Opowiadał mi nasz rodak, który był na delegacji w Związku Sowieckim A.D. 1982. Jego praca wiązała się z przemieszczaniem się po olbrzymim terytorium ZSRS. Gdy przyleciał do Moskwy, właśnie zmarł I sekretarz KC KPZR Leonid Breżniew i w stolicy „Sojuza” wieszano gigantyczne żałobne artefakty. Następnego dnia był w Leningradzie – i z kolei tam wieszano Breżniewa spowitego kirem. Dawna stolica carskiej Rosji w żałobnym rozdzielniku była przewidziana na jeden dzień po Moskwie. Kolejnego dnia samolotem poleciał do Irkucka na Syberii. Jadąc do hotelu zobaczył… jak wieszają Breżniewa w samym centrum miasta. Kolejnego dnia znalazł się w małym miasteczku nad Jenisejem. Gdy opuścił jedyny w mieście hotel, zobaczył jak tam, trzy dni po Moskwie, dwa dni po Leningradzie, dzień po Irkucku wieszają monstrualne podobizny nieboszczka I Sekretarza. Nie mógł się powstrzymać i na głos się roześmiał. Towarzysze z bezpieczeństwa spojrzeli na niego groźnie. Tylko Jenisej płynął swoim rytmem nieczuły na zgony szefów partii komunistycznej (niedługo potem zmarł następca Breżniewa Jurij Andropow z KGB, a po nim jego następca Konstantin Czernienko).
Morał tej historii jest następujący: wydarzenie historyczne jest jak kamień rzucony w wodę – kolejne kręgi stopniowo powstają na tafli i rozchodzą się w określonym tempie.
Historia ta działa się w Związku Sowieckim, a więc „czerwonej Rosji”, żeby użyć terminologii Jana Kucharzewskiego. Charakterystyczne, ze choćby nie wiadomo ilu „białych Rosjan” zginęło z rąk „czerwonych Rosjan”, to w praktyce stosunek do jednostki, do praw człowieka, relacja miedzy władzą a obywatelami była i za caratu i za komuny jakże podobna. Oczywiście mniej ludzi zginęło za carskiej władzy niż za władzy komunistycznej, lecz nie o skalę tu chodzi, tylko o stosunek wyrażony przez poetę Włodzimierza Majkowskiego : „jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”. Pewnie nie przypadkiem rosyjscy bojarzy, poddani cara, choć jednocześnie możnowładcy zakosztowawszy trochę wolności i autonomii, przyzwyczaiwszy się do nich, uciekali na ziemie I Rzeczypospolitej, bo tam wolność była gwarantowana przez króla. W Rosji car tez gwarantował - ale niewolę. Minęło paręset lat : po sowieckiej rewolucji do Rzeczypospolitej trafiła kolejna fala („białych”) Rosjan...
Zmarła dziewięć lat temu profesor Anna Sucheni-Grabowska pisała, jak bardzo Polacy w II połowie XX wieku prezentowali cechy swoich przodków z XVI czy XVII stulecia -te z okresu I Rzeczypospolitej, szlacheckiej złotej wolności i „neminem captivabimus” („nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego”). Bardzo często chodziło o współczesnych Polaków, którzy nie mieli żadnego szlacheckiego pochodzenia, ale przyjęli jako część narodowego dziedzictwa wartości i wolnościową spuściznę.
A przecież w Rosji też jest ciągłość. U nas dziedziczy się wolność, tam niewolę i poczucie, że władza może zrobić z jednostką wszystko – bo jest władzą.
Jakże różnimy się z naszymi wschodnimi sąsiadami…
*tekst ukazał się "wSieci Historii" (listopad/grudzień 2021)




Komentarze
Pokaż komentarze (4)