192 obserwujących
2790 notek
6043k odsłony
  473   1

Nie jesteśmy już jednym narodem. Słowo do panów: Igora Janke i Mariusza Staniszewskiego

Owiany legendą krakowski Bar Kawowy RIO, ołtarz nieformalnych spotkań starannie oddestylowanych elit Królewskiego Miasta
Owiany legendą krakowski Bar Kawowy RIO, ołtarz nieformalnych spotkań starannie oddestylowanych elit Królewskiego Miasta
KULTURA - LITERATURA

     Zaczęło się lato, ludzie się już cieszą na wakacje, - więc dziś będzie notka w nieco lżejszej formie.

A teraz do rzeczy:

Portal internetowy Układ Otwarty, - vide: https://www.salon24.pl/u/ukladotwarty/1234793,nie-jestesmy-juz-jednym-narodem-polska-wojna-kulturowa-trwa  informuje:
„Nie jesteśmy już jednym narodem - twierdzi Mariusz Staniszewski, autor książki "Polska wojna kulturowa", który jest gościem Igora Janke w Układzie Otwartym…”

Mój komentarz:

Pan Mariusz Staniszewski rozpatruje w swej książce problem naszej jedności narodowej w dalekosiężnych aspektach historycznych.

Ja zaś dysponuję stosunkowo świeżym materiałem badawczym natury empirycznej zdającym się świadczyć niezbicie, iż nie jesteśmy już jednym narodem, o czym przekonałem się boleśnie na własnej skórze.

Już wyjaśniam, o co dokładnie chodzi.

Otóż, pewnego dnia roku 2012, wpadłem zwyczajowo do kultowego baru kawowego „RIO” w Królewskim Mieście Krakowie, gdzie codziennie o tej samej porze zbiera się ta sama od lat podwawelska śmietanka, aktualnie w wieku, by się nie narazić paniom przez grzeczność powiem sześćdziesiąt plus. Kawę pija się tam przy trzech barowych kontuarach.

Niegdyś, starzy bywalcy baru kawowego RIO pili kawę razem, jak w rodzinie. Jednakże trwająca od kilkudziesięciu lat w Polsce post-okrągłostołowa wojna kulturowa zniweczyła tę harmonię i towarzystwo podzieliło się na frakcje: „udecko-platformerską”, „eseldowsko-ubecką” i „pisowsko-narodową”, - które od jakiegoś czasu piją kawę przy oddzielnych ladach.

Jak zwykle o 13-tej zaczęli się schodzić odwieczni bywalcy, a obok mnie przystanął pewien krakowski artysta, z którym pogadałem chwilę o tym, co słychać w krakowskich teatrach.

W trakcie naszej rozmowy kątem oka zoczyłem, że przy ladzie „pisowsko-narodowej” w charakterystycznych pilotkach bojowych na głowach rozkładają się dwie moje wieloletnie przyjaciółki - nad wyraz zapalczywe, bogoojczyźniane bojowniczki walecznych szwadronów Ojca Dyrektora. Pokiwałem im radośnie, bo je znam od dziecka i krzyknąłem przez ramię, że za chwilę do nich podejdę.

W międzyczasie zostały obsadzone lady „platformersko-eseldowsko-ubeckie”, gdzie w towarzystwie kilku wyfiokowanych w drogie ciuchy i szpanujących najnowszymi zdobyczami chirurgii plastycznej pań profesorowych, mecenasowych, dyrektorowych, prezesowych i innych owych, - zauważyłem mojego licealnego kolegę, obecnie szanowanego lekarza, któremu również pokiwałem przyjaźnie.

Artysta się gdzieś śpieszył, więc podszedłem do moich przyjaciółek z opcji „pisowsko-narodowej”. Zmroziły mnie jednak ich lodowato wzgardliwe spojrzenia, a gdy zapytałem, co się stało, po chwili źle wróżącej ciszy jedna z nich spurpurowiała jak indor i prychnęła z furią: „Człowieku! Jak ty, chłopak z dobrego domu, możesz pić kawę razem z tym wrednym peowcem, pożal się Boże artystą, który dałby się porąbać za Tuska!!! ”.  „ A druga mnie ofuknęła, że mój ojciec akowiec z pewnością teraz się przewraca w grobie. Wyczułem, że nie żartują, gorzej, że powiewa od nich, że tak powiem, pogardliwie nienawistnym chłodem. Wykręciłem się tedy, że muszę iść do samochodu, bo mi wlepią mandat.

Kiedy wyszedłem z kawiarni dobiegło mnie wołanie kolegi lekarza, a gdy się wreszcie dotoczył, zadyszany, z rozzłoszczoną miną wypalił: „Krzysiek! Miałem cię za inteligentnego faceta! Z kim ty się człowieku zadajesz! Przecież te babska to kompletnie nawiedzone pisówy, które za Kaczora utopiłyby cię w łyżce wody! Czy ty chłopie nie ogarniasz, że jak oni wrócą do władzy to mamy wszyscy do imentu przerąbane?! Wstydź się stary! Ty! Pracownik naukowy gadasz z radiomaryjnymi babonami! ”. Nie dał mi dojść do słowa, aż mu żyły wylazły na skroniach. I znowu wyczułem, że kolega nie żartuje, - i wykręciłem się umówionym spotkaniem.

Gdy zadowolony, że mi się wreszcie udało uwolnić od zakręconego peowskiego oszołoma znikałem za rogiem, zaszedł mnie od tyłu były ubek, który też pił kawę w RIO, niegdyś bramkarz z krakowskich Jaszczurów, który w czasie komuny handlował dolarami i donosił na kolegów, a obecnie jest prezesem jakiejś ważnej spółki. Zasapany i wyraźnie rozjuszony wygarnął mi na odlew: „Myślałem ku*wa że pan jesteś uczonym człowiekiem. Czy się panu za przeproszeniem w głowie popieprzyło?! Widziałem w kim żeś pan rozmawiał! Czy pan nie rozumie, że z tą pisowsko-peowską hołotą nie wolno się zadawać, bo to same mendy i złodzieje! ” Aż go zadławiło ze wzburzenia. Więc się znów wykręciłem, tym razem umówionym obiadem.

Po powrocie do domu też nie było lekko. Bo po południu zadzwoniła jedna ze spotkanych w RIO przyjaciółek i przez pół godziny mnie beształa, jak ja mogłem rozmawiać z tymi bandziorami Tuska, którzy nam zabili prezydenta pod Smoleńskiem. A wieczorem dobił mnie telefon kolegi lekarza, który prawie godzinę nawijał, że krakowskie elity się za mnie wstydzą, bo wszyscy widzieli  jak stałem w RIO z tymi parszywymi pisiorami, którzy tylko patrzą, żeby się znów dorwać do koryta. Długo nie mogłem usnąć ogarnięty lękiem, że zaraz zadzwoni ubek…, koniec opowieści, przysięgam na własne zdrowie w każdym calu autentycznej.

Pozdrawiam wszystkich przyjaźnie i serdecznie,

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale