Najpierw obejrzyjcie tę króciutką filmową relację: https://www.facebook.com/watch/?v=3520893788061234
Następnie popatrzcie na równie krótki filmik podnoszący temperaturę opowieści: https://www.facebook.com/watch/?v=1201129961425101
A teraz do rzeczy:
Gdy Jarosław Kaczyński stanął naprzeciw nadciągającego stada dzików, historia – ta wielka, polska i niepokorna – na moment wstrzymała oddech.
Nie była to bowiem zwykła przechadzka po leśnej zagrodzie. Był to egzamin z narodowego ducha, cichy sprawdzian z tego, co Henryk Sienkiewicz opisywał „ku pokrzepieniu serc”.
Bo czyż scena ta nie przywodzi na myśl momentu, gdy Staś Tarkowski w powieści W pustyni i w puszczy staje oko w oko z lwem? Tam – afrykańska pustynia, tu – polski las. Tam – strzelba, tu – niezachwiana wiara w instrukcje polskich leśników. A jednak duch ten sam: nie cofnąć się.
W tradycji polskiej nie chodziło nigdy wyłącznie o zwycięstwo fizyczne. Chodziło o postawę. O to, by – gdy dzik chrumka – nie odpowiadać tchórzliwą ucieczką, lecz – krokiem naprzód. W tym sensie dzik nie jest tylko dzikiem. Jest metaforą siły natury. Przeciwnikiem, który – jak historia nieraz pokazała – wydaje się większy, liczniejszy i bardziej zdeterminowany.
A jednak oto stoi człowiek. Postury jeszcze niklejszej niźli Mały Rycerz z Potopu. A jednak nie drży. Nie ustępuje. On idzie. Jak człowiek, który się kulom nie kłaniał.
Czy trzeba więcej, by mówić o heroizmie?
W tej krótkiej scenie zawiera się cały etos polskiej romantycznej odwagi i pozytywistycznej praktyczności. Bo przecież nie była to bezmyślna szarża Jarosława – to była realizacja strategii. „Trzeba na nie iść” – powiedziano. I poszedł. Nieustraszony i nieugięty. Choć dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły.
Tak właśnie rodzi się, zwykle nieprawdziwa legenda: z prostych zdań i jeszcze prostszych decyzji.
W opowieści Sienkiewicza zabicie lwa było momentem przejścia – Staś stawał się kimś więcej niż chłopcem. Tutaj również mamy do czynienia z symboliczną inicjacją męskości. Pan prezes przechodzi na jasną stronę mocy. Bez huku strzału, bez upadku bestii. Wystarczyło spokojne – „i jakoś żyję”.
To zdanie powinno znaleźć się w podręcznikach.
Bo oto mamy nowoczesną wersję mitu, że wszystko, co robi Jarosław Kaczyński jest dobre dla Polski.
Ale w tej opowieści najważniejsze jest coś innego: że oto polska szkoła przetrwania nie potrzebuje ani strzelby, ani heroicznych póz. Wystarczy przekonanie, że należy iść naprzód – nawet jeśli logika podpowiada coś dokładnie odwrotnego, a strat nigdy nie policzono.
I może właśnie dlatego jest to opowieść tak po polsku patriotyczna. Bo pokazuje, że w starciu z rzeczywistością Polak nie tyle ją pokonuje, co… ignoruje z godnością.
A potem, z właściwą sobie powściągliwością, podsumowuje wszystko jednym zdaniem – jakby chodziło nie o stado dzików, lecz o drobną niedogodność na spacerze:
że „jakoś się przeszło”.
Reasumując:
Pożeglowałem trochę w Internecie. Opowiadanie Jarosława o dzikach podbija media społecznościowe. Cała Polska się z tego naśmiewa. To już koniec kariery prezesa PiS, a następną katastrofą będzie rozpad partii, która przez tyle lat Polskę demolowała. Zaś gwoździem do trumny jest przegrana Viktora Orbana, która skompromitowała pisowskie elity, polskiego prezydenta i to całe nowogrodzkie środowisko, które rusofilskiego Orbana do ostatniej chwili promowało.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)


Komentarze
Pokaż komentarze (10)