128 obserwujących
3955 notek
1791k odsłon
247 odsłon

Hipokryzja i kompleksy - wokół weta wobec budżetu UE

Wykop Skomentuj8

Warszawa – Budapeszt: tandem i zamiana ról

Piszę ten artykuł niedługo po tym, gdy Węgry zapowiedziały weto do unijnego budżetu na lata 2021-2027. Weto to dotyczy też „Recovery Fund”, czyli Funduszu Odbudowy oraz ekologicznego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji . Można powiedzieć, że Budapeszt zrobił robotę za Warszawę. To ciekawe, bo potwierdza to rzeczywistość widoczna od kilkunastu miesięcy : Polska z Węgrami zamieniły się rolami. On ile, gdy powstawał rząd premiera Morawieckiego w relacjach z Unią Europejską to Orban był „dobrym policjantem”, a jego polski odpowiednik „złym policjantem”, o tyle teraz jest już odwrotnie.

Charakterystyczne zresztą, że Victor Orban był radykalny w swych sformułowaniach wobec Brukseli, ale czynił to w zasadzie wyłącznie na użytek krajowy, udzielając wywiadów węgierskim mediom, a nie zachodnioeuropejskim dziennikom czy telewizjom. Eurosceptycyzm węgierskiego przywódcy jakoś gasł, gdy będący już z po raz czwarty premierem Madziarów polityk zjawiał się w Brukseli. Może na kolacjach premierów wywodzących się z Europejskiej Partii Ludowej, w obecności kanclerz Angeli Merkel nie wypadało walić pięścią w stół i wypominać jak daleko Unia Europejska odeszła od swoich korzeni? To się wszakże zmieniło. Dziś podział ról w tym wyszehradzkim tandemie jest dość oczywisty: Budapeszt „jedzie” ostro, a Warszawa broni pryncypiów w sposób bardziej zniuansowany, choć w sprawach kluczowych nie unikając konfrontacji, jak choćby w kwestii pozaeuropejskiej migracji na Stary Kontynent, głównie zresztą muzułmańskiej.

Weto – historia i polityka

Dziś to Węgry a nie Polska zgłosiły weto, choć beneficjentem z tego tytułu może być też nasz kraj. To Węgry również w lipcu 2020 roku, gdy fiaskiem zakończył się pierwszy budżetowy szczyt UE zagroziły w tej sprawie porozumieniem międzyrządowym, o ile propozycje Brukseli nie będą akceptowalne dla krajów członkowskich. Pamiętam wówczas wściekłe oburzenie różnych polityków i ekspertów, dla których był to przykład odejścia od decyzji na poziomie unijnym, a więc coś, co podważało rolę UE i to w fundamentalnym obszarze, bo finansów. Ci sami krytycy Orbana z tego tytułu, obojętnie czy pracują w Brukseli, Warszawie, Budapeszcie czy Berlinie dziś głośno i wstydliwie milczą, gdy identyczną w sensie formalnym propozycję zgłosił szef rządu Królestwa Holandii Mark Rutte. Właśnie dopiero co wyszedł on z inicjatywą podpisania, obchodzącego Polskę i Węgry, porozumienia międzyrządowego – bez udziału struktur UE i w gronie pozostałych państw Unii.

Widać tu jak na dłoni skrajną brukselską hipokryzję i spektakularne „double standards”, czyli podwójne standardy.

Jednak historia z wetem zapowiadanym już kilka tygodni temu przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego na łamach tygodnika „Gazeta Polska” (numer 43 z dnia 21.10.2020 roku) pokazuje nie tylko hipokryzję euroentuzjastycznych elit i najbogatszych państw członkowskich UE – płatników netto, ale również pewne irracjonalne reakcje po polskiej stronie. Mam wrażenie, że po raz kolejny na naszych oczach spektakularnie objawił się kompleks (niektórych, może nawet sporej liczby) Polaków wobec cudzoziemców. To czekanie na opinie bliższych i dalszych sąsiadów czy Unii Europejskiej, jako takiej… To nagłaśnianie wszelkich możliwych krytycznych opinii wobec Polski czy polskich władz, ba, branie ich za własne ... Oczywiście jest w tym bardzo często polityczny zamysł, aby uderzyć we władze Rzeczpospolitej obcymi rękoma, ale też pewna bezmyślność z wdrukowaną od wieków w polską świadomość mentalnością wyglądania, co też „zagranica” o nas powie, myśli, uważa, sądzi. Kpił z tego Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” przed niemal dwoma wiekami, ale rzecz wydaje się, niestety, ponadczasowa. To oczywiście utrudnia Polsce negocjacje, to osłabia siłę rządu Rzeczpospolitej w tych rokowaniach. Czy nie o to wszak chodzi?

Opozycja: jak nie pomaga, to przynajmniej niech nie strzela w plecy...

Oczywiście nasi szacowni partnerzy z Unii Europejskiej w naturalny sposób grają w tej kwestii na opozycję. Nie tylko i może nawet nie głównie dlatego, że ponad dziesięć partii rządzących krajami członkowskimi UE jest w tej samej międzynarodówce chadeckiej – Europejska Partia Ludowa – co PO i PSL. Nawet nie dlatego że tę opozycję specjalnie szanują- niekoniecznie tak jest. Wcale też nie chodzi o jakaś szczególną sympatię do partii opozycyjnych w Polsce, bo polityka międzynarodowa to przede wszystkim interesy narodowe i państwowe i to twardo egzekwowane, a nie sentymenty ideologiczne czy partyjne. Po prostu opozycja nad Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem jest dużo łatwiejszym partnerem (hmm, mocno powiedziane) niż walcząca o polskie interesy obecna formacja rządząca. Nie mówię, że w polityce zagranicznej rząd, czy szeroko rozumiany PiS nie popełnia błędów, ale jest całkowicie oczywiste, że to właśnie tej władzy zależy na podmiotowości Polski, ze to właśnie ta władza odrzuca różne formy podległości ekonomicznej czy politycznej państwa polskiego i to właśnie ta władza absolutnie nie chce słyszeć o targach, które przecież drzewiej bywały: eksponowane stanowiska w strukturach międzynarodowych dla Polaków, ale kosztem realnych wpływów i interesów Polski.

Dobrze, że polski Sejm formalnie, specjalną uchwałą wsparł rząd w sprawie unijnego budżetu, bo choć wszyscy na szeroko rozumianym Zachodzie wiedzą, że Prawo i Sprawiedliwość dysponuje większością parlamentarną to zwłaszcza w kontekście kolportowanych przez opozycję i w jakiejś mierze przez zachodnie media narracji o podziałach w obozie rządzącym oraz stracie większości przez rząd premiera Morawieckiego – było rzeczą politycznie ważką pokazać, że formacja Jarosława Kaczyńskiego ma w tej kluczowej sprawie większość, a rząd RP dalej posiada realne zaplecze polityczno-parlamentarne.

Dobrze też, że do tandemu Warszawa-Budapeszt dołączyła, zresztą wymieniana przeze mnie publicznie już od dłuższego czasu jako potencjalny nasz partner, Lublana z eurorealistycznym premierem Janezem Jansą. Oczywiście nie daje to mniejszości blokującej, do której potrzeba nie trzech państw, tylko czterech, za to mających – zaporowy próg! – aż 35% ludności wszystkich krajów członkowskich UE. Skądinąd ten zapis wygląda, jakby był wręcz „krojony” pod Niemcy i Francję, którym wystarczy do skonstruowania takiej grupy państw zaprosić na ten pokład nawet choćby dwa kraje spoza unijnej G 5.

Na unijno-budżetowym boisku piłka jest w grze. Jeśli w tym meczu, którego stawką są pieniądze dla Polski, uwaga: do wydania nie przez siedem najbliższych, a dziesięć lat czyli do roku 2030 włącznie (zgodnie z unijną zasadą rozliczania projektów „plus 3” to znaczy trzy lata po zakończeniu siedmioletniej perspektywy finansowej UE ) – opozycja nie chce wspierać polskiego rządu, to przynajmniej niech nie strzela w plecy...

*tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" (22.11.2020)


Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka