193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  2423   0

Magia namiętności – odcinek (3)

Rozczarowanie

Pociąg ekspresowy Montreal – Chicago pędził w kierunku granicy Stanów Zjednoczonych. Kanada pogrążała się w szybko zapadającym zmroku. Resztką sił upchnął walizę na półkę i osunął się ciężko na kolejowy fotel. Zrozpaczony, zmięty, niewyspany z trudem porządkował poplątane myśli. Do przedziału wszedł schludnie ubrany Murzyn z obsługi pociągu. Obrzucił go troskliwym spojrzeniem i bez słowa podał mu kubek kawy z croissantem, a Krzysztof uświadomił sobie, że od dwóch dni nic nie jadł.

Thank you very much! – podziękował Krzysztof. – Na zdrowije! – odparł Murzyn łamaną polszczyzną. – Przynieść ci podjuska? – spytał i wyszedł, by po chwili powrócić ze świeżo obleczonym jaśkiem. Wsparłszy głowę na miękkiej poduszce przypomniał sobie, jak mama zmieniała mu pościel, jak w dzieciństwie zachorował na zapalenie płuc. – Chyba już miała tę operację – myślał z niepokojem. – Mam nadzieję, że Danuta jest przy niej.

Myśl o Danucie ściągnęła wyrzuty sumienia za zdradę, jakiej się dopuścił. A może los zesłał Ewę, żeby mi uświadomić, iż nie kochałem Danuty, jak mi się zdawało przez te cztery lata. Więc skoro nie była to miłość, nie było też zdrady, kombinował. Miarowy stukot kół przeniósł go w objęcia Morfeusza.

Obudziły go wrzaski rodaków, którzy pchali się kupą do wyjścia. Zorientował się, że stoją na stacji Chicago. Wszędzie było słychać powitalne okrzyki i gorączkowe nawoływania: – Józek! Tu! Tu jesteśmy! Mietek! A gdzie Staszka! 

Przeczekawszy ten zamęt wysiadł z wagonu na przestronny peron. W oddali zobaczył machających do niego ciotkę Mary i wuja Stanleya. – No, jesteś, bo Stasek juz myśloł, żeś sie zgubił – wysapała ciotka. – Hello Chris! How are you! – powitał go wujek. Jak się wyściskali, wuj zapytał podkrakowską gwarą: – A przywiezłeś mi ptoka? W pierwszej chwili Krzysztof nie złapał, o co mu chodzi., a gdy się w końcu domyślił, uspokoił wuja: – Tak! Tak! Przywiozłem ci orła, jak prosiłeś w liście. – Good! Very good! – ucieszył się wujek i dopytał: – A skrzydła mo – tu zamarł na chwilę w bezruchu, gdyż nie potrafił znaleźć właściwego słowa – takie? – skrzyżował ręce na piersiach – czy taaakie? – rozczapierzył ręce szeroko nad głową. – Taaakie wuju! – Very good! Excellent! Bo właśnie takiego chciołem. Bedzie stoł u mnie w lanczrumie na tiwisecie. - Całe szczęście, że pani sprzedawczyni z krakowskiej Cepelii zdołała mnie przekonać, bym zakupił orła z rozpostartymi skrzydłami, odetchnął z ulgą.  

Wuj zapakował towarzystwo do przepastnego forda. – A teraz zobaczysz Chicago – oznajmił z dumą w głosie. – Jedziemy do Downtown!  Wjechali do centrum. Oszołomiony, zadzierał głowę na widok niebotycznych wieżowców, których nazwy wuj wymieniał tak szybko, że nie sposób je było zapamiętać. Olśniony, patrzył na migające za szybą samochodu wytworne wystawy znanych domów mody, słynnych magazynów, butików i markowych galerii.

O kurczę! Tu na jednej ulicy jest więcej sklepów niż w całym Krakowie! Powoli zapadał zmierzch. I raptem miasto rozbłysło milionami świateł, wielobarwnych neonów i ruchomych reklam. Wszystko migotało, falowało, wirowało, strzelało gejzerami iskier jak w jakiejś baśniowej krainie. Wuj nie przestawał pytlować, lecz Krzysztof go nie słuchał oczarowany kolorowym światem.  Jednakże pełnię szczęścia mąciła myśl, że bez Ewy nie potrafi się niczym cieszyć. 

Z zamyślenia wyrwały go słowa ciotki: – Teraz pojedziemy do mnie, bo Stasek mieszka za miastem, z bogatymi. Mijali kolejne światła zostawiając za sobą chicagowskie centrum. Skończyły się wieżowce i reklamy. Wjeżdżali w coraz bardziej ponurą okolicę pełną podobnych do siebie, brzydkich, starych domów. Na ulicach walały się śmieci, puszki po piwie i tekturowe kartony.

– To jest polskie Jackowo, tu mieszkam – zakomunikowała ciotka. Wuj zatrzymał samochód przed jakąś obskurną czynszową kamienicą, podziękował za orła i szybko odjechał. – Staszek tu nie chce stawiać kary, bo mu zawsze porysują. Rozwrzeszczana zgraja kolorowych wyrostków grała w kopanego metalową puszką. – To Portorykany, psia ich mać, wszędzie się wpychają! – tłumaczyła ciotka pogardliwym tonem.

Weszli do mrocznego korytarza. Po sforsowaniu trzech zamków ciotka wprowadziła go do mieszkania. Zajmowała zagracony pokój z maleńką kuchenką przerobioną z holu. Zakratowane okno wychodziło na mur ciemnej studni ciasnego podwórza. Gdy na telewizorze okrytym haftowaną w różyczki serwetką zobaczył siedzącą w szerokim rozkroku debilnie uśmiechniętą lalkę w krakowskiej sukience, uświadomił sobie, że łatwo nie będzie. Kurwa! Gdzie ja jestem? Co ja tutaj robię? – rozmyślał w panice.

Ale to był dopiero początek koszmaru. Bowiem ciotka wprowadziła go do ciasnej wnęki bez okna, gdzie mieściło się tylko łóżko i dwie nocne szafki. Ściany i sufit ktoś pomalował niechlujnie landrynkowym lakierem. Nad łóżkiem wisiała lampka z dyndającym nadpalonym abażurem. – Tu będziesz mieszkał, możesz się rozpakować! – rzuciła ciotka i poszła do siebie.

Lubię to! Skomentuj102 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale