194 obserwujących
2922 notki
6166k odsłon
  1291   1

Za obronę karnego z dobitką na katarskim Mundialu, notkę tę dedykuję Wojtkowi Szczęsnemu

Polska wygrywa z Arabią Saudyjską 2 : 0 (!!!)

Pewnego dnia, było to w pierwszej połowie lat 50. ubiegłego wieku, trenowaliśmy z chłopakami rzuty rożne, co się wtedy nazywało strzelaniem  na budę z kornera. Ja stałem w bramce, a koledzy podawane z „narożnika” piłki kierowani główką na bramkę.

Terasa wiślanego zakola vis a vis Wawelu, która służyła nam za boisko była okolona wałem powodziowym, który służył za spacerowe korso. Tymże właśnie korso szła po rękę jakaś para, która zatrzymała się na chwilę by popatrzeć na grających chłopców. I wtedy na moją głowę spadł grom z jasnego nieba, gdyż rozpoznaliśmy, że przystojny mężczyzna spacerujący z piękną dziewczyną po wałach to sam inżynier Leopold Michno, ówczesny bramkarz pierwszoligowej Cracovii.

Możecie Państwo sobie wyobrazić cóż to był dla nas za zaszczyt, że sam Michno nas ogląda. Pamiętam, jak z bijącym sercem, nie bacząc na kolana niemiłosiernie obtłukiwane na wiślanym żwirze wyciągałem się jak struna w bramkarskich paradach.

I wtedy nastąpiła jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia. Pan Leopold Michno krzyknął bym do niego na chwilę podszedł. Ze ściśniętym gardłem i łomoczącym sercem wysłuchałem, jak Michno powiedział: „jesteś trochę za mały, ale masz wrodzony bramkarski talent, bo widziałem, że w momencie jak napastnik składa się do strzału ty już jesteś w powietrzu. Masz chłopcze bramkarskie wyczucie i refleks. Jakbyś chciał, przyjdź w piątek na trampkarski trening na Cracovię…”.

Świat zawirował mi w głowie ze szczęścia i dumy.

W tamtych czasach, przed meczami ligowymi odbywały się tak zwane przedmecze, w których grali trampkarze rozgrywających spotkanie klubów. Na pełnowymiarowym boisku! Przed prawdziwą widownią! Nie zdajecie sobie Państwo sprawy, co to było za przeżycie dla kilkunastoletniego chłopca.

Spełniło się największe marzenie mojego dzieciństwa. Bramkarz pierwszego składu zachorował i Michno wystawił mnie na zbliżający się przedmecz pierwszoligowego spotkania Cracovia - Ruch Chorzów.

Pamiętam, jak moja kochana śp. Mama, wyprała w rękach jedenaście zestawów niemiłosiernie ubabranych błotem pasiastych koszulek, spodenek i sztuc. A ja sobie przyrzekłem, że choćbym miał sczeznąć to bramki nie puszczę.

I wybiegliśmy na murawę. Ci, co grają w piłkę wiedzą, co to za uczucie. Serce wali w gardle, a w uszach brzęczy tumult trybun.

Trampkarze Ruchu zaatakowali ostro od pierwszego gwizdka. W piętnastej minucie był moment krytyczny, gdyż ich kostropaty i nad wiek wyrośnięty napastnik strzelił mi w lewy róg zjadliwego szczura zdawało się nie do obrony. Ale się rzuciłem jak tygrys i jakimś cudem Boskim złapałem piłkę pod siebie przyciskając ją mocno do serca.

Do śmierci będę pamiętał zapach zroszonej trawy zmieszany ze specyficzną wonią natłuszczonej skóry, bo wtedy sznurowane rzemieniem piłki z gumową dętką w środku smarowało się kawałkiem słoniny, żeby piłka nie namakała.

Przedmecz się miał ku końcowi przy stanie zero do zera, stadion się zapełnił i wzrastała wrzawa na trybunach. Aż w ostatniich minutach, rozpędzony obrońca Ruchu dostał tak zwaną wykładkę i z kilkunastu metrów z całej siły rąbną mi z woleja piorunującą bombę pod samą poprzeczkę.

Zdawało się, że przy moim wzroście nie mam najmniejszych szans by ten strzał obronić.

A jednak, kiedy usłyszałem pomruk ciekawskich kibiców Cracovii, coś mi szepnęło w duszy: "Musisz ten strzał obronić! " I poszybowałem w powietrze, jak orzeł. Jakimś nadludzkim wysiłkiem wypiąstkowałem prawą ręką piłkę nad poprzeczkę. Niestety wylądowałem na lewej, którą złamałem w trzech miejscach, co zakończyło moją piłkarską karierę.

Ale gola nie puściłem.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Post Scriptum

Na Salonie24 notka ukryta.

Tymczasem na Facebooku notka ta zanotowała:

ponad siedem tysięcy polubień,

dodano do niej 346 komentarzy, których lekturę gorąco polecam,

a także, - 95 razy udostępniono ją publicznie, - vide:

https://www.facebook.com/photo/?fbid=6049397575079130&set=gm.597126872209040&idorvanity=161511145770617

Finalne wnioski sami już sobie Państwo wyciągnijcie




Lubię to! Skomentuj39 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale