Moim zdaniem pokochaliśmy Maję Chwalińską dlatego, że prawdziwie pełnokrwista tenisistka to nie tylko zawodniczka dysponująca znakomitą techniką gry, żelazną kondycją fizyczną i odpornością emocjonalną.
Równie ważne – a być może nawet ważniejsze – jest to, by miała przyrodzoną charyzmę, ujmującą powierzchowność, nienaganną kulturę osobistą, przyjazny kibicom sposób bycia, magnetyczną osobowość porywającą miłośników tenisa oraz zdolność do finezyjnych zagrań wykraczających poza utarte tenisowe standardy.
Powinna też posiadać intelektualny rozmach, polot, odrobinę artystycznej fantazji, poczucie humoru oraz cały ocean wyniesionej z domu skromności.
Powiem więcej: naprawdę wielka tenisistka musi umieć czerpać radość z tego, co robi na korcie, a w chwilach porażki zachować godność i szacunek dla przeciwniczki.
I choć wydaje się to niemal niemożliwe, Maja Chwalińska posiada wszystkie te cechy w jednym pakiecie.
Być może właśnie dlatego Polacy tak mocno trzymają za nią kciuki. Bo w jej grze widzą nie tylko sportową klasę, lecz także coś znacznie cenniejszego – człowieka, który potrafi wygrywać bez pychy i przegrywać bez utraty twarzy. A takich ludzi zawsze darzymy sympatią, niezależnie od wyniku wyświetlanego na tablicy.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger, miłośnik tenisa)



Komentarze
Pokaż komentarze (50)