84 obserwujących
522 notki
1622k odsłony
  458   0

Wyborcze oszustwa w historii USA

Wybory prezydenckie w USA (ordynacja wyborcza) to absurdalnie skomplikowane i archaiczne wręcz dziwadło, zupełnie nieprzystające do naszych czasów. Zasada "zwycięzca bierze wszystko" w odniesieniu do głosów elektorskich w poszczególnych stanach, tak naprawdę czyni z nich (z wyborów) łatwy cel do ewentualnych nadużyć, zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych. Można wygrać całe wybory tylko dzięki niewielkiej przewadze w jednym stanie (np. 537 głosów), mimo iż łącznie ma się miliony głosów mniej od kontrkandydata. Jednak Amerykanie nieprędko zmienią swój system wyborczy, gdyż republikanom zależy na takiej właśnie sytuacji. Republikanie, gdyby wprowadzono w USA wybory bardziej demokratyczne, trudniejsze do sfałszowania i czytelne, przegrywali by znacznie częściej.

W całej historii prezydenckich wyborów doszło pięć razy do tak niezwykłej sytuacji, że zwycięzca wyborów uzyskiwał mniej głosów, jednak zwyciężał mimo to w głosowaniu elektorskim.

W 1824 roku John Quincy Adams uzyskał 116 tys. głosów (co dawało mu 84 głosy elektorskie), przy 150 tys. głosów (99 głosów elektorskich) Andrew Jacksona,  48 tys. głosów (37 elektorskich) Henry Claya, no i 41 tys. głosów (41 elektorskich) Williama H. Crawforda. Ponieważ żaden z nich nie uzyskał wymaganej większości (131 głosów elektorskich), a Crawford doznał udaru, uwaga skupiła się na Clayu, który „oddał” (jak twierdzą jego zwolennicy), czy też "sprzedał" (według jego przeciwników) swoje głosy za stanowisko sekretarza stanu Adamsowi. Należy dodać, że wszyscy ówcześni kandydaci pochodzili z Partii Demokratyczno-Republikańskiej, która po tych właśnie wyborach rozpadła się na dwie partie (Partię Republikańską i Partię Demokratyczną) i ukształtowała na stale ten element w amerykańskiej polityce.

W 1878 roku Rutherford Hayes z Partii Republikańskiej uzyskał 4,034 tys. głosów (185 elektorskich), przy 4,289 tys. głosów (184 elektorskie) Samuela Tildena.  Zwycięstwo Hayesa było możliwe dzięki ewidentnym oszustwom na Florydzie. Nie dość, że zastraszano tam czarnoskórych wyborców (podobnie jak w Karolinie Południowej i Luizjanie – kłania się tutaj Ku Klux Klan), to jeszcze Sąd Najwyższy (kontrolowany przez Republikanów:) wydał niezwykle kontrowersyjny wyrok, przyznając sporne głosy Hayesowi. Historycy nie mają dziś żadnych wątpliwości, że republikanie dokonali wówczas oszustwa.

W 1888 roku, podczas najbardziej skorumpowanych wyborów w historii USA (głosy wyborców wręcz ostentacyjnie kupowano), prezydentem został republikanin, Benjamin Harrison – 5,444 tys. głosów (233 elektorskie), przy 5,534 tys. głosów (168 elektorskich) demokraty Grovera Clevelanda. W przypadku tych wyborów, obie strony bezwstydnie kupowały głosy, jednak to republikanie okazali się lepsi w korumpowaniu.

W 2000 roku George W. Bush uzyskał 50,456 tys. głosów (271 elektorskich), przy 50,999 tys. głosów (265 elektorskich) Ala Gore’a. Dzięki Florydzie, gdzie gubernatorem był jego brat Jeb Bush i gdzie skreślono bez podania przyczyn z list wyborczych około 50 tys. wyborców (głównie demokratów), republikanin zwyciężyć miał przewagą 537 głosów. Wielu ekspertów twierdziło, że wygrał Gore, jednak Sąd Najwyższy (gdzie większość mieli konserwatyści) zdecydował o zakończeniu ponownego przeliczania głosów (już trwającego). Niewątpliwie dużo wskazuje na to, że wybory 2000 roku były oszustwem wyborczym republikanów.

W 2016 roku wygrał Donald Trump (62,985 tys. głosów i 304 elektorskie) z Hilary Clinton (65,854 tys. głosów i 227 elektorskich).  Nie doszło wówczas do żadnych oszustw wyborczych (nie przedstawiono żadnych twardych dowodów), jednak fakt, że zwycięski kandydat dostaje łącznie prawie 3 mln głosów mniej, zwyciężając dzięki przewadze w trzech stanach (łącznie było tam zaledwie 78 tys. głosów przewagi), jest niezwykle interesujący.

Na wynik wyborów w USA próbują też wpłynąć obce mocarstwa - najbardziej jaskrawym przykładem jest atak rosyjskich hakerów na sztab Hillary Clinton. Sam Putin przyznał, że ataku dokonali "patriotycznie nastawieni" rosyjscy hakerzy, choć zapewniał też, że byli niezwiązani z Kremlem:)

W USA już od dekad toczy się debata o zmianie systemu wyborczego. Demokraci są oczywiście za, jednak nie ma co liczyć na szybką zmianę i jeszcze długo w USA będą się zdarzały tak dziwne rzeczy.

Nie ulega żadnym wątpliwościom, że republikanie mają znacznie więcej za uszami, jeśli chodzi o nadużycia, oszustwa i matactwa wyborcze. Jednak to ich nie zadowala i postanowili dodać coś więcej - do republikańskich zwycięstw doszło republikańskie odejście z urzędu w stylu Trumpa.

Wybory 2020 zdecydowanie wygrał (ponad 7 mln głosów przewagi) Biden, co daje mu silny mandat. Oczywiście Trump, jak wielu się tego obawiało, postanowił urządzić na koniec swojej kadencji prawdziwy koncert żenady. Bo obecna sytuacja, gdy urzędujący republikański prezydent uzyskuje mniej o 7 mln głosów od kontrkandydata, no i jednocześnie plecie kosmiczne brednie o oszustwach wyborczych, nie przedstawiając choćby śladu prawdziwych dowodów, którego prawnicy przegrali juz 60 spraw w sądach, to naprawdę rekord żenady.

To co się stało na Kapitolu, jest winą Trumpa. W jego obecnych potępieniach ataku na Kapitol, czy zapowiedziach o bezproblemowym przekazaniu władzy, jakie nadchodzą z jego strony, nie ma krztyny refleksji, to jedynie strach.

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka