echo24 echo24
967
BLOG

Właśnie, nie bez winy Brukseli, rosną w siłę współcześni „bolszewicy europejskiej prawicy”

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 31
"Czarne chmury nad kołchozem wiszą!"

Zacznę od tego, że w roku 2003, kiedy w Polsce odbywało się ogólnokrajowe referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, - zostałem w domu.

Dlaczego?

Bo zdając sobie sprawę, w jakim stanie jest polska gospodarka nie chciałem głosować przeciw przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, ale nie głosowałem za, gdyż urodziłem się pod sam koniec wojny i na zawsze wryło mi się w pamięć, jak nas w Jałcie Churchill z Rooseveltem sprzedali Stalinowi, a potem byłem świadkiem rozpadu Związku Radzieckiego i Jugosławii, co się zakończyło ludobójstwem.

Byłem tedy nastawiony sceptycznie do trwałości związków gospodarczo politycznych łączących państwa o różnych narodowościach, kulturach i partykularnych interesach.

Ale większość Polaków w rzeczonym referendum odpowiedziała „tak” na pytanie, które brzmiało: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?”, a ja, szanując wolę większości zaakceptowałem ten wynik i wszystkie związane z tym konsekwencje.

Dlaczego o tym piszę?

Ano z tej przyczyny, że polscy euro-posłowie krytykujący w Brukseli pisowskie reformy są nazywani przez partię rządzącą zdrajcami narodowymi i targowiczanami, którzy „donoszą na Polskę”, - co uważam za kardynalny błąd logiczny.

Dlaczego?

Ano dlatego, że wchodząc do Unii Europejskiej Polska przystąpiła do wspólnoty, której stolicą jest Bruksela, a co za tym idzie zobowiązała się traktatowo do tego, że prawo unijne będzie nadrzędne w stosunku do prawa obowiązującego w krajach członkowskich. Ale to nie koniec. Wstępując do Unii Europejskiej Polska zobowiązała się także do tego, że interes UE będzie dla niej nadrzędnie ważny, wyrażając tym samym zgodę na to, że w przypadku nieprzestrzegania demokratycznego porządku i prawa unijnego nasze państwo poniesie wszystkie przewidziane tym prawem konsekwencje, z karami finansowym łącznie.

Słowem, wstępując do UE zgodziliśmy się na to, że wszyscy Polacy będą nie tylko obywatelami Polski, ale także obywatelami Unii Europejskiej, zaś Bruksela będzie naszą drugą stolicą, a co za tym idzie kraje unijne utworzą coś w rodzaju wspólnego domu.

Wszakże śledząc przez ostatnie lata wypowiedzi prominentnych polityków PiS-u odnoszę wrażenie, iż oni czują się Polakami lepszymi od gorszej reszty społeczeństwa, a ich zdaniem Bruksela nie ma nic do tego, jak Polska będzie rządzona. A przecież prawda jest taka, że po wstąpieniu Polski do UE, czy się to komuś podoba, czy nie, dopóki jesteśmy jej członkami, - Unia Europejska ma prawo, a nawet obowiązek kontrolować, czy Polska jest rządzona praworządnie i demokratycznie, a polska opozycja ma także ma prawo, a nawet powinność zgłaszania nie tylko w Warszawie, lecz także w Brukseli, przypadki naruszania przez partię rządzącą porządku prawno-konstytucyjnego w Polsce, co jest odwiecznym i świętym prawem opozycji.

Ale patrząc na to oczami Brukseli, jeśli w Polsce łamano porządek konstytucyjno prawny naruszając tym samym podstawowe wymogi demokracji, to Unia Europejska winna była w trybie pilnym reagować i wdrażać przewidziane prawem europejskim kary finansowe i proceduralne sankcje, - czego jak wiemy dotąd nie czyniła tłumacząc się obłudnie, że unijne młyny proceduralne mielą powoli.

Dlaczego obłudnie?

Bo niektóre kraje Unii Europejskiej coraz bardziej jawnie prowadziły różnorakie interesy z putinowską Rosją, o czym, powiedzmy sobie otwarcie Bruksela nie mogła nie wiedzieć, a jednak przymykała oczy na oczywistą oczywistość, że Putin konsekwentnie dąży do przywrócenia Rosji w granicach dawnego Związku Radzieckiego.

Z tej właśnie przyczyny Bruksela w nieodpowiedzialny sposób tolerowała poczynania Wiktora Orbana, który nie kryjąc swych zażyłych stosunków z Putinem przez lata konsekwentnie demolował węgierski porządek konstytucyjno prawny wprowadzając na Węgrzech mono-partyjną dyktaturę.

Powiem więcej. Bruksela niefrasobliwie udawała, że nie widzi, iż zapatrzony w Wiktora Orbana Jarosław Kaczyński powiela w Polsce jota w jotę drakońskie metody Orbana, którego pan Prezes ogłosił i przez lata wielbił jako najbardziej wiarygodnego europejskiego sojusznikiem Polski, - a ta pozorowana ślepota polityczna Brukseli sprawiała, iż Jarosław Kaczyński rękami ministra Zbigniewa Ziobro mógł zdemolować polski porządek konstytucyjno prawny do stanu prawie identycznego jak na Węgrzech. Zaś Terlecki powiedział dziś publicznie: "Mamy nadzieję, że Orban pozostanie naszym przyjacielem ".

Tak. Tak. Cynicznie bierne przypatrywanie się Brukseli temu politycznemu rozbojowi skutkuje tym, że na dzień dzisiejszy, Polska i Węgry praktycznie nie spełniają już prawie żadnych wymogów bycia członkami Unii Europejskiej, która w tym temacie taktycznie milczy.

Karygodnie haniebnego zachowania Wiktora Orbana po napaści Putina na Ukrainę nie będę opisywał, bo się zwyczajnie po ludzku wstydzę.

Lecz jako bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa powiem, że Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki, którzy mimo tego, że cały świat dziś patrzy na trupy leżące na zgliszczach Buczy, - nadal brną w zaparte broniąc Wiktora Orbana, - a więc siłą rzeczy stali się współczłonkami sojuszu budapeszteńsko kremlowskiego, czemu nie sposób zaprzeczyć.

Nasuwa się tedy pytanie, co Węgry i Polska robią jeszcze w Unii Europejskiej?

Moim zdaniem odpowiedź jest prosta.

Bo wolą prowadzić politykę „nienażartego cielęcia, które dwie matki ssie ”. Gdyż wykorzystując z premedytacją wojnę ukraińską i tchórzliwą ciamaciaramciowatość Brukseli, chcą dopóki się da doić pieniądze z Unii Europejskiej, którą szantażują w dwójnasób, - wyjściem Polski i Węgier z europejskiej wspólnoty zarzucając jednocześnie Brukseli, że to Unia Europejska ich szantażuje, - cytuję za Beatą Kempą:

Możemy czuć się oszukani jako Naród. W 2004 roku wstępowaliśmy do Europy Ojczyzn a nie eurokołchozu - właśnie dlatego, że już raz czuliśmy na sobie bat Kołchozu. To orzeczenie możemy odbierać wyłącznie jako szantaż i zamach na naszą suwerenność! ”, - tak napisała Beata Kempa na Twitterze po tym, gdy Trybunał Sprawiedliwości TSUE oddalił wniesione przez Węgry i Polskę skargi podważające mechanizm warunkowości, który uzależnia korzystanie z finansowania z budżetu Unii od poszanowania przez państwa członkowskie zasad państwa prawnego.

A to już jest mentalność putinowska, czyli szantażujemy, - zarzucając jednocześnie szantaż szantażowanemu.

Dlatego uważam, że Unia Europejska oczywiście powinna przyznać Polsce odpowiednio duże pieniądze celem sprawiedliwej rekompensaty kosztów związanych z przyjęciem ponad dwóch milionów uchodźców ukraińskich.

Natomiast Bruksela w żadnym razie nie powinna polskim władzom przelać ani jednego Euro z funduszu pomocowego 2022/23, dopóki Kaczyński i Ziobro nie spełnią wszystkich, powtarzam wszystkich warunków przyznania nam tych pieniędzy, - czego dotąd nie spełniono, a premier Morawiecki gra z Brukselą w kotka i myszkę, spełniając tylko częściowo warunki postawione przez UE celem odwleczenia na czas nieokreślony decyzji ostatecznych.

