Zastanawiając się nad tym, co w życiu jest najważniejsze, wpadamy w pułapkę już na poziomie języka. Mówimy często: „najważniejsze są zdrowie, pieniądze i rodzina”, jakby stopień najwyższy dało się rozdzielić między kilka rzeczowników bez utraty jego istoty. Tymczasem sam przymiotnik w superlatywie – „najważniejsze” – z definicji wskazuje na jedno: na to, co znajduje się na szczycie hierarchii, co wyprzedza wszystko inne i co – gdyby je z życia usunąć – uczyniłoby każdy inny dar ostatecznie bezwartościowym. Poprawnie zatem powiemy, że zdrowie, pieniądze i kariera są ważne, nawet bardzo ważne, lecz tylko jedna rzecz zasługuje na miano tej najważniejszej. Poszukiwanie jej zaprasza nas do wyjścia poza zdroworozsądkowe poradniki i współczesny język dobrostanu, w stronę starszych, duchowych i kulturowych opisów nie tylko dobrego życia, ale życia najlepszego z możliwych.
Czym więc jest to jedno? Starożytni Grecy widzieli je w eudajmonii – stanie rozkwitu, który nie polega na chwilowej przyjemności, lecz na życiu zgodnym z cnotą i rozumem, na urzeczywistnianiu tego, co w człowieku najlepsze. Dla Arystotelesa życie najlepsze to życie kontemplacyjne, zwrócone ku prawdzie i przyjaźni, w którym dobra zewnętrzne, takie jak zdrowie czy dostatek, są tylko narzędziami. Tradycje religijne idą jeszcze dalej, przesuwając centrum ciężkości poza doczesność. W chrześcijaństwie najwyższym celem jest zjednoczenie z Bogiem, którego istotą jest miłość; to nie przypadek, że Paweł Apostoł, wyliczywszy wiarę, nadzieję i miłość, konkluduje, że „z nich największa jest miłość”. Buddyzm wskazuje na wyzwolenie od cierpienia przez współczucie i mądrość, islam – na pokój płynący z poddania się woli Boga, a judaizm – na wierność Przymierzu, w którym miłość Boga i bliźniego splatają się w jedno przykazanie. We wszystkich tych wizjach „życia najlepszego z możliwych” powraca ten sam wątek: tym, co ostatecznie liczy się najbardziej, nie jest posiadanie, lecz pewien rodzaj relacji – ze sobą, z innymi, z transcendencją.
Współczesna psychologia, choć często odarta z metafizyki, mimowolnie potwierdza stare intuicje. Najdłużej trwające badania nad szczęściem, takie jak harwardzkie Grant Study, pokazują, że to nie poziom zamożności ani zawodowe sukcesy, ale głębokie, bliskie więzi są najsilniejszym predyktorem poczucia spełnienia. Viktor Frankl, ocalały z Holocaustu, pisał, że sens życia można znaleźć nawet w skrajnym cierpieniu, a jego najgłębszym źródłem jest miłość – „ostateczny i najwyższy cel, do jakiego może dążyć człowiek”. Miłość w jego rozumieniu nie jest sentymentalnym uniesieniem, tylko zdolnością widzenia drugiego człowieka w jego niepowtarzalnej istocie i potencjale, aż po granicę, gdzie kochający dotyka wieczności w drugiej osobie. Jeśli więc szukamy jednego słowa, które skupia w sobie mądrość tradycji i odkrycia nowoczesności, słowem tym jest właśnie miłość – rozumiana nie wąsko jako uczucie romantyczne, lecz jako postawa caritas, agape, bezinteresownego chcenia dobra dla drugiego, z której wypływa również zdolność przyjmowania miłości.
Dlaczego właśnie miłość miałaby być tym, co najważniejsze? Przyjrzyjmy się najczęściej wymienianym kandydatom. Zdrowie pozwala działać, cieszyć się światem i służyć innym – ale wyobraźmy sobie kogoś w pełni zdrowego, kto jest całkowicie odcięty od więzi, zamknięty w samotności absolutnej, niekochany i niekochający. Czy takie życie nazwalibyśmy najlepszym z możliwych? Podobnie pieniądze, choć oddalają widmo niedostatku, same w sobie nie tworzą sensu; potrafią nawet stać się więzieniem, gdy zdobywamy je kosztem relacji, a wydajemy w próżni emocjonalnej. Kariera, realizacja ambicji – owszem, daje poczucie sprawczości i może być formą służby, jednak bez miłości przeradza się w wyścig, w którym metą okazuje się pustka. Każde z tych dóbr jest ważne dokładnie o tyle, o ile staje się narzędziem lub wyrazem miłości – troski o bliskich, zaangażowania we wspólnotę, oddania czemuś większemu od jednostkowego „ja”. Miłość jest więc tą jedyną wartością, która nie potrzebuje zewnętrznego uzasadnienia; ona sama nadaje wartość wszystkiemu innemu.
Sięgnijmy jeszcze głębiej: czym w istocie jest „życie najlepsze z możliwych”? Jeśli potraktować to pytanie z najwyższą powagą, nie chodzi już tylko o życie przyjemne czy nawet sensowne, lecz o takie, które wytrzymuje próbę czasu i wieczności. W perspektywie duchowej najlepsze życie to uczestnictwo w rzeczywistości, która nie przemija – a większość tradycji utożsamia tę rzeczywistość z miłością właśnie. „Bóg jest miłością” – mówi pierwszy list świętego Jana. Dante kończy Boską Komedię obrazem „miłości, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”. W tym ujęciu człowiek realizuje swój najwyższy potencjał nie wtedy, gdy coś gromadzi, ale gdy kocha – gdy wychodzi poza siebie w stronę drugiego i w stronę Tajemnicy, która jest źródłem wszelkiego istnienia. Taka miłość nie jest zaprzeczeniem zdrowego rozsądku ani wezwaniem do bierności; przeciwnie, potrafi nadać heroiczny kształt codzienności, przemieniając pracę w służbę, cierpienie w ofiarę, a radość we wdzięczność. To ona sprawia, że w obliczu śmierci nie zostajemy z niczym – bo to, co naprawdę kochaliśmy, staje się naszym trwałym skarbem.
Oczywiście można postawić pytanie: czy miłość rzeczywiście jest tym jednym, czy może jednak prawda, wolność lub świętość są ważniejsze? Prawda bez miłości staje się oschła i okrutna – można znać wszystkie odpowiedzi, a jednocześnie ranić bliźniego. Wolność bez miłości przeradza się w izolację albo samowolę, która niszczy wspólnotę. Świętość w tradycji chrześcijańskiej bywa definiowana właśnie jako doskonałość w miłości. Innymi słowy, miłość nie konkuruje z tymi wartościami, lecz je scala i dopełnia. Tam, gdzie jest miłość, prawda staje się współczująca, wolność znajduje spełnienie w darze z siebie, a świętość przestaje być odległym ideałem, bo staje się konkretnym gestem. Wszystkie drogi do życia najlepszego z możliwych zdają się zbiegać w tym punkcie, jak szprychy koła łączące się w piaście.
Dlatego jeśli mamy odwagę odpowiedzieć na pytanie o to, co w życiu najważniejsze, konsekwentnie posługując się stopniem najwyższym, odpowiedź może być tylko jedna. Nie jest nią suma dóbr, nawet tych najcenniejszych, lecz jedna, porządkująca wszystkie pozostałe rzeczywistość – miłość. Zdrowie, pieniądze, kariera, wiedza i przyjemność są ważne, czasem niezbędne jako środki. Jednak to miłość decyduje, czy nasze życie stanie się nie tylko udane, ale najlepsze z możliwych: takie, w którym potrafimy przyjąć dar istnienia, odwzajemnić go w relacjach i ostatecznie, jak uczy mądrość wieków, przekroczyć samych siebie, dotykając tego, co nie przemija.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)