rolikman rolikman
467
BLOG

Dwight Eisenhower, pierwszy celebryta kardiologii

rolikman rolikman Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 Za namową lekarzy-zwolenników wegetarianizmu, chorujący od wielu lat na serce Bill Clinton postanowił niedawno przejść na (prawie) weganizm. Nowa dieta, pozbawiona jaj, nabiału, mięsa i ze śladową ilością tłuszczów, ma pomóc byłemu prezydentowi utrzymać właściwą wagę ciała i zapobiec postępowi choroby wieńcowej. Bez względu na to, czy wybór tej drogi jest słuszny czy nie, przypomnijmy, że nie jest to pierwszy prezydent w historii USA, którym posługuje się establishment medyczny dla promocji swojej profesji, podnoszenia „świadomości społecznej” na temat  różnych „zagrożeń zdrowotnych”, oraz umasowienia określonych terapii. Na przykład w latach 50-tych XX w. powstająca dopiero specjalizacja kardiologiczna posłużyła się w podobny sposób ówczesnym prezydentem USA, Dwightem Eisenhowerem, który zachorował na serce. Lekarze przekonali go, że przyczyną jego choroby jest „zbyt tłusta dieta” i „wysoki poziom cholesterolu”, który stał się niemal obsesją prezydenta. Co prawda, mimo ścisłej opieki kardiologicznej prezydent na serce zmarł, to jednak nieświadomie przysłużył się nie tylko podniesieniu rangi kardiologii, ale także popularyzacji rodzącej się wówczas hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej.

„Paradoks Eisenhowera”

Prezydent Dwight David Eisenhower, ps. „Ike”, doznał pierwszego ataku serca w wieku 64 lat. Stało się to w piątek, 23 września, 1955 roku, w Denver , stan Colorado, gdzie przebywał akurat w swojej drugiej posiadłości. Rankiem tego dnia Eisenhower grał w golfa, na lunch zjadł hamburgera z dużą ilością cebuli, co prawdopodobnie wywołało u niego chwilową niestrawność. O godz. 21.30 prezydent poszedł spać, jednak kilka godzin później obudził się z ostrym bólem w mostku. Dr Howard Snyder, osobisty lekarz prezydenta, który natychmiast zjawił się na miejscu, podał mu zastrzyk podwójnej dawki morfiny. Kiedy następnego dnia okazało się, że stan prezydenta nie poprawia się, został on natychmiast zabrany do szpitala. Do sobotniego południa na potrzeby amerykańskiej głowy państwa sprowadzono specjalnym samolotem dr Paula Dudley White’a, uznanego kardiologa z uniwersytetu Harvarda. Tym samym prezydent Eisenhower znalazł się pod ścisłą opieką czołowych amerykańskich kardiologów.

Choroba popularnego przywódcy szybko stała się przedmiotem ogólnokrajowej kampanii medialnej, która przekonała polityków i zwykłych obywateli, że rosnąca zapadalność na choroby serca jest sprawą bezpieczeństwa narodowego. Nieszczęście prezydenta zamieniono w ogólnonarodową lekcję na temat przyczyn, sposobów zapobiegania oraz metod leczenia choroby wieńcowej. Na poniedziałkowej konferencji prasowej dr White obrazowo i przekonująco tłumaczył amerykanom, czym jest choroba serca. Przez kolejne 6 tygodni codziennie organizowano dwie konferencje prasowe dotyczące stanu zdrowia chorego przywódcy. Do czasu, aż prezydent powrócił do zdrowia, niemal wszyscy Amerykanie, a zwłaszcza mężczyźni w średnim wieku, dowiedzieli się, że powinni uważać na poziom cholesterolu oraz ograniczyć ilość spożywanego tłuszczu. Tego samego nauczył się prezydent, choć akurat w jego przypadku zalecenia te miały przynieść rezultaty zupełnie przeciwne w stosunku do oczekiwań.

