„Ruszaj się, odżywiaj się zdrowo … licz kalorie, licz dniem i nocą, żadnej nie wolno ci pominąć. Pamiętaj: dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina”. Tymi słowami, w artykule „Jedzta, co chceta, czyli żywieniowa anarchia”, Tomasz Gabiś trafnie uchwycił istotę obowiązującego modelu dietetyki opartego o tzw. teorię bilansu kalorycznego. I chociaż nauka zna nie energetyczne, lecz biologiczne wyjaśnienia przyczyn otyłości, skrupulatne liczenie kalorii jest dziś obowiązującą doktryną w naukach o żywieniu. Tyjemy z „lenistwa i obżarstwa”, i tyle. Pomijając naukową bezsensowność tej hipotezy, wielokrotnie opisywaną na Nowej Debacie, przyjrzyjmy się jej w jej wymiarze kulturowym , a nawet religijnym. Zobaczymy wtedy, że wpisuje się ona w purytański system wartości preferujący surowy tryb życia, dyscyplinę moralną i potępiający rozpasanie. Może z tego powodu liczenie kalorii, jako metoda walki z otyłością, przez długi czas nie znajdywało uznania w oczach europejskich uczonych, i musiało przyjść do nas aż z purytańskiej Ameryki.
Europejski punkt widzenia
Przypomnijmy, że do wybuchu drugiej wojny światowej centrum naukowo-medyczne świata znajdowało się w Europie. Jeśli chodzi o badania nad otyłością, do wczesnych lat 40-tych XX w. światową ekstraklasę w tym zakresie stanowił niemieckojęzyczny establishment naukowy. To Niemcy i Austriacy, tak jak dziś Amerykanie, wyznaczali nowe kierunki badań , stawiali najbardziej innowacyjne hipotezy, formułowali naukowe teorie. Każdy naukowiec na świecie, który chciał „liczyć się branży”, zmuszony był przynajmniej znać j. niemiecki, a najlepiej jak prowadził swoje badania w Niemczech bądź w Austrii.
W okresie międzywojennym do absolutnej czołówki w badaniach nad otyłością należeli prof. Gustav von Bergman i prof. Julius Bauer. Choć już wówczas krążyło w środowisku naukowym energetyczna hipoteza otyłości, czołowi badacze uważali ją za naukowy nonsens. Było dla nich oczywiste, że otyłość jest skutkiem procesów metabolicznych regulowanych przez hormony enzymy i inne czynniki, a nie prostego stosunku liczby kalorii spożywanych do liczby kalorii spalanych. Na podstawie wielu badań i obserwacji, Bergman i Bauer sformułowali hipotezę zwaną teorią lipofilii, w myśl której tkanka tłuszczowa jest „lipofiliczna”, czyli „kocha tłuszcz” i w określonych warunkach rośnie bez względu na dostarczane w pożywieniu kalorie. W 1929 roku prof. Bauer pisał: „Niczym złośliwy guz albo płód (…) tkanka lipofiliczna wychwytuje substancję odżywcze nawet w stanie niedożywienia”.
Amerykańska Rewolucja
Do roku 1940 „teoria lipofilli” została zaakceptowana przez mniej więcej cały europejski, a tym samym światowy establishment naukowo-medyczny. Jednak po klęsce Niemiec, naukowe centrum świata przeniosło się do USA i można powiedzieć, że badania nad otyłością zaczęły się od zera. Amerykański świat nauki, z wyjątkiem gałęzi strategicznych dla bezpieczeństwa narodowego USA, niechętnie sięgał po dorobek swoich niemieckich kolegów, częściowo dlatego, że niemiecką naukę postrzegano jako ważny element nazistowskiej „machiny zła”, a częściowo dlatego, że Anglosasi nigdy nie mieli „smykałki do języków.” Z upływem czasu liczba cytowań niemieckojęzycznych prac z zakresu badań nad otyłością systematycznie spadała, aż w końcu poszły one w zapomnienie. Problem otyłości przeszedł niemal całkowicie w ręce Angloamerykanów, a ci zamienili otyłość z problemu biologicznego w zaburzenie energetyczne. Dlaczego tak się stało?
Jednym z powodów był szybki rozwój w latach 50-tych nowej specjalizacji medycznej, kardiologii, ufundowanej, dzięki takim ludziom jak Ancel Keys,Jean Mayer czy Fred Stare, na strachu przed „zabójczym” tłuszczem i cholesterolem. Rozpropagowanie teorii bilansu kalorycznego pozwoliło lipofobom, dominującym w amerykańskim środowisku żywieniowym, dodatkowo zdemonizować wysokokaloryczny tłuszcz i wmówić Amerykanom, że jedząc tłusto nie tylko umrą na zawał, ale w dodatku umrą jako grubasy.
Jednak wydaje się, że powszechnej akceptacji kalorycznego wyjaśnienia otyłości sprzyjał też fakt, że hipoteza ta była lepiej „dostrojona” do purytańskiej moralności przeważającej części Amerykanów, a co ważniejsze do wartości podzielanych przez amerykańskie elity, zarówno te naukowe jak i polityczne. Zauważmy, że kaloryczne ujęcie otyłości nie jest jedynie opisem problemu zdrowotnego, ale nosi w sobie cechy moralnego manifestu – pochwałę umiaru, samokontroli i potępienie rozpusty.
W 1955 roku prof. Jean Mayer, jeden z czołowych propagatorów teorii kalorycznej, napisał w magazynie „The Atlantic”:
Mówiąc wprost, otyłość powstaje wtedy, kiedy jemy za dużo. I to wszystko. Szukanie innych przyczyn otyłości niż dogadzanie sobie daje pacjentom jedynie kolejną wymówkę, aby mogli nie brać odpowiedzialności za siebie samych.
W tym ujęciu nie chodzi zatem o niezależną od nas chorobę, nie chodzi o procesy biochemiczne, których bezpośrednio nie kontrolujemy, ale o to, że zachowujemy się nieodpowiedzialnie. I płacimy za to cenę. Sami jesteśmy sobie winni tego, że tyjemy. Otyłość to kara za grzech „obżarstwa i lenistwa”. Cnotliwi ludzie nie tyją. Tyją tylko rozpasani grzesznicy, którzy wodzeni na pokuszenie ulegają, i opychają się kaloriami bez umiaru, zamiast liczyć je skrupulatnie przy każdym, nawet najmniejszym posiłku. Co prawda chwilę słabości można odpokutować ćwiczeniami na siłowni. Ale jak tego nie zrobisz, czeka Cię zasłużona kara – utyjesz.
W zamyśle jej zwolenników „teoria bilansu kalorycznego” ma być nie tylko naukowym wyjaśnieniem otyłości, ale również instrumentem kształtowania właściwej postawy moralnej opartej o takie wartości jak umiar („nie obżeraj się”), dyscyplinę („licz dokładnie wszystkie kalorie”, „ćwicz regularnie”) i wytrwałość („nie rezygnuj z diety, nawet jak jesteś głodny”).
Zauważmy, że Ameryka ma długą tradycję wiązania zagadnień zdrowia z postawą moralną i „pobożnym życiem”. Wystarczy przypomnieć postać prezbiteriańskiego pastora i dietetyka Sylvestra Grahama (1794 – 1851). Był on jednym z pierwszych w USA zwolenników zreformowania amerykańskiej diety.
Propagował wegetarianizm, abstynencję oraz umiar w jedzeniu. W proteście przeciw rosnącej konsumpcji białej, przetworzonej mąki, opracował on przepis na pieczywo z nieprzetworzonej mąki pszennej, które jest po dziś dzień nazywane od jego nazwiska – „graham”.
(...)
Można powiedzieć, że cała współczesna dietetyka, bazująca na zakazach, nakazach i kaloriach, to ubrana w naukowy żargon forma zeświecczonego purytanizmu, a mówiąc ściślej „grahamizmu”, w którym rolę pastorów przejęła cała rzesza dietetyków i tzw. psychologów żywienia. Swoim nauczaniem, pomagają oni „słabym, grzesznym i otyłym” pokonywać słabości charakteru , uzupełniać deficyt silnej woli i zwalczać „grzeszne myśli” o jedzeniu. Uczą ich samodyscypliny i pokazują rozmaite „magiczne” sztuczki (np. jedzenie z małego talerza określonego koloru, „zapychanie się” wodą przed posiłkiem itp.) mające na celu oszukanie swojego organizmu i ułatwienie walki z nieodpartą pokusą „obżerania się” niepotrzebnymi kaloriami.
(...)
przeczytaj cały tekst w serwisie Nowa Debata


Komentarze
Pokaż komentarze