Uważam także, iż warunkiem sine qua non wypłacenia Polsce pieniędzy z funduszu pomocowego, jest definitywne odseparowanie się władz polskich od prokremlowskiej polityki Orbana.

Powiem tedy na koniec, że jeśli Bruksela ulegnie szantażowi Polski i Węgier próbujących cynicznie wykorzystać ekstraordynaryjne warunki spowodowane wojną ukraińską i wypłaci nienależne im pieniądze, - to zostanie stworzony precedens pozwalający na to, by w niedalekiej przyszłości współcześni polscy i węgierscy „bolszewicy europejskiej prawicy” wespół z czekającymi w kolejce Salvinim i Lepen, - rozwalili ostatecznie Unię Europejską, - na co cierpliwie czeka Władimir Władimirowicz Putin.

Zaś w świetle tego, co się obecnie dzieje w Ukrainie, nie muszę Państwu tłumaczyć, co się z nami stanie po rozmontowaniu Unii Europejskiej.

UWAGA!
Wiadomość z ostatniej chwili!
Jak na moje życzenie, KE rozpoczyna od dzisiaj postępowanie "pieniądze za praworządność" wobec Węgier, - czytaj:
https://tvn24.pl/biznes/ze-swiata/unia-europejska-wegry-komisja-europejska-rozpoczyna-procedure-pieniadze-za-praworzadnosc-5663961?fbclid=IwAR0fAbuJSMrkCV6RLpse9V6C-ej1rb0YgfUrlE8Uc9iUywSSSJ-UFlVq7ms

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki i niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla polskiego państwa)

Post Scriptum

Do napisania tej notki zainspirowała mnie wojna ukraińska, lecz także esej młodego historyka Michała Augustyna: „Bolszewicy polskiej prawicy ” – vide: http://liberte.pl/bolszewicy-polskiej-prawicy/ ,  cytuję za Michałem Augustynem:

„Zanim jeszcze bolszewicy pokonali „białych”, maszyna terroru dotknęła tych, z którymi wydawałoby się, było, czy być powinno bolszewikom po drodze. Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich były wszak spontanicznie powołaną do życia reprezentacją wszystkich, którzy odrzucali nie tylko carską Rosję, ale i wizję Rosji wprawdzie demokratycznej, ale wciąż kapitalistycznej (czyli plan rządu, który był nie tylko tymczasowy z racji okoliczności, ale i kompletnego braku popularności w masach). Bolszewicy od samego początku z wielką zaciekłością rozprawiali się z polityczną konkurencją, która z racji wpływów w społeczeństwie i popularności swoich programów, mogła pozbawić bolszewików, tego, o czym Lenin i jego towarzysze myśleli od zawsze: totalnego monopolu władzy. (...)

Bolszewicy konsekwentnie zadekretowali monopol na wiedzę o tym, czego Naprawdę chce większość społeczeństwa; ta większość, która miała ocaleć z rzezi rewolucji. Bolszewicy od samego początku, do samego końca siedem dekad później, „wiedzieli lepiej”. (...)

Bałagan pojęć i trudność z odszukaniem desygnatów, musiały raz jeszcze oddać władzę w ręce nie tego, który byłby najinteligentniejszy, najbardziej wyrafinowany i obeznany z „pismami świętymi”, ale w ręce najbardziej sprawne, potrafiące przejąć władzę praktyczną, czyli tę trzymającą i cugle i bat (powtórzmy-władzę robiącą na wszystkich dookoła wrażenie). (...)

Krótko: niezadowolonych tak, czy siak, z tego, czy owego powodu było na tyle wielu i na tyle mocno zakorzenionych w społeczeństwie i jego tęsknotach, lękach, ale i nadziejach, że możliwe stało się powołanie do życia Rad Delegatów IV RP i odsunięcie od władzy elity, która okazała się z zaskoczeniem dla wszystkich, w tym i siebie samej, elitą bardzo tymczasową. Właściwie w młodej, może nawet raczkującej demokracji to normalna rzecz. Jakaś koncepcja wygrywa, jakaś przegrywa. Wszystko byłoby, bez względu na ocenę programów „rewolucjonistów”, zgodne ze standardami demokracji, gdyby nie fakt, że jedna z partii przejęła metody, język, strukturę, styl, zachowania w prostej linii od WKPb. (...)

Logika bolszewickiego zamachu na ideę IV RP, pozwalała Jarosławowi Kaczyńskiemu dowolnie manipulować miejscem, gdzie mają stać „zomowcy” i ich poplecznicy i tym, gdzie tkwi nietknięta przez różnorakie „odchylenia”, najbardziej wartościowa część społeczeństwa. (...)

Jarosław Kaczyński oczywiście wie, czego naród chce (ta część społeczeństwa, która zasługuje na to miano). A naród chce przede wszystkim jego i z nim się zgadza, nawet jeśli jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, bo znajduje się pod wpływem obcej propagandy. Jeżeli udało się osłabić wpływy „Gazety Wyborczej” i przejąć telewizję publiczną, używając do dawnego eselowskiego układu („cara”), to i tak pozostaje jeszcze wyzwanie w postaci grupy ITI. Wiadomo: walka klas musi się nasilać wraz z rozwojem rewolucji, a na miejsce jednej odciętej głowy kontrrewolucji, odrastają dwie. Dlatego szybko trzeba piętnować tych, którzy na chwilę zasilili szeregi bolszewickie, ale okazali się „wtyczką kontrrewolucjonistów”. (...)

Jarosław Kaczyński wie również, co jest zgodne z „rewolucyjną” moralnością, a co nie. Wystawianie na pokuszenie jest zgodne, jeżeli tylko ma pomóc w udowodnieniu tezy o układzie. Każda prowokacja, manipulacja, każdy sojusz, każda anatema. niczym nie różni w tym zakresie pisowskich „rewolucjonistów” od bolszewików. Wroga nie wystarczy bowiem naznaczyć piętnem kontrrewolucji. Wróg musi być również amoralny! (...)

Cham, czyli prymityw niezdolny do rozumienia czegokolwiek i dlatego zawsze łaknący prostych, często spiskowych wyjaśnień swojej nędzy, sfrustrowany sobą samym i tym, jak traktują go inni. (…)

Cham nienawidzący wszystkich elit i spragniony przynależności do jakiejś wspólnoty, bez zaangażowania w to osobistego wysiłku, niejako z klasowego, czy rasowego automatycznego przydziału. Ten cham stanowi właśnie o sile bolszewików polskiej prawicy. Wszystko jedno, czy rzeczywistość wyjaśni mu Ojciec Dyrektor Rewolucjonista razem z Robesspierem Pospieszalskim, czy zrobi to sam Jarosław Kaczyński, cham jest gotowy na uwiedzenie. On chce bezpieczeństwa z daleka od odpowiedzialności i wolności, od debat, również tych toczonych przez „rewolucjonistów”. Wizja świata musi być prosta i zawsze zawierać element tłumaczący status chama: jego nieudaczność i biedę. Polski cham nie zna historii Polski. Nie zna, bo nigdy się jej nie nauczył, nawet jeżeli ktoś nauczyć go jej próbował (...)

Cham, choć historii nie zna, czuje się jednak patriotą. Bolszewickim patriotą. I Jarosław Kaczyński to wie. Dlatego tego chama dopieszcza, kokietuje, schlebia mu, stawia wyżej od niedawnych towarzyszy broni i wykreowanych w opozycji do łżeelit, służalczych wobec wodza i rewolucji, elit „patriotycznych”. Tak samo chama kokietowali pierwsi sekretarze PZPR…”, koniec cytatu.

@ALL
Uprzejmie informuję, że celem zachowania intelektualnej higieny dyskusji, niezwiązane z tematem i niedorzeczne komentarze autorstwa pisowskich ortodoksów odgrywających się na autorze notki za jego krytykę PiS-u, - będę kasował bez podania przyczyn.
Słowem, - będę odpowiadał wyłącznie na związane z tematem notki komentarzepoważne i merytoryczne.

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (31)

Inne tematy w dziale Polityka