Gościom mojego blogu i wszystkim Internautom wyjaśniam, że obecny rektor AGH pan profesor Tadeusz Słomka jest moim wieloletnim kolegą z pracy, więc będę się do niego zwracał po imieniu.
Tadek!
Przed trzema dniami napisałem na moim blogu notkę pt. „Kraków pęka ze śmiechu” – patrz:
http://salonowcy.salon24.pl/550780,krakow-peka-ze-smiechu
Notka ta zaczyna się od słów, cytuję:
„Rada Fundacji na rzecz Nauki Polskiej wyłoniła laureatów Nagrody FNP zwanej naukowym Noblem, cieszącej się opinią najpoważniejszego wyróżnienia naukowego w Polsce.
I wyobraźcie sobie Państwo, że pewnemu Nobliście z Krakowa, który niegdyś pozwał do sądu pewnego prawicowego blogera, z powodu tej zaszczytnej nominacji tak odbiła szajba, że zaczął pisać o rzeczonym blogerze wiersze erotyczne.
Więcej napisać nie mogę, gdyż na razie utytułowany poeta rozsyła swe liryczne dzieła drogą elektroniczną wyłącznie równie jak on utytułowanym, Sic!, nowofalowym, salonowym profesorom postępowym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Inteligentni bez trudu się domyślą, o kogo tu chodzi, a Kraków dobrze wie, z kogo się śmieje…”, koniec cytatu.
Więc Ci Tadku zdradzę, że w notce tej chodzi o krakowskiego laureata Nagrody FNP profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego Jana Woleńskiego.
Do tej notki Internauci dodali do godziny 22.43 (30.11.2013) - 275 komentarzy i co bardzo znamienne, pośród tych komentarzy ani jeden nie był pochlebny, bądź biorący w obronę prof. Woleńskiego.
Natomiast w jednym z komentarzy prof. Woleński przekroczył wszelkie granice przyzwoitości i w odpowiedzi dla jednej z Internautek napisał, cytuję za profesorem:
"Nawiasem mówiąc, bardzo rozbawiła mnie relacja Pana Doktora (Pasierbiewicza, przypis autora notki) jak to trwał przy strajku w dniu 13 XII 1981. Ciekawe co znaczy "trwał", bo w jednym z dzieł Pana Doktora ("Podaj hasło", s. 137-138) stoi, że strajk był dość krótki (3 dni)...", koniec cytatu.
Zwróć Tadku proszę uwagę na fakt, że ten zdeklarowany i zagorzały anty-lustrator ośmielił się publicznie szydzić i wyśmiewać strajk, który nasza Almae Matris Akademia Górniczo Hutnicza w Krakowie odważyła się przeprowadzić po ogłoszeniu stanu wojennego przez Jaruzelskiego, za co wtedy groziły poważne represje.
I w tym momencie żarty się kończą!!!
Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, laureat polskiego naukowego Nobla, filozof mieniący się "etykiem" ośmiela się szydzić publicznie z etosu "Solidarności" i naszej macierzystej Uczelni.
Słowem ten... brakuje mi słowa ... bezkarnie obraża dziesięć milionów Polaków, którzy kosztem wielu ofiar, vide błogosławiony Kościoła Katolickiego ks. Jerzy Popiełuszko wywalczyli polską wolność i demokrację.
Mam nadzieję, że tym razem mu to nie ujdzie na sucho.
W tej sytuacji zwracam się do Ciebie Tadek, jako rektora AGH, a zarazem mojego kolegi z pracy, z którym przepracowałem na tej uczelni w jednej Katedrze trzydzieści siedem lat:
Tadek!
Jeśli zareagowałeś publicznie w imię, jak powiedziałeś dobrego imienia naszej Uczelni w sprawie profesora Rońdy, co w pewnym sensie rozumiem, to na litość Boską zareaguj również na bezprzykładnie obraźliwe dla naszej uczelni szyderstwa prof. Jana Woleńskiego, który pewny swojej bezkarności naigrawa się cynicznie z heroicznego zrywu, jakim był strajk pracowników naukowych i administracyjnych AGH po ogłoszeniu stanu wojennego.
Trzymam Cię za słowo!
Jeśli zareagujesz publicznie w sprawie haniebnego zachowania Woleńskiego, tak jak zareagowałeś w sprawie bezmyślnego blefu Rońdy zrehabilitujesz się w moich oczach i nadal będziemy serdecznymi kumplami, jak w czasie, o którym mówiłem na zebraniu Naszej Katedry, gdy odchodziłem na uczelnianą emeryturę, przypominam Ci te słowa:
"No i zacząłem pracę na uczelni.
Pierwsze lata kojarzą mi się nieodparcie z praktykami w Krościenku, w kultowym domu pracy twórczej „Granit”, gdzie królowała sławetna pani Lucynka, a czerstwe góralki podawały w wazach boskie zupy zabielane prawdziwą śmietaną, że aż łyżka stała. A na deser, panie kucharki wyczarowywały rozpływające się w ustach szarlotki, rożki z francuskiego ciasta, i coś, czego do śmierci nie zapomnę, wyborne gruszki w waniliowym kremie skropione wiśniowym sokiem. W jadalni pachniało cynamonem i rodzinnym domem.
Pienin uczyłem się od ówczesnego docenta Aleksandrowicza, doktor Ostrowickiej, a także magistrów: Chrząstowskiego, Węcławika i Bogacza. Ależ to byli dydaktycy! Ile mieli pasji! Ile im się chciało!
Tam, niezatarte wrażenie wywarła na mnie osobowość wspomnianego profesora Aleksandrowicza, naukowca prawdziwego, bezsprzecznego guru wąskiej czołówki geologicznych salonów, nie mającego sobie równych oratora, koryfeusza kąśliwego dowcipu, bawiącego się życiem i ludźmi, nieprzeciętnie inteligentnego prześmiewcy.
Nigdy nie zapomnę, jak przychodził do nas do pokoju, gdzie razem z Wieśkiem Bilanem, Jackiem Rajchlem, Andrzejem Krawczykiem, młodziutkim Tadkiem Słomką (Sic! Obecnym rektorem AGH) i Edem Głuchowskim graliśmy wieczorami w kości.
Pamiętam, jak dzisiaj, nasze ówczesne Polaków rozmowy, zażarte spory naukowe, czasem nawet kłótnie, na tematy zawodowe, lecz również problemy hierarchii wartości i reguł życiowych.
Ileż w tym było żaru, arcyciekawych dysput, polemik, debat, wymiany stanowisk. Mówiło się o polityce, o modnych wtenczas pisarzach, o teatrze, o światowym kinie, o muzyce... długo by można wymieniać.
A wszystko przy winie patykiem pisanym, a od święta przy flaszeczce czystej i koreczkach z żółtego sera, posypanych mieloną papryką. Przy okazjach specjalnych, Jacek Rajchel jeździł na motorze do Łącka, skąd przywoził w kanistrze, płynne słońce galicyjskich sadów, albo, jak kto woli, palącą się od zapałki, pachnącą Karpatami śliwowicę. Że też nasze wątroby to wytrzymywały. A do tego jeszcze tony papierosów.
Boże! Jakież silne, bliskie i serdeczne były wtenczas więzi między nami. Czuliśmy się jak w rodzinie. I wszyscy byli szczęśliwi, choć nie było tlenu...", koniec cytatu
Tadek!
W imię wspomnienia naszej młodości, która została w Pieninach postaw tamę temu jawnemu bezeceństwu, by mały człowiek, a na domiar złego laureat polskiego naukowego Nobla obrażał i bezcześcił naszą szanowaną w świecie Uczelnię.
Krzysiek Pasierbiewicz (nauczyciel akademicki z długim stażem)
Post scriptum
Jest jeszcze jeden powód, dlaczego napisałem tę notkę. Jak odchodziłem z uczelni, bo obiecałem, że odejdę w przepisowym wieku, na spotkaniu pożegnalnym rektor naszej Almae Matris Akademii Górniczo - Hutniczej w Krakowie pan profesor Antoni Tajduś nam powiedział, cytuję z pamięci:
"Chciałbym byście Państwo mieli świadomość, iż mimo odejścia z uczelni do ostatnich Waszych dni będziecie nauczycielami akademickimi, co was w równym stopniu nobilituje, co czyni odpowiedzialnymi za pilnowanie stanu i morale nauki polskiej". I właśnie mając w pamięci te słowa, zaprotestowałem przeciw temu, co wyprawia pan profesor Woleński. Nie pozwól Tadku by nawet on, a może szczególnie on naigrawał się z dobrego imienia naszej szacownej Uczelni.
Post Post Scriptum
A teraz wyjaśnię, dlaczego pan profesor Woleński obraził uczestników strajku po wybuchu stanu wojennego, a tym samym naraził na uszczerbek dobre imię mojej Alamae Matris Akademii górniczo – Hutniczej w Krakowie.
Pan profesor Woleński w komentarzach do mojej notki "Kraków pęka ze śmiechu" pisze (30.11 21:17), cytuję:
"Nawiasem mówiąc, bardzo rozbawiła mnie relacja Pana Doktora jak to trwał przy strajku w dniu 13 XII 1981. Ciekawe co znaczy "trwał", bo w jednym z dzieł Pana Doktora ("Podaj hasło", s. 137-138) stoi, że strajk był dość krótki (3 dni). Nie poruszałbym tego tematu, gdyby nie fragment (s. 138): Nie będę grał chojraka i od razu powiem, że miałem miękko w portkach". Nie ma powodu, aby dziwić się temu, ale trwanie przy strajku jakoś nie zgadza się z "miałem miękko w portkach...", koniec cytatu.
oraz (30.11 23:02):
"Jak łatwo zauważyć, nie ma tutaj żadnego szyderstwa z "Solidarności" i jej ethosu, ale tylko i wyłącznie z niejakiego napięcia w dwóch relacjach Pana Doktora. I to wszystko. W szczególności nic tam nie ma o AGH i postawie jej pracowników...", koniec cytatu.
I choć pan profesor tego nie napisał wprost, dał tym samym jednoznacznie do zrozumienia, że uczestnicy tego strajku to tchórze, a ten strajk to żadne halo, bo trwał zaledwie 3 dni.
Woleński nie zacytował jednak części poprzedzającej frazę "miałem mięko w portkach", więc zacytuję całą frazę za moją książką pt. "Podaj hasło":
"Po ogłoszeniu dekretów stanu wojennego, moja macierzysta uczelnia, jako jedna z trzech w Polsce, przeprowadziła strajk czynny, za co jak wtenczas straszono najcięższym więzieniem, z karą śmierci włącznie (…)
Pierwszy dzień minął spokojnie i można powiedzieć, że nic się nie działo, gdyby nie dręczące nas wszystkich pytanie, co z nami będzie, gdy przyjedzie ZOMO.
Drugiego dnia było gorzej, gdyż nam wyłączyli światło, gaz i wodę, a dzień upływał pod znakiem zapchanych toalet i nie mytych zębów. Wszystkich jednak nadal gnębiło pytanie: - Przyjadą czy nie przyjadą? - Nie przyjechali, ale drugą noc z rzędu nikt oka nie zmrużył.
Trzeciego dnia zmęczenie pokonało nerwy i wszyscy pousypiali głęboko jak dzieci.
Gdyśmy tak smacznie spali, nagle nas obudził przeraźliwy okrzyk jednego z kolegów: - WSTAWAĆ!!! SZYBKO!!! WSTAWAĆ!!! ZOMO!!! CZOŁGI!!! JADĄ!!!.
W pierwszej chwili wszyscy skoczyli do okien. To już nie były żarty. W świetle wojskowych reflektorów, po skutym mrozem śniegu, powoli zbliżały się w naszą wozy opancerzone z gotową do strzału bronią maszynową. Za oddziałem pancernym szły na nas trzy kordony uzbrojonych po zęby zomowców skrytych za tarczami, w które walili miarowo ciężkimi pałami. Przyznacie, że scena raczej nie ciekawa.
Nie będę grał chojraka i od razu powiem, że miałem miękko w portkach...", koniec cytatu.
Z powyższych akapitów prof. Woleński wyjął tylko frazę : "Nie będę grał chojraka i od razu powiem, że miałem miękko w portkach". A zrobił to z premedytacją, żeby przedstawić uczestników strajku jako tchórzy, a przy okazji umniejszyć powagę strajku protestacyjnego "Solidarności" na AGH po wybuchu stanu wojennego.
Jest to tylko jeden z wielu przykładów pokazujących jak manipuluje prawdą laureat naukowego Nobla prof. Jan Woleński.
Te jego słynne już manipulacje studenci filozofii UJ nazywają "meandrami Woleńskiego", a doktor Piotr Gontarczyk pisze o tym w piśmie społeczno-historycznym GLAUKOPIS, Nr 28, 2013, str. 311, cytuję:
"Ale te, niestety, podobne ataki na obu wspomnianych polityków korespondują z lekkością, z jaką Autor posługuje się w przestrzeni publicznej insynuacjami i pomówieniami. Z jakimi niewyszukanymi pobudkami i wątpliwymi metodami mamy do czynienia w przypadku pisarstwa Jana Woleńskiego świadczy fakt, że wspomniany sięgnął po insynuacje nawet w sprawie tak trzeciorzędnej jak polemika ze mną (…) Takie metody prowadzenie polemiki przez Woleńskiego mogą zadziwić tych którzy nie czytali recenzowanej książki. Sięganie po insynuacje i pomówienia – tak pod adresem poszczególnych osób, jak i całych zbiorowości – jest immanentną częścią jego „toków argumentacji...", koniec cytatu.
Patrz również:
KRAKÓW PĘKA ZE ŚMIECHU
http://salonowcy.salon24.pl/550780,krakow-peka-ze-smiechu
TA WSTRĘTNA PRZESZŁOŚĆ
http://salonowcy.salon24.pl/272824,ta-wstretna-przeszlosc
NABRANI PRZEZ REDAKTORA
http://salonowcy.salon24.pl/271686,nabrani-przez-redaktora


Komentarze
Pokaż komentarze (88)