echo24 echo24
206
BLOG

Rzecz o jakości elit posierpniowej Polski – eksperyment publicystyczny

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 29
Czas na zmiany systemowe

UWAGA! TRUDNY PRZEKAZ!!! WYMAGAJĄCY SKUPIENIA I PRZEMYŚLEŃ AUTOKRYTYCZNYCH!

Od wielu lat zastanawia mnie nie tyle to, dlaczego Polacy różnią się poglądami politycznymi, bo to jest naturalną cechą każdego demokratycznego społeczeństwa, ile raczej dlaczego nasze spory tak łatwo zamieniają się w bratobójczo plemienną wojnę, w której argument przegrywa z etykietą, a człowiek oceniany jest nie według tego, co mówi i jak postępuje, lecz według tego, do którego obozu został przypisany.

Nie jest to zjawisko nowe. Już kilkanaście lat temu, podczas spotkania z profesorem Andrzejem Nowakiem w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką”, uczestniczyłem w dyskusji poświęconej kondycji polskiego dziennikarstwa i jakości elit III Rzeczypospolitej. Profesor analizował problem z perspektywy historyka. Ja próbowałem spojrzeć na sprawę oczami człowieka, który przez blisko czterdzieści lat pracował na uczelni, obserwował środowiska naukowe, artystyczne i opiniotwórcze, a później przez lata prowadził niezależną, blogerską działalność publicystyczną.

Z tamtych moich rozważań narodziła się hipoteza, którą nazwałem kiedyś roboczo „trickiem awansu społecznego”, o czym pisałem już w roku 2010 w eseju zatytułowanym „Nabrani przez redaktora” – vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/271686,nabrani-przez-redaktora .

O ile „ trick z awansem społecznym w latach powojennych" (AWANS PRIM) polegał na utwierdzeniu prostych i niewykształconych ludzi w przekonaniu, że przynależą do lepszej od reszty społeczeństwa awangardy władzy ludowej, to sztuczka z „awansem społecznym po upadku komuny (AWANS BIS) polegała na utwierdzeniu ich wnuków w przekonaniu iż przynależą do grupy światlejszych i bardziej od reszty społeczeństwa postępowych „elit”. W pierwszym przypadku wykorzystano ciemnotę i niedouczenie, w drugim próżność, pychę i kompleksy ludzi, których na swój prywatny użytek nazywam „intelektualnie nowobogackimi”.

Nie pretenduję do miana teorii naukowej. Jest to raczej publicystyczna próba opisania mechanizmu psychologicznego, który – moim zdaniem – odcisnął ogromne piętno na Polsce po 1945 roku, a którego skutki odczuwamy do dziś.

Komunistyczna Polska stworzyła milionom ludzi możliwość rzeczywistego awansu cywilizacyjnego. Wielu z nich ciężko pracowało i uczciwie wykorzystywało otrzymane szanse. Nie o nich tutaj piszę.

Równocześnie jednak system wykreował szczególny rodzaj lojalności wobec władzy. Awans materialny i społeczny został sprzężony z przekonaniem, że zawdzięcza się go państwu, partii i obowiązującej ideologii. W efekcie, w kolejnych pokoleniach wdzięczność wobec systemu zaczęła zastępować samodzielność myślenia.

Po roku 1989 wydawało się, że ten mechanizm bezpowrotnie odejdzie do historii. Tak się jednak nie stało. Zmieniły się jedynie dekoracje.

Tam, gdzie dawniej legitymację do uczestnictwa w elicie dawała przynależność do odpowiednich struktur politycznych, zaczęły ją wyznaczać odpowiednie środowiska medialne, opiniotwórcze i towarzyskie, które na swój użytek nazywam „miło rozgadanymi towarzystwami wzajemnego zachwytu nad samymi sobą”. I tak, powstała nowa hierarchia prestiżu. Jedni otrzymywali status ludzi nowoczesnych, europejskich i światłych, inni byli automatycznie spychani do kategorii prowincji, zaścianka, obciachu lub politycznej ciemnoty.

Jednak w obu przypadkach, mechanizm psychologiczny pozostał zaskakująco podobny. Bowiem, człowiek niezwykle łatwo przywiązuje się do poczucia własnej wyjątkowości. A jeżeli przez lata słyszy, czy od Kaczyńskiego, czy od Tuska, że należy do elity, bardzo szybko zaczyna tej „elity” bezkrytycznie bronić. Nawet wtedy, gdy rzeczywistość przeczy temu przekonaniu. Nie dlatego, że świadomie kłamie. Dlatego, że utrata prestiżu boli bardziej niż utrata racji.

To zjawisko nie dotyczy wyłącznie Polski. Każda epoka tworzy własne elity i każda ma pokusę uznawania siebie za depozytariusza jedynie słusznych wartości.

Problem zaczyna się wtedy, gdy często samozwańcza elita przestaje podlegać społecznej weryfikacji.

Prawdziwa elita nie potrzebuje bowiem ciągłego przekonywania wszystkich wokół, że jest elitą. Broni się swoim dorobkiem. Broni się kulturą. Broni się poziomem debaty. Broni się odpowiedzialnością za słowo.

Jeżeli natomiast podstawowym narzędziem utrzymywania pozycji staje się wykluczanie ludzi myślących inaczej, przyprawianie im „gęby”, organizowanie środowiskowego ostracyzmu czy monopolizowanie języka moralności – mamy do czynienia nie z elitą, lecz z kastą.

Jako bloger niezależny wytykający błędy jednym i drugim – przekonałem się o tym wielokrotnie.

Po opublikowaniu mojego listu otwartego po wyborach prezydenckich w 1995 roku, w którym skrytykowałem „grubą kreskę” – znalazłem się poza znaczną częścią krakowskiego salonu towarzyskiego. Nie dlatego, że kogokolwiek obraziłem. Nie dlatego, że dopuściłem się nieuczciwości. Powodem było jedynie przekroczenie niewidzialnej granicy poglądów uznawanych za jedynie słuszne przez ówczesną „partię inteligencką” wyrosłą z pnia UD - UW. Zaś, gdy wytykałem błędy PiS, dokładnie to samo spotykało mnie ze strony orędowników chrześcijańsko narodowej partii Jarosława. 

To doświadczenie nauczyło mnie czegoś niezwykle ważnego.

Ostracyzm jest jedną z najbardziej skutecznych form cenzury. Nie wymaga policji politycznej. Nie wymaga sądów. Nie wymaga więzień. Wystarczy odebrać człowiekowi możliwość uczestniczenia w środowisku, w którym funkcjonował – obkładając go klątwą zmowy milczenia.

I właśnie dlatego szczególnie niebezpieczny staje się terror poprawności politycznej – niezależnie od tego, z której strony sceny politycznej przychodzi.

Bo istota problemu nie polega na tym, czy poprawność jest lewicowa czy prawicowa. Problem polega na tym, że przestaje istnieć wolność zadawania niewygodnych pytań i niezależnego wyrażania myśli.

A kiedy ludzie zaczynają szeptać swoje poglądy, demokracja zachowuje już tylko zewnętrzne pozory.

Przez lata wydawało mi się, że opisuję wyłącznie rzeczywistość III Rzeczypospolitej.

Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.

I tutaj dochodzę do zasadniczej myśli niniejszego eseju.

Proponuję Państwu prosty eksperyment publicystyczny.

Weźcie mój wspomniany na wstępie tekst sprzed kilkunastu lat.

Następnie zamieńcie nazwisko Donalda Tuska na Jarosława Kaczyńskiego.

Gazetę Wyborczą zastąpcie Gazetą Polską.

Adama Michnika – Tomaszem Sakiewiczem.

Profesora Andrzeja Nowaka – profesorem Marcinem Matczakiem.

Elity III RP – elitami IV RP.

Lewicową poprawność polityczną – poprawnością polityczną prawicową.

Platformerskich ortodoksów – ortodoksyjnymi pisowcami.

Program „Szkło Kontaktowe” – programem „W tyle wizji”.

I zadajcie sobie jedno pytanie.

Czy mechanizm przestał działać? Czy może jedynie zmienił aktorów?

Jeżeli po dokonaniu tych prostych podmian większość przedstawionych mechanizmów nadal wydaje się wiarygodna, to oznacza, że problem nigdy nie tkwił wyłącznie w Platformie Obywatelskiej ani wyłącznie w Prawie i Sprawiedliwości.

Problem jest znacznie głębszy.

Polega na jakości naszych elit. Na pokusie moralnej wyższości. Na przekonaniu, że własny obóz posiada monopol na patriotyzm, uczciwość, europejskość, demokrację czy nowoczesność. Na zastępowaniu argumentów etykietami. Na budowaniu wspólnoty nie wokół dobra wspólnego, lecz wokół wspólnego przeciwnika.

Jeżeli tak właśnie jest, to od wielu lat prowadzimy spór nie o przyszłość Polski, lecz o to, która grupa – PO, czy PiS – będzie miała wyłączne prawo nazywać siebie elitą.

Tak. Tak. Proszę Państwa. Prawda jest taka, że zarówno jedni jak i drudzy to wykształcona w pierwszym bądź drugim pokoleniu – inteligencja nowobogacka, która dała się nabrać na wspomniany na wstępie „trick awansu społecznego”. 

Tymczasem prawdziwa elita nigdy nie potrzebuje tytułu nadawanego przez gazetę, partię, telewizję czy internetowy portal.

Jej autorytet rodzi się z korzeni i charakteru. Z wiedzy. Z odwagi. Ze zdolności przyznawania racji przeciwnikowi. Z gotowości do służby państwu zamiast własnemu środowisku.

Dlatego coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że Polsce potrzebna jest nie kolejna wymiana jednych elit na drugie.

Potrzebna jest zupełnie nowa jakość życia publicznego.

Taka, która zakończy wyniszczającą od dwóch dekad wojnę PO z PiS-em.

Wojnę, w której zwycięzca zmienia się co kilka lat, lecz mechanizm pozostaje ten sam.

Bo jeśli nie potrafimy wyjść poza logikę dwóch zwalczających się plemion, będziemy nieustannie obracać się w tym samym politycznym tyglu drepcząc w miejscu, podczas gdy świat będzie coraz szybciej się od Polski oddalał. 

A przecież Rzeczpospolita zasługuje na coś więcej niż niekończący się rewanż dwóch obozów. Zasługuje bowiem na elity, które swoją wielkość będą udowadniały czynami, a nie wyłącznie przekonaniem o własnej wyjątkowości.

Jeżeli ten prosty eksperyment publicystyczny skłoni choć kilku Czytelników do spojrzenia z dystansem zarówno na własnych politycznych ulubieńców, jak i na ich przeciwników, uznam, że warto było go zaproponować.

Bo być może właśnie od umiejętności krytycznego spojrzenia również na „swoich” zaczyna się prawdziwie obywatelska dojrzałość. 

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz bloger niezależny oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Na moją prośbę, ilustrację do treści tego eseju wykonała sztuczna inteligencja.



Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Polityka