Na portalu internetowym Salon24, - vide: https://www.salon24.pl/u/siukumbalala/1272283,a-czy-ty-juz-ubrales-swojego-chojaka , bloger piszący pod nickiem @Siukum Balala opublikował notkę zatytułowaną „Czy ty już ubrałeś swojego chojaka? ”.
Odpowiadając na pytanie Siukuma Balali jeszcze raz Państwu przypomnę pewną wigilijną opowieść.
Pewnego dnia, w południowej porze, znużony lipcowym upałem usiadłem na chwilę w ogródku krakowskiej kawiarenki Vis-à-Vis. Chciałem, jak zwykle pogadać chwilę z kolegami o niczym, co się jeszcze zdarza tylko w Królewskim Mieście Krakowie, gdzie jak zwykł był mawiać Piotr Skrzynecki: „pośpiech poniża”. Zamówiłem duże piwo, a gdy dopijałem duszkiem ostatni łyk poczułem lekkiego rausza. Chyba się trochę wstawiłem – oznajmiłem kumplom, którzy mi poradzili, bym poszedł na ludowy kiermasz pod Ratuszem, gdzie stary góral częstuje kwaśnicą.
Gdy odszukałem góralskiego dobrodzieja i spytałem o kwaśnicę, - mocno nagrzany gazda mruknął: „zupy juz nimom, ale kupcie se panie sopke” i zaczął grzebać w parcianym worku. „Paccie ino panie jako pikna, som jom wystrugołem z lipowego klocka ” – zachwalał gazda. „No, co pan? Przecież nie będę w lipcu szopki kupował ” – powiedziałem na odczepkę, ale gazda nie odpuszczał: „Nie załujcie panie dutków, bo to je sopka zacarowana ”.
A, ile za nią chcecie gazdo? – spytałem dla hecy. „Trzy stowki za niom kciołem, dyć dlo wos kwaśnicy nie było, to wom na dwie stowki spusce ” – kusił gazda.
Dzień był piękny, piwo szumiało w głowie, więc sobie pomyślałem, że żyje się raz, - i kupiłem szopkę, którą gazda zawinął w gazetę i związał konopnym sznurkiem. W drodze do domu piwo mi z głowy wywietrzało, a ja mruczałem do siebie pod nosem: „Oj! Głupi stary capie! Nie dość, że ci się w taki skwar piwa zachciało to jeszcze dałeś się cwanemu góralowi na dwie stówy wyrolować ”. Zaś po powrocie do domu upchnąłem nierozpakowaną szopkę w pawlaczu, by mi nie przypominała mojego frajerstwa.
Aż nadeszło Boże Narodzenie i jak co roku kupiłem choinkę. Pora ubrać to drzewko, pomyślałem, - i przystawiłem krzesło do pawlacza, skąd wygrzebałem przedwojenne pudło po butach od Baty przewiązane wyblakłą wstążką. Usiadłem w fotelu, rozwiązałem kokardkę i delikatnie uniosłem tekturowe wieczko.
Mój Boże! Czegóż tam nie było?! Na wierzchu leżał szpic, który Tata, co roku uroczyście nabijał na czubek jodłowej choinki. Był też kolorowy łańcuch, który niegdyś własnoręcznie posklejała Babcia. Ozdobny krzyżyk ze szklanych paciorków nanizanych na jedwabną nitkę przechowany w rodzinie od kilku pokoleń.
Porcelanowe krasnale w czerwonych czapeczkach, koszyczki z poziomkami i kiście winogron. A także niezdarnie sklejone aniołki, które przed laty wycięliśmy z Bratem z celofanu, pająki, srebrzysto-złote warkocze anielskich włosów, wyleniały pajac od Wuja, co zginął w Katyniu, i kilka barwnych bombek polukrowanych obficie błyszczącym brokatem...
Długo się wpatrywałem w rodzinne pamiątki biorąc każdą z osobna do ręki z namaszczeniem, jak ksiądz hostię w czasie podniesienia, - gdyż sobie uświadomiłem, że największym moim skarbem jest to pożółkłe pudełko, w którym się zamknęło moje radosne dzieciństwo, ów szczęsny czas, kiedy wszyscy byliśmy szczęśliwi do czasu, - gdy w roku 1952 umarł nasz ukochany Tata.
Kiedy kończyłem ubierać choinkę przypomniałem sobie o szopce, którą w lecie kupiłem od starego gazdy. Wygrzebałem ją tedy z pawlacza, rozpakowałem i postawiłem pod choinką po omacku, bo w międzyczasie zapadł ciemny grudniowy wieczór. Zaś, gdy zapaliłem choinkowe lampki stał się cud nocy przedświątecznej, bowiem w blasku kolorowych kinkiecików zoczyłem, jakie cacko kupiłem od starego gazdy.
Od rozświetlonej szopki biło ciepło, jakie zapamiętałem z dzieciństwa, gdy w naszym starym domu, co rano, Mama rozpalała piec. I zdało mi się, że ją widzę, jak przygarbiona zagląda w ciemną czeluść paleniska, gdzie pod warstwą popiołu tli się jeszcze kilka blado pomarańczowych węgielków, a Ona wygrzebuje z dna wiadra wyszczerbioną szuflą bryłki węgla układając je ostrożnie na wpół wystygłym ruszcie, przymyka żeliwne żebrowane drzwiczki dmuchając wprawnie w palenisko, aż nie wygasłe od wczoraj ogarki ożyją i rozbłyśnie pierwszy nieśmiały płomyk. I raptem piec złapał cug, a ogniste jęzory wystrzeliły w górę oblizując szamotowe cegły. I znów mi się zdało, że się przytulam do fajansowych kafli wsłuchany w melodię buzującego ognia. Od małego dziecka uwielbiałem ten odgłos, gdyż dawał poczucie bezpiecznego domu i beztroskiego dzieciństwa.
Porzuciwszy wspomnienia, przyjrzałem się baczniej szopce wyrzeźbionej przez starego gazdę i dopiero wtedy do mnie dotarło, że ten góral mówił prawdę, iż to jest szopka zaczarowana. Taka była piękna!
W żłobku wymoszczonym sianem spał na boczku Juzusik przykryty wykrochmaloną pierzynką w błękitne bławatki, pyzaty, rumiany, widać, że szczęśliwy i bezpieczny. Spał z zamkniętymi oczkami tak smacznie, iż mi się zdawało, że słyszę jego oddech. Przy żłobku czuwali Józef i Maryja. On, zafrasowany, wspierał o brzeg kołyski spracowane dłonie, Ona zaś, odziana w karminową suknię ze złotymi lamówkami pochylała się nad synkiem osłaniając Go od grudniowego chłodu ażurowym welonem ze śnieżnobiałej koronki. Gdy tak siedziałem wpatrzony w czarodziejką szopkę zdało mi się, że słyszę dobiegające z Nieba słowa staropolskiej kolędy: „Pójdźmy wszyscy do stajenki, do Jezusa i Panienki, powitajmy Maleńkiego i Maryję Matkę Jego…”. I wtedy dostrzegłem wyrzeźbione przez starego gazdę zwierzątka, które przydreptały do jezusowego żłobka. Uszatego osiołka, łaciate cielątko, wełnianą owieczkę, burka merdającego ogonkiem i śnieżnobiałą gąskę.
Aż się nie chce wierzyć, że te wszystkie cuda stary gazda wyczarował z lipowego klocka, w idealnej harmonii i porządku, - bez jednego zbędnego ruchu dłuta.
Wpatrując się w to góralskie cacko znalazłem się znów w naszym niegdysiejszym domu, w którym przed Bożym Narodzeniem pachniało cynamonem i rodzinnym szczęściem, a przed Wigilią na rozgrzanej do czerwoności blasze kuchennego pieca dochodził postny barszcz na suszonych borowikach, w szabaśniku skwierczał świąteczny indor, starszy brat mielił mak, Tata ucierał tortową masę, którą mu ukradkiem podkradałem paluchem z makutry, a Mama skrobała w pośpiechu karpie dając każdemu z domowników po łusce na szczęście.
Znów powróciło wspomnienie roku 1951, gdy po wigilijnej kolacji Mama z Tatą wstali od świątecznego stołu, zasiedli do naszego Steinwaya i przygrywając sobie z cicha na cztery ręce zaintonowali kolędę, która mi wrosła w duszę: „Lulajże Jezuniu, moja Perełko, lulaj ulubione me Pieścidełko. Lulajże Jezuniu, lulaj, że lulaj, a ty go matulu w płaczu utulaj ”. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że była to nasza ostatnia Wigilia z Tatą, a my byliśmy szczęśliwi, jak już nigdy potem…
Dziś rano kupiłem na placu choinkę i postawiłem pod nią moją czarodziejską szopkę, której nie oddałbym za żadne skarby świata, bo ilekroć na nią patrzę, - znów jestem z Mamą, Tatą i Bratem w naszym starym domu, radosnym, ciepłym i bezpiecznym.
Ponury czas nastał w kraju i na świecie, - więc tym bardziej, wolnych od trosk wszelakich, - mimo wszystko Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku Wszystkim Państwu życzę.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Najtrafniejszy komentarz:
@skamander [23 grudnia 2022, 00:53]
Panie Krzyszofie, piękna opowieść wigilijna, przepojona duchem dawnych Świąt Bożego Narodzenia, kiedy z każdego prawie domu słychać było kolędy. A ludzie patrzyli na siebie z życzliwością, bo przecież to były te najpiękniejsze ze Świąt. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Im kto bardziej mściwy, zawistny, to podpiera swoją złość Kościołem i wiarą. Napisał Pan faktycznie pojednawczy tekst i… ma Pan wiele wpisów na pograniczu chamstwa. I nie piszą w ten sposób ateiści – piszą w taki sposób ludzie, którzy Boga mają na ustach. Ale nie jest to Bóg Miłości i nie jest to jedna owczarnia, bo przecież ci ludzie atakują również innych katolików odżegnując ich od czci i wiary oraz zabraniają swoim przeciwnikom bycia Polakami. Dlatego nie ma co dziwić się, że istniała Inkwizycja, wojny religijne i nic dziwnego, że już bp Krasicki napisał fraszkę „Dewotka”. Fundamentalizm był zawsze, ale dzisiaj stał się on znowu częścią polityki, częścią sprawowania władzy. Pan premier Morawiecki kilkakrotnie przyłapany na kłamstwie bez żadnego zażenowania chodzi do świątyni i uczestniczy w obrządkach religijnych. A przecież Dekalog ma być wzorem każdego katolika, każdego chrześcijanina. To nie jest żadna wiara, bo wiara bez czynów jest martwa. Dlatego ci wszyscy, którzy piszą te wulgarne, chamskie teksty są religijnymi trupami, mającymi wewnętrzną pustkę i jedynie ciągle siebie okłamują, że wierzą w Jezusa, a wierzą tylko na zasadzie, że Bóg jest zapchajdziurą, którego można zaprząc do własnych brudnych celów i to ma ich usprawiedliwiać, kiedy krzyczą „ruska onuca”, komuch, SB-ek, czy jeszcze inne plugawe epitety w stosunku do tych, którzy mają inne zdanie niż oni. Czy powrót do sanacji w najgorszym wydaniu? Może chcą ci "miłościwi" katolicy dla swoich przeciwników zafundować getta ławkowe, by nasze dzieci i wnuki w ten sposób "wyróżnić" jak kiedyś Żydów?



Komentarze
Pokaż komentarze (29)