjnym przyciąganiu konfliktu, którego nie zainicjowali. Ich szlaki żeglugowe są zagrożone, bezpieczeństwo energetyczne zagrożone, a polityka wewnętrzna napięta przez przekonanie, że płacą cenę za decyzje podejmowane gdzie indziej. Wojna stała się wspólnym ciężarem, choć nie była wspólnym wyborem.

Widzę w tym rękę Boga....

Grawitacja tego konfliktu przyciąga i uwypukla wszystkie problemy świata Zachodu, pokazuję porażkę elit UE.

image


Wyprowadzili przemysł z UE, wprowadzili Zielony Ład, wyprowadzają rolnictwo z UE, wyprowadzają USA z Europy. To gorzej niż zbrodnia to błąd! To samozaoranie Europy, kolebki Zachodu. To samo uwięzienie Europejczyków.

Zamknięcie cieśniny jest najbardziej widocznym symbolem tego uwięzienia. Żaden poważny analityk nie wierzy, że zostanie ponownie otwarta naturalnie. Miny same się nie oczyszczają, rynki ubezpieczeniowe nie stabilizują się samoistnie, a firmy żeglugowe nie wznawiają tranzytu przez sporne wody bez wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa. Świat czeka na zmianę w otoczeniu strategicznym, ale ta zmiana nie nastąpi sama. Wymaga skoordynowanych działań, a to działanie niesie ze sobą ryzyko, którego społeczeństwo nie chce podejmować. Dylemat nie polega tylko na tym, że wojna trwa dalej. Chodzi o to, że konsekwencje wojny wymagają teraz reakcji, które społeczeństwo bardzo niechętnie popiera.

To właśnie tutaj dylemat Zachodu staje się nierozerwalnie związany z dylematem świata. Administracja Trumpa rozpoczęła konflikt odważną deklaracją jednostronnego przywództwa, przedstawiając ataki jako zdecydowane działania w obronie amerykańskich interesów. Jednak wraz z pogłębianiem się kryzysu, retoryka się zmieniła. Prezydent teraz mówi o pomocy w otwarciu cieśniny, ale tylko do pewnego stopnia. Ukryty przekaz jest taki, że Stany Zjednoczone już wykonały swoją część, a reszta świata musi teraz ponieść ciężar przywrócenia stabilności. Takie ujęcie budzi niepokój u sojuszników i pozostawia amerykańską opinię publiczną w stanie zawieszenia oczekiwań. Lider, który zapoczątkował kryzys dający szansę, teraz sygnalizuje, że skończył prowadzić sytuację, mimo że konsekwencje kryzysu nadal się rozwijają.

Dla Amerykanów sprzeciwiających się wojnie wywołuje to głębokie poczucie strategicznego rozbicia. Nie chcą eskalacji, ale rozumieją też, że bezczynność niesie ze sobą własne koszty.

Czy elity UE to widzą, czy już trzymają rękę w nocniku po łokieć?

Nie chcą żołnierzy na miejscu, ale zdają sobie sprawę, że bezpieczeństwa morskiego nie da się przywrócić wyłącznie retoryką. Nie chcą być jeszcze bardziej wciągani w konflikt, którego nigdy nie wspierali, ale wiedzą też, że długotrwałe zamknięcie cieśniny wyrządziłoby szkody gospodarcze, których żadne społeczeństwo nie jest w stanie znieść w nieskończoność. Społeczeństwo jest rozdarte między niechęcią do wojny a zależnością od globalnej stabilności. To jest sedno dylematu: jak przeciwstawić się wojnie, jednocześnie potrzebując rozwiązania jej konsekwencji.

Rządy europejskie są pod presją wyborców, którzy nie znoszą wciągnięcia w kryzys, który pochodzi z Waszyngtonu. Partnerzy arabski z Zatoki balansują między własną wewnętrzną legitymacją a potrzebą utrzymania stabilności regionalnej. Żaden z nich nie chce eskalacji, a jednocześnie żaden nie może pozwolić, by cieśnina pozostała zamknięta. Są uwięzieni między swoimi strategicznymi interesami a politycznymi ograniczeniami. Wojna stworzyła sytuację, w której każdy aktor musi wybierać między nieprzyjemnymi opcjami, a żaden aktor nie ma wolności, by po prostu ustąpić.

Ironią jest to, że to aktor o największej swobodzie działania jest tym, który zainicjował konflikt. Prezydent może ogłosić zwycięstwo, zmienić narrację lub zdefiniować misję według własnego uznania. Ale społeczeństwo i sojusznicy Ameryki nie mają tego luksusu. Muszą żyć z konsekwencjami, niezależnie od tego, jak zmieni się polityczna rama. Ta asymetria przekształca dylemat prezydenta w dylemat narodowy i międzynarodowy. Decyzja o ataku mogła być jednostronna, ale ciężar rozwiązania kryzysu jest zbiorowy.

Głębsza prawda jest taka, że Stany Zjednoczone i ich partnerzy mierzą się teraz z rzeczywistością strukturalną, a nie polityczną. Gospodarka globalna jest ze sobą powiązana, rynki energii są wrażliwe na zakłócenia, a morskie wąskie gardła są kluczowe dla funkcjonowania współczesnego życia. Gdy konflikt dotyka te systemy, staje się to problemem wszystkich, niezależnie od tego, kto go zaczął. Społeczeństwo może odrzucać wojnę, ale nie może odrzucić jej konsekwencji. Sojusznicy mogą mieć niechęć do eskalacji, ale nie mogą ignorować niestabilności, jaką ona wywołała. Kryzys stał się wspólną odpowiedzialnością, choć decyzja, która go stworzyła, już nie.

Dlatego ten dylemat wydaje się tak nieunikniony. Społeczeństwo chce wycofania się, ale wycofanie się nie otwiera na nowo cieśniny. Alianci chcą stabilności, ale nie da się jej przywrócić bez skoordynowanych działań. Prezydent chce ograniczyć swoją ekspozycję, ale kryzys, który wywołał, wymaga trwałego przywództwa. Każdy aktor jest ograniczony tą samą rzeczywistością: świat nie może funkcjonować, gdy najważniejsza tętnica morska świata jest zamknięta na czas nieskończony. Wojna mogła być wyborem, ale kryzys już nie.

Ostatecznie dylemat nie dotyczy tylko strategii czy polityki. Chodzi o niekomfortowe uznanie, że w zglobalizowanym świecie konsekwencje jednostronnych decyzji nigdy nie są jednostronne. Rozchodzą się na zewnątrz, łącząc aktorów, którzy nie wybrali tej drogi, lecz muszą teraz poruszać się po jej terenie. Dylemat prezydenta stał się dylematem publicznym, dylematem sojuszników i dylematem świata. Wojna, której nie wybraliśmy, stała się kryzysem, od którego nie możemy uciec, a droga naprzód będzie wymagała poziomu koordynacji, powściągliwości i jasności, którego brakowało w początkowych korzeniach konfliktu. Wyzwanie nie polega teraz na ponownym przemyśleniu decyzji o ataku, lecz na konfrontacji z rzeczywistością, że konsekwencje tej decyzji stały się wspólnym ciężarem, którego żaden aktor nie jest w stanie rozwiązać samodzielnie.


Albo Zachód się odrodzi, albo upadnie?


Ameryka da sobie radę ale czy UE sobie poradzi?

image



...

catrw
O mnie catrw

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (62)

Inne tematy w dziale Polityka