193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  2458   0

Magia namiętności – odcinek (5)

Strach

Mijały kolejne miesiące. Ewa przestała pisać, a Krzysztof, choć robił wszystko by o niej zapomnieć myślał o niej bezustannie. Nic go nie cieszyło. Świat bez Ewy wydawał mu się beznadziejny, szary i smutny.  Od czasu do czasu pisał listy do Danuty. Były to jednak suche i lapidarne relacje, gdyż nