echo24 echo24
108
BLOG

Propozycja nie do odrzucenia

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 6
Francis Ford Coppola wiecznie żywy

Oprawa muzyczna: https://www.youtube.com/watch?v=LyTRrQVC_6U  

Są takie dzieła filmowe, które z upływem lat nie starzeją się ani o dzień. Zmieniają się dekoracje, aktorzy, kostiumy i scenerie, ale scenariusz pozostaje ten sam. Tak właśnie jest z Ojcem chrzestnym Francisa Forda Coppoli. Kiedy ogląda się dziś historię rodu Corleone, człowiek co chwilę łapie się na myśli, że ta opowieść nie skończyła się w Nowym Jorku. Ona po prostu zmieniła adres.

Don Vito Corleone był człowiekiem starej daty. Miał swoje zasady, swój kodeks honorowy i głębokie przekonanie, że świat należy do tych, którzy potrafią odróżnić lojalność od zdrady. Gdy Sollozzo zaproponował mu wejście w interesy narkotykowe, Don odmówił. Nie dlatego, że był świętym. Po prostu uznał, że są przedsięwzięcia, które psują reputację całej rodziny.

Wtedy padły pierwsze strzały.

Każdy, kto zna film, pamięta, że od tej chwili nic już nie było takie samo. Rodzina podzieliła się na wiernych, ostrożnych, ambitnych, urażonych i takich, którzy już w duchu mierzyli zasłony w gabinecie przyszłego szefa.

Czyż nie brzmi to znajomo? 

Nie wiem, czy Jarosław Kaczyński oglądał Ojca chrzestnego. Jeżeli nie oglądał, to wiele stracił. Jeżeli oglądał – zapewne zwrócił uwagę na jedną z najsłynniejszych kwestii w historii kina:

– Zamierzam złożyć mu propozycję nie do odrzucenia.

To jedno zdanie zrobiło światową karierę. Weszło do języka polityki, biznesu i publicystyki. Dzisiaj oznacza już nie tyle ofertę, ile elegancko opakowane ultimatum. Takie, po którym adresat ma pełną swobodę wyboru... wszakże pod warunkiem, że wybierze właściwie.

Patrząc na to, co dzieje się obecnie po prawej stronie polskiej sceny politycznej, mam nieodparte wrażenie, że scenarzyści Ojca chrzestnego dostaliby gotowy materiał na czwartą część filmu.

Zmieniłyby się tylko nazwiska.

Don Vito Corleone był patriarchą. Wszyscy mówili o nim z szacunkiem, czasem ze strachem, ale nikt nie kwestionował, kto siedzi na szczycie rodzinnej piramidy. Każdy caporegime znał swoje miejsce, każdy consigliere wiedział, kiedy należy mówić, a kiedy tylko potakiwać głową.

Do czasu.

Bo każda rodzina dochodzi kiedyś do chwili, gdy pojawia się pytanie najtrudniejsze ze wszystkich:

A co będzie po Donie?

Wtedy właśnie zaczynają się prawdziwe dramaty.

Jedni twierdzą, że sukcesor powinien być wierny tradycji. Drudzy uważają, że bez zmian rodzina zamieni się w muzeum. Trzeci zapewniają, że nie interesuje ich władza, po czym dyskretnie zamawiają nową tabliczkę na drzwi gabinetu. Czwartym pozostaje już tylko udzielanie wywiadów o konieczności zachowania jedności.

Brzmi znajomo. Nieprawdaż? Różnica polega jedynie na tym, że zamiast sycylijskich garniturów mamy dobrze skrojone marynarki, zamiast cygar – konferencje prasowe, zamiast spotkań w restauracjach na Brooklynie – narady przy Nowogrodzkiej, a zamiast rodzin mafijnych – polityczne frakcje, które z zapałem godnym średniowiecznych rodów walczą o prawo do dziedziczenia rodzinnego srebra.

W tym spektaklu najciekawsze są jednak dwa zwaśnione obozy, które internetowi satyrycy ochrzcili mianem Maślarzy i Harcerzy.

W Ojcu chrzestnym Sollozzo chciał zrobić interes życia. Don odmówił. Nie dlatego, że interes był nieopłacalny. Dlatego, że uznał, iż po jego zawarciu przestanie być gospodarzem własnego domu.

Od tej chwili rozpoczęła się wojna.

Nie od kul. Od urażonej ambicji. A ambicja jest materiałem wybuchowym znacznie groźniejszym od dynamitu. Zwłaszcza wtedy, gdy spotykają się dwie ambicje przekonane, że to właśnie one są jedynymi depozytariuszami rodzinnego testamentu.

Dzisiaj również słyszymy zapewnienia, że wszyscy walczą o dobro wspólnej sprawy.

Jedni z miłości. Drudzy z jeszcze większej miłości. A im bardziej deklarują miłość do politycznej rodziny, tym więcej słychać trzaskających drzwi.

Najbardziej bawi mnie jednak język. Nikt nikomu oczywiście nie grozi. Nikt nikogo nie wyrzuca. Nikt nie stawia ultimatum. Mówi się wyłącznie o odpowiedzialności, lojalności, dyscyplinie, jedności oraz potrzebie oczyszczenia szeregów.

Słowem – nikt nie mówi „wynoś się”.

Pada natomiast eleganckie: Musimy podjąć trudne decyzje.

To właśnie współczesna wersja słynnej propozycji nie do odrzucenia. Nie potrzeba już głowy wyścigowego ogiera pod kołdrą. Wystarczy perspektywa politycznej banicji, odebrania wpływów albo przeniesienia na ławkę rezerwowych historii.

W demokracji to odpowiednik sycylijskiego pocałunku śmierci.

Patrzę na ten spektakl z rosnącym rozbawieniem. 

Jeszcze niedawno wszyscy zgodnie zapewniali, że tworzą monolit.

Dzisiaj każdy obóz posiada własnych strategów, własnych kronikarzy, własnych proroków i – co najważniejsze – własną wersję prawdy.

Coraz trudniej odróżnić, kto jest jeszcze kuzynem, kto już rywalem, a kto tylko czeka za drzwiami z gotowym oświadczeniem o głębokim zaniepokojeniu.

Francis Ford Coppola pokazał coś, co wykracza daleko poza historię sycylijskiej rodziny. Pokazał uniwersalną prawdę o każdej organizacji zbudowanej wokół jednego niekwestionowanego przywódcy.

Dopóki wszyscy patrzą w jedną stronę, panuje spokój.

Kiedy jednak wzrok uczestników spotkania zaczyna wędrować w stronę jednego, wyjątkowo wygodnego fotela, wtedy kończy się polityka, a zaczyna psychologia dziedziczenia.

I właśnie dlatego najbardziej niebezpieczne nie są wcale propozycje nie do odrzucenia. Najgroźniejszy jest moment, w którym ktoś odpowiada na nie: – Dziękuję... ale mam własną propozycję.

Od tej chwili kurtyna idzie w górę, orkiestra zaczyna grać, a widzowie wiedzą już, że właśnie rozpoczyna się drugi akt rodzinnej tragedii.

Pozostaje jedynie pytanie, czy będzie to dramat, komedia, czy może – jak to zwykle w polskiej polityce bywa – farsa, w której wszyscy walczą o ten sam tron, zapominając, że najpierw trzeba ocalić królestwo.

A zatem, gdy dziś z różnych stron słychać kolejne „propozycje nie do odrzucenia”, warto pamiętać o jednej lekcji płynącej z arcydzieła Coppoli. Don Corleone doskonale wiedział, że największym zagrożeniem dla każdego imperium nie jest wróg stojący przed bramą.

Najgroźniejszy jest zawsze kuzyn siedzący przy rodzinnym stole, który właśnie zaczyna liczyć, ilu gości zmieści się na uczcie po zmianie gospodarza. 

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka