Skąd to wiem?
Bo dziś, jak co dzień, piłem południową kawę na krakowskim Rynku, w ogródku kultowej kawiarni Vis-à-Vis, w towarzystwie jej stałych bywalców.
I co?
Ano to, że przy dwóch złączonych stolikach siedziało blisko dziesięć osób – wszyscy krakowianie z dziada pradziada.
I co?
Ano to, że nikt nie miał pojęcia, kim jest Monika Piątkowska.
I to by było na tyle, jak zwykł mawiać kierownik Katedry Mniemanologii Stosowanej, śp. profesor Jan Tadeusz Stanisławski.
Post scriptum
Wiem, że to może być woda na młyn PiS-u, co w obecnej sytuacji politycznej wielu - także ja - uzna za monumentalnie niebezpieczne. Jednak jako bloger niezależny, przywiązany przede wszystkim do prawdy i własnych obserwacji, nie byłbym sobą, gdybym nie napisał tego, co myślę.
Moim zdaniem kandydatura Moniki Piątkowskiej przypomina nieco casus Stanisława Tymińskiego – postaci wyciągniętej z politycznego kapelusza i przedstawionej wyborcom jako gotowe rozwiązanie. Sprawia wrażenie efektu partyjnego kompromisu pomiędzy ugrupowaniami tworzącymi koalicję rządzącą, a nie rezultatu autentycznego wsłuchania się w oczekiwania mieszkańców Krakowa.
Powiem więcej. Już pierwsze publiczne wystąpienie senator Moniki Piątkowskiej, podczas którego kilkakrotnie zapewniała o swojej wielkiej miłości do Krakowa, odebrałem raczej jako polityczną deklarację niż wyraz rzeczywistego związku z tym miastem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sprawy Krakowa są dla niej przede wszystkim elementem bieżącego politycznego projektu.
A Kraków ma wyjątkowo wyczulony słuch na fałszywe tony. To miasto o wielowiekowej tradycji, które niejednego polityka już zweryfikowało. Krakowianie potrafią wybaczyć błędy, ale nie lubią kandydatów, którzy pojawiają się nagle i oczekują zaufania na kredyt.
Dlatego sądzę, że o wyniku tych wyborów zdecydują nie partyjne układanki i gabinetowe kalkulacje, lecz stopień autentycznego zakorzenienia kandydata w krakowskiej wspólnocie. A tego nie da się zadekretować ani uzgodnić przy koalicyjnym stole.
Bo Kraków to nie jest miasto, które można wygrać z partyjnego nadania. Kraków trzeba najpierw poznać, zrozumieć i pokochać. A przede wszystkim – trzeba przekonać krakowian, że robi się to naprawdę.
Pytacie Państwo, gdzie znaleźć odpowiedniego kandydata? Odpowiadam: w Krakowie. Sęk wszakże w tym, że ci nadający się do rządzenia miastem są przez polityków niedostrzegani, gdyż jak wielokrotnie pisałem, Kraków to wprawdzie miasto cudowne, lecz także warownia politycznych „elit” okrywających zmową milczenia każdego, kto mógłby sięgnąć bodaj odrobinę wyżej niż one.
A ten ostrzegawczy felieton napisałem z tej przyczyny, by krakowianie nie musieli w przyszłości gderać, że Polak przed szkodą i po szkodzie głupi.


Komentarze
Pokaż komentarze (57)