Są w dziejach narodów chwile, kiedy nie umiera człowiek, lecz umiera legenda. Nie od kuli. Nie od zamachu. Nie od wyroku historii. Umiera od ciężaru własnych złudzeń.
Taką właśnie chwilę przeżywa dziś polska prawica.
Jeszcze wczoraj zdawało się wielu, że na Żoliborzu mieszka człowiek obdarzony politycznym instynktem niemal nadprzyrodzonym. Człowiek, który – niczym samotny sternik podczas sztormu – zawsze wyprowadzi swój obóz z największych opałów. Tysiące wierzyły, że Jarosław Kaczyński nie popełnia błędów. Że każde jego posunięcie jest elementem genialnego planu, niedostępnego zwykłym śmiertelnikom. Że jeśli czegoś nie rozumiemy, to dlatego, iż nie dorastamy do wielkości stratega.
Tak rodzą się polityczne mity.
A potem przychodzi dzień, w którym rzeczywistość zdziera z nich złotą farbę.
Dzisiejsze ultimatum wobec środowiska Mateusza Morawieckiego nie jest bowiem demonstracją siły. Jest krzykiem człowieka, który nagle odkrył, że rozkaz przestał być rozkazem, a posłuszeństwo – odruchem.
Bo prawdziwy przywódca nie musi grozić swoim ludziom. Nie stawia im ultimatum. Nie rządzi strachem. Nie musi nieustannie udowadniać własnej wielkości.
Ultimatum jest zawsze językiem słabnącej władzy.
To ostatni argument monarchy, którego poddani przestali się bać.
Patrzę dziś na tę scenę z osobliwym uczuciem. Nie z satysfakcją. Nie z triumfem. Raczej z melancholią człowieka, który przypomina sobie własne złudzenia.
Przed laty sam dostrzegałem w Jarosławie Kaczyńskim polityka niezwykle odpornego na ciosy. Pisałem o jego niezwykłej sile przetrwania. O instynkcie, który pozwalał mu odradzać się niczym Feniks z popiołów. Wydawało mi się, że historia doświadcza go ponad miarę, a on z tych doświadczeń wychodzi silniejszy.
Przyznaję ze wstydem, że pomyliłem jego odporność z wielkością. Polityczny talent z mądrością. Skuteczność z odpowiedzialnością.
Dopiero później zrozumiałem, że można być wybitnym strategiem, a zarazem fatalnym architektem wspólnoty. Że można wygrywać wybory i jednocześnie przegrywać naród. Że Można zwyciężać przeciwników, a przegrać z własnymi namiętnościami.
Najpierw był Smoleńsk, który z narodowej tragedii stopniowo przeobraził się w instrument politycznej mobilizacji.
Potem coraz głębszy podział Polaków.
Następnie pokusa podporządkowania państwa jednej woli.
Wreszcie przekonanie, że rację ma wyłącznie ten, kto stoi po właściwej stronie partyjnej barykady.
Tak rodzą się sekty polityczne. Nie od argumentów. Od wiary. Od przekonania, że Przywódca nie może się mylić.
A przecież każdy mit zawiera w sobie zalążek własnego upadku. Bo gdy człowiek zaczyna wierzyć we własną nieomylność, przestaje słuchać rzeczywistości. Słyszy już tylko echo własnego głosu.
I właśnie dlatego każda polityczna religia wcześniej czy później kończy się rozczarowaniem swoich wyznawców.
Nie dlatego, że zmienia się świat. Dlatego, że człowiek pozostaje człowiekiem. Nie bogiem. Nie mesjaszem. Nie zbawcą narodu.
Dzisiejszy kryzys obozu Prawa i Sprawiedliwości nie jest więc jedynie konfliktem personalnym ani kolejnym epizodem partyjnych sporów.
To symboliczny koniec pewnej epoki. Epoki, w której miliony Polaków uwierzyły, że los państwa można powierzyć jednemu człowiekowi.
Historia uczy jednak z brutalną konsekwencją, że narody, które szukają zbawców, zwykle znajdują jedynie nowych władców. A państwo budowane na kulcie jednostki prędzej czy później staje się zakładnikiem jej charakteru, emocji i osobistych obsesji.
Nie wiem, jak zakończy się obecny konflikt. Nie wiem, kto odejdzie, kto pozostanie, kto zwycięży w najbliższej partyjnej rozgrywce.
Wiem natomiast jedno. Nie ma w demokracji ludzi niezastąpionych. Nie ma polityków nieomylnych. Nie ma takich, którym wolno więcej tylko dlatego, że kiedyś zasłużyli się dla ojczyzny.
A jeśli ktoś przez lata pozwala, by tłum wołał: „Zbaw Polskę!”, to wcześniej czy później sam zaczyna wierzyć, że naprawdę został do tej roli powołany.
I właśnie wtedy rozpoczyna się jego polityczny zmierzch.
Bo demokracja nie potrzebuje proroków. Potrzebuje odpowiedzialnych obywateli. Nie potrzebuje wyznawców. Potrzebuje ludzi wolnych. Nie potrzebuje wodzów otoczonych kultem. Potrzebuje przywódców gotowych odejść wtedy, gdy wymaga tego dobro wspólne.
Mit żoliborskiego zbawcy narodu nie rozpadł się dziś dlatego, że ktoś go obalił.
Rozpadł się dlatego, że zbyt długo był budowany na przekonaniu o własnej nieomylności.
A wszystkie takie mity kończą tak samo. Pękają nagle. Bez huku. Bez fanfar. Jak bańka mydlana, która przez chwilę mieniła się wszystkimi barwami, by w następnym ułamku sekundy pozostawić po sobie jedynie kroplę wody i milczenie.
Puenta
Historia jest surowym sędzią. Potrafi długo znosić pychę, lecz nigdy nie wystawia jej świadectwa niewinności. Każdy polityk ma prawo do wielkości, lecz żaden nie ma prawa domagać się od narodu wiary w swoją nieomylność. Państwo silne buduje się na instytucjach, prawie i odpowiedzialności obywateli, a nie na kulcie jednostki. Kiedy zaś mit zastępuje rozsądek, a lojalność wobec człowieka staje się ważniejsza niż lojalność wobec Rzeczypospolitej, wtedy nie upada tylko przywódca. Wtedy słabnie także państwo. I to właśnie jest najboleśniejsza lekcja, jaką Polska odrabia po raz kolejny.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Na moją prośbę, ilustrację tekstu wykonała AI.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)