echo24 echo24
204
BLOG

Smoleńska opowieść o szczwanym Antonim i nierozważnym Jarosławie

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 7
Dzieje kłamstwa smoleńskiego

Przyjaźń pana Antoniego z panem Jarosławem zaczęła się w czasie, kiedy w sensie politycznym byli jeszcze nieurodzeni, by z czasem się przerodzić w mniej lub bardziej zażyłą polityczną znajomość. Taki stan ich wzajemnej relacji trwał aż do katastrofy smoleńskiej, kiedy pan Jarosław uznał, iż na śmierci bliźniaczego brata Lecha można ubić polityczny interes przywracający PiS-owi władzę.

To wtedy w głowie pana Jarosława zrodził się szatański pomysł omamienia ludu pisowskiego żałobnymi miesięcznicami smoleńskimi. Ale do realizacji tego diabelskiego planu pan Jarosław potrzebował charyzmatycznego pana Antoniego, za którym słuchacze Radia Maryja skoczyliby w ogień, gdyż tylko on, jako idol Ojca Dyrektora i Klubów Gazety Polskiej mógł zapewnić masowy udział ludu pisowskiego w tych "żałobnych" uroczystościach.

Wtedy pan Jarosław zacieśnił emocjonalne stosunki z Panem Antonim i począł wielbić pana Antoniego, zaś pan Antoni wielbić się pozwalał, acz bez spontanicznego odwzajemnienia, - przyzwalając łaskawie, by pan Jarosław go politycznie rozbudowywał i zasilał.

A, że obydwaj się potrzebowali, więc stwarzali na pokaz pozory, iż łączy ich głęboka przyjaźń.

I choć natura pana Jarosława nie pozwalała mu podejść do pana Antoniego inaczej, jak z nieufnością, to w czasie miesięcznic smoleńskich wyprawianych dla bigoteryjnego ludu pisowskiego pan Jarosław musiał pozorować gorącą sympatię do pana Antoniego.

Ale, jak na którejś z rzędu miesięcznicy lud pisowski zamiast: Ja-ros-ław! Ja-ros-ław! Ja-ros-ław! zaczął skandować: „An-to-ni! An-to-ni! An-to ni!, - pan Jarosław się wystraszył i postanowił swój stosunek do pana Antoniego zrewidować, gdyż się zorientował, że w międzyczasie pan Antoni wyrósł niespodzianie na bożyszcze ludu pisowskiego. W efekcie ich wzajemny stosunek do siebie stał się poprawny, acz niezbyt gorący w myśl zasady, że polityk w żadnym razie nie powinien być funkcją czyjejś emocjonalnej temperatury. 

Choć ich gatunki były spokrewnione swego rodzaju eskapizmem i zamiłowaniem do gry w ciuciubabkę, to jednak nie było już między nimi chemii i telepatycznego połączenia, - gdyż pan Antoni okazał się być kimś znającym siebie i wiedzącym, czego chce, co charakteryzuje ludzi o wybitnej inteligencji znamiennej dla charakterów nieokiełznanych. Zaś pan Jarosław był człowiekiem urodzonym do roli przywódczej, wszakże wciąż siebie poszukującym. I wszystko wskazywało na to, że stworzony do panowania pan Antoni pragnąc osiągnąć swój cel chce choćby zagłady, zaś pan Jarosław urodzony do kierowania z tylnego siedzenia starał się, mimo wszystko, w sposób poczytalny dążyć do urzeczywistnienia swych politycznych marzeń.

Pan Jarosław kreował się tedy na pustelniczego cierpiętnika, lecz jego oddalenie od wszelkich skupisk czyniło go oderwanym od racjonalnego postrzegania rzeczywistości. Zaś pan Antoni okazał się być kimś urodzonym na pana, który kiedyś zażąda, by władza była dla niego - a nie on dla władzy. 

Aż nadszedł moment, kiedy pan Antoni uznał, że może dopiąć swego celu grając finezyjnie na instrumencie dialektyki bólu i rozkoszy, gdyż wyczuł, że dla ludu pisowskiego kochającego go bardziej niż pana Jarosława, sześcioletnie biczowanie przestało być narzędziem tortury stając się narzędziem swoiście masochistycznej ekstazy. I raptem pan Antoni okazał się być bardziej charyzmatyczny od pana Jarosława z poważną szansą stania się postacią historyczną.

Zaś, gdy na kolejnych miesięcznicach smoleńskich lud pisowski zaczął częściej skandować: Antoni! Antoni! Antoni!, niż:  Jarosław! Jarosław! Jarosław, - pan Jarosław się zorientował, że być może pan Antoni właśnie rozpoczyna swój autogenny bieg ku władzy.

Nie mając tedy innego wyjścia, rządzący Polską z tylnego siedzenie pan Jarosław, choć wiedział, że to szaleniec i militarny ignorant, nie do końca rozważnie mianował pana Antoniego ministrem obrony oraz kierownikiem podkomisji smoleńskiej, w której zasiedli pożałowania godni eksperci od pękających parówek, pancernej brzozy i bomby w lewym skrzydle Tupolewa, a działalność smoleńskiej podkomisji pana Antoniego coraz bardziej przypominała prowincjonalny cyrk objazdowy.

I choć pan Jarosław nie miał żadnego dowodu na zamach to jednak zrozumiał, że wynosząc pana Antoniego do rangi ministerialnej władzy zastawił na siebie pułapkę, gdyż musiał w zaparte brnąć w smoleńskie kłamstwo podkomisji smoleńskiej, a także tolerować skandaliczne wyczyny młodziutkiego pieszczoszka pana Antoniego, który polską armię na łopatki rozkładał. Musiał także przymykać oko na kompromitujące konferencje prasowe podkomisji smoleńskiej pana Antoniego, która prezentowała ciemnemu ludowi duby smalone, jakich jeszcze świat nie widział.

Pan Jarosław musiał też, jak właśnie pokazuje życie, - przyzwolić na niebotyczny skandal, jakim było ukrycie przez pana Antoniego przed opinią publiczną wyników analiz, które teorię o smoleńskim zamachu definitywnie obalały.

Słowem pan Jarosław, usidlony przez pana Antoniego, nie miał innej drogi, jak użycie siły kłamstwa smoleńskiego w celu utrzymania władzy PiS, którą ktoś kiedyś dla żartu nazwał „władzą dobrej zmiany”.

Na koniec zaś powiem, iż moim skromnym zdaniem pan Antoni, - nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Poczekajmy tedy jak się po dymisji ministra rolnictwa zachowa Solidarna Polska w sejmowych głosowaniach, a także jak pan Antoni będzie głosował, bo nie zdziwiłbym się, jakby po rozmowie z ministrem Ziobro, z jakichś przyczyn, patrz zdjęcie pod notką, - na głosowanie się spóźnił, albo zachorował.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka