Niedawno, na portalu internetowym „Zakochaj się w Krakowie” znalazłem monumentalnie znakomite zdjęcie „peronu retro” będącego pamiątkową cząstką nowoczesnego Dworca Kolejowego w podwawelskim grodzie.
Patrząc z bijącym sercem na tę fotografię przypomniałem sobie dzień, w którym wyjeżdżający na letnisko śp. Rodzice przyprowadzili mnie na ten peron.
I choć już wkroczyłem w dziewiątą dekadę życia, znów zdało mi się, że na ten peron wtacza się wolno lokomotywa, ciężka, ogromna, z której pot spływa. I tak, jak wtedy, z buzią rozdziawioną z zachwytu znów usłyszałem jak sapie, dyszy i dmucha czując na policzkach żar, który z jej rozgrzanego brzucha buchał.
Taki baśniowy peron można jeszcze znaleźć tylko w Królewskim Mieście Krakowie.
Mieście, które pielęgnuje pamięć minionego czasu.
Mieście, które chcąc go zrozumieć trzeba umieć go czuć i słyszeć.
Mieście szanującym swe świętości i rytuały.
Mieście mającym – niezwyczajną tożsamość i piękną duszę.
Tak. Tak. Krakowskość to stan ducha.
To z tego peronu w pierwszej połowie ubiegłego wieku wyruszałem zapłakany na pierwszą kolonię letnią.
To z tego peronu wyjeżdżałem na studenckie szkolenie wojskowe, gdzie składałem przysięgę na wierność Ojczyźnie.
To z tego peronu odjeżdżałem do Gdyni, skąd transatlantykiem MS BATORY ruszałem na saksy do Ameryki - i na tym peronie wysiadłem z pociągu po latach sam, - bo Rodziców już nie było na świecie.
To z tego peronu, nim mnie było stać na własne auto, wyjeżdżałem rok rocznie koleją na wakacje do mojej ukochanej Jastarni na Półwyspie Helskim.
I patrząc na to magiczne zdjęcie wciąż słyszę gwar podróżnych i przeciągły dźwięk gwizdka konduktora krzyczącego: "Proszę wsiadać! Drzwi zamykać!
Nie wiem, kto był pomysłodawcą dziś już zabytkowego „peronu retro” krakowskiego dworca kolejowego.
Ale kimkolwiek by nie był – wdzięczność Mu za to przeogromna!



Komentarze
Pokaż komentarze (9)