Prezydent Eisenhower to jeden z najlepiej opisanych w historii przykładów osoby, która przeżyła atak serca. Wiemy, że w historii jego rodziny nie było chorób serca. Po tym jak prezydent rzucił palenie w 1949 roku nie było też u niego żadnych poważnych czynników ryzyka. Regularnie ćwiczył i miał optymalną dla swojego wzrostu wagę ciała. Miewał czasami podwyższone ciśnienie krwi, ale stężenie cholesterolu było u niego zwykle w granicach normy. W ostatnim pomiarze wykonanym przed atakiem serca było to 165mg/dl, czyli poziom który współcześni kardiolodzy uznaliby za bezpieczny.

Po przykrym doświadczeniu ataku serca, prezydent przeszedł na ścisłą dietę, a cholesterol mierzono mu aż 8 razy do roku. Jadł mało tłuszczu i unikał pokarmów bogatych w cholesterol. Potrawy przygotowywano mu na oleju sojowym, albo na świeżo opracowanych wielonienasyconych margarynach, które wprowadzono na rynek w roku 1958 jako pokarm obniżający wysoki poziom cholesterolu we krwi.

Jednak im bardziej Eisenhower był „na diecie”, tym bardziej frustrowały go jej efekty. W listopadzie 1958 roku, pomimo radykalnego ograniczenia spożywanego tłuszczu, ważył już 2 kilogramy więcej. Postanowił wtedy zrezygnować nawet z chudego mleka i owsianki na śniadanie na rzecz tosta melba z owocami. Kiedy zmiana ta nie przyniosła spadku wagi, prezydent całkowicie zrezygnował ze śniadań. Jego lekarz, dr Snyder, wielokrotnie wyrażał zdziwienie tym, że człowiek może tak mało jeść, regularnie ćwiczyć, a mimo to nie chudnąć.

(...)

Dlaczego choroby potrzebują celebrytów

Przypadek nieżyjącego już prezydenta Eisenhowera, podobnie jak przykład prezydenta Clintona, przypominają nam dobrze znany fakt, że historia lubi się powtarzać. Pokazują też, jak niewiele zmienia się w zakresie mechanizmów rządzących współczesną nauką i medycyną. Żyjemy w świecie, w którym zdrowie człowieka jest bardziej sprawą publiczną niż prywatną. Z jednej strony oznacza to, że administracja medyczno-państwowa ustanawia i egzekwuje od całej populacji uśrednione normy zdrowia i choroby (otyłość, cholesterol, ciśnienie krwi itp.). Z drugiej strony ustala się obowiązujące metody diagnostyki, leczenia i odżywiania, podlegające finansowaniu z budżetów publicznych. W związku z tym decydenci określający budżet na „ochronę zdrowia” są celem działańlobbingowych ze strony różnych grup interesów. O przychylność państwa (sponsora), i o klienta (chorego) rywalizują dziś ze sobą różne biznesowo-medyczne klastry, zorganizowane wokół takich gałęzi jak onkologia, kardiologia, dietetyka, wirusologia, genetyka, transplantologia i inne.

Łatwo zauważyć, że jedną z bardziej powszechnych metod lobbingowych, oprócz angażowania dzieci (co zwiększa nacisk emocjonalny na odbiorcę), jest posługiwanie się celebrytami. We współczesnym świecie każda choroba musi mieć swojego celebrytę, musi mieć rozpoznawalną „twarz”, za pomocą której można mobilizować opinię publiczną na rzecz jakiegoś „szczytnego celu” lub wypromować jakieś  zagrożenie („podnieść świadomość społeczną”). Wszystko po to aby skuteczniej oddziaływać na decydentów. Im więcej strachu, tym więcej pieniędzy – na badania, na finansowanie różnych terapii, na działania prewencyjne, na konferencje, na kampanie reklamowo-informacyjne (tzw. infomercials) ...

Przeczytaj cały artykuł w serwisie Nowa Debata

rolikman
O mnie rolikman

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości