Madison, to jest imię na wskroś amerykańskie. Keys, czarna, jak Olisadebe, nie należy ani do stajni „braci” Williamsów, ani do Coco, chyba jest z Orlando.
Receptę na sukces koło trzydziestki ma idealną – chuopa trza mieć, własnego chłopa i to trenera tenisowego, któremu mózg paruje od marudzenia Madison, „ja chcę coś wygrać, ja chcę Szlema, najlepiej tego z Australii, yyy.., a co może niespełniona trzydziestka, to pokazała nam na tym samym turnieju (też) stara Collinsowa. kontynuacja tekstu



Komentarze
Pokaż komentarze (2)