echo24 echo24
860
BLOG

Ożyła rodowa tradycja i polskim bzem zapachniało w domu

echo24 echo24 Społeczeństwo Obserwuj notkę 24

Dziś wcześniej niż zwykle obudziło mnie świąteczne podekscytowanie i intensywny zapach bzu rozchodzący się po domu. Bo tak, jak niegdyś moja śp. Mama, kupiłem w przededniu dzisiejszego święta mięsisty bukiet świeżo ciętych lilaków.

Przez okno zaglądały już nieśmiało do salonu pierwsze promyki słońca i jak sięgnęły kryształowego wazonu, w którym świąteczne bzy się puszyły, odbite od gęsto rżniętych szklanych tafli rozsypały się po świątecznym obrusie kaskadą migotliwych iskierek.

I wtedy przypomniało mi się nasze stare mieszkanie przy ulicy Zamkowej vis a vis Wawelu, gdzie odkąd sięgam pamięcią zawsze na 3 maja na świątecznie przystrojonym stole stał ten sam kryształowy wazon z blado liliowymi bzami, które pachniały tak samo, jakby w czasie zatrzymanym. I jak dziś pamiętam, że w dzieciństwie mogłem się godzinami wpatrywać w te rozedrgane kolorowe iskierki tańczące po śnieżnym obrusie specjalnie na majowe święto szczodrze krochmalonym.

Myślę, że ten zapach polskich bzów i tęczowy kalejdoskop rozproszonych w kryształowym szkle promyków wiosennego słońca  to sygnatura mojego szczęśliwego dzieciństwa, kiedy jeszcze żył tata zanim go ubecja wykończyła.

Pamiętam, że zawsze na trzeciego maja, po uroczystym śniadaniu Mama z Tatą zasiadali do naszego Steinwaya i przygrywając sobie na cztery ręce śpiewali piosenkę, która wrosła mi w duszę:

Witaj, majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie.
Uczcimy ciebie piosenką,
Przy hulance i przy winie.

Witaj Maj! Trzeci Maj!
U Polaków błogi raj!

Witaj Maj! Trzeci Maj!
U Polaków błogi raj!

Śpiewali półgłosem, bo wokół domu aż się roiło od szpicli i dopiero dziś rozumiem, dlaczego im łzy po policzkach spływały.

Zapamiętałem też, że na trzeciomajowe Msze na Wawel pływaliśmy łódką, bo jeszcze wtedy pod Wawelskim Wzgórzem za parę groszy przeprawiał wiernych przez Wisłę przewoźnik. Do dziś mam jeszcze w uszach chrzęst jego długiej tyczki wbijanej w żwir wyścielający dno rzeczne, a w oczach butelkowo zieloną satynową sukienkę Mamy i jej ulubiony kapelusz z koronkową woalką.

I jeszcze jedną rzecz zapamiętałem. Trzeciego maja, nawet jak było chłodno, Mama mi pozwalała założyć podkolanówki, zamiast obciachowych pończoch, które w tamtych czasach mali chłopcy na haltery zapinali.

Choć Ojca prawie nie znałem, wryła mi się jednak w pamięć świąteczna celebra, której Tata zawsze przestrzegał w dniu majowego święta. Więc dzisiaj tak, jak On onegdaj, rozpocząłem dzień od prasowania białej koszuli i wyglancowania butów na wysoki połysk. Potem dobrałem do odświętnego garnituru krawat, elegancko się przyczesałem i odziany świątecznie wybrałem się na trzeciomajową Mszę do wawelskiej Katedry.

Córka też się szykowała, ale do podróży, bo wyjeżdżała dzisiaj na uczelniany obóz tenisowy. Nie obciążyłem jej jednak przymusem pójścia ze mną na Wawel, bo ja w jej wieku też wolałbym pojechać z kolegami na obóz. Ale wiem, że moją dzisiejszą celebrę świąteczną zapamięta i w przyszłości swoim dzieciom pokaże, jak należy uszanować trzeciomajowe święto.

Pogoda była piękna więc postanowiłem się przespacerować starymi ścieżkami. Idąc w stronę Rynku zahaczyłem o moje liceum im. Jana Kochanowskiego, którego już w tym miejscu nie ma, ale przechodząc opodal szkolnego budynku poczułem silne łomotanie serca. Doszedłem do jeszcze wpół uśpionych Plant, które o tej porze roku zachwycają miąższem świeżo wybujałej zieleni i wiosenną ptasią muzyką tak cudną, że aż dech zapiera. Minąłem wystawiającą swe wieże do słonka studencką Kolegiatę św. Anny i doszedłem do spowitego jeszcze w cieniu Uniwersytetu Jagiellońskiego, jakby zafrasowanego tym, co się  stało z jego niegdysiejszą świetnością. Aż doszedłem do Filharmonii, jak się okazuje konającej, bo przed paru dniami widziałem ubranych żałobnie filharmoników krakowskich stojących przed Urzędem Marszałkowskim z wielkim transparentem „Panowie Marszałkowie! Zlitujcie się nad Filharmonią”.

W Katedrze Wawelskiej było, jak zawsze w tym Sanktuarium Narodu Polskiego nad wyraz uroczyście i szykownie. Pośród królewskich sarkofagów prężyły piersi kompanie honorowe polskiego wojska, policji i straży pożarnej, a wykrzykiwane przed i po podniesieniu komendy: Baczność! Spocznij! - o gęsią skórkę przyprawiały. A wszystko okraszone patriotycznymi pieśniami w wykonaniu niezawodnego Chóru Gregoriańskiego.

A w historycznej homilii franciszkanin o. Stanisław Celestyn Napiórkowski wypowiedział się otwarcie przeciwko dyktatowi jednej partii, która nie ma nic wspólnego z wartościami, które od wieków przyświecają Polakom, a jego wystąpienie było tak sugestywne, że nawet prezydent Krakowa Jacek Majchrowski i Wojewoda Małopolski Jerzy Miller wydawali się jakby mniejsi niż zwykle.

Po okolicznościowym pochodzie poszedłem do mojej ulubionej kawiarenki Vis a Vis napić się kawy, gdzie spotkałem znajomych i przycupnąłem obok odlanego z brązu pomnika Piotra Skrzyneckiego. Jeden ze znajomków spytał mnie: „A coś ty taki odwalony, jak stróż w Boże Ciało?”. Na co mu odpowiedziałem: „Jak to? Przecież dzisiaj święto”. A on na to machnąwszy lekceważaco ręką powiedział prześmiewczo: „Co to za święto!”.

Gdy trochę ochłonąłem po tej jego..., sorry ale nie znajduję stosownego określnika odpowiedzi, zapytałem go, do którego liceum chodził, a on odpowiedział z dumą w głosie , że do „Piątki”, czyli jednego z trzech najbardziej renomowanych krakowskich liceów.

Kawy nie dopiłem. Grzecznie się z „kolegami” pożegnałem, a jak wracałem do domu pomyślałem sobie, że żadna szkoła, ani uniwersytet nie nauczą patriotycznych wartości, jeśli owe nie zostały wyniesione z domu.

Krzysztof Pasierbiewicz (akademicki stary wiarus)

Post Scriptum

Pewien dociekliwy "komentator" - stali goście mojego blogu wiedzą o kogo chodzi - napisał na portalu Nasze Blogi, że moi Rodzice nie mogli świętować 3 maja, bo za komuny ten dzień był dniem roboczym. Więc mu wyjaśniłem, że w owych ponurych czasach było wcale nie mało Polaków, którzy mimo wszystko potrafili czcić uroczyście trzeciomajowe święto. Ale on tego nigdy nie pojmie, bo tę tradycyjną celebrę wynosi się z domu, z dziada pradziada. Oczywiście pod warunkiem, że się ów tradycyjnie polski dom miało. 

 

 

 

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (24)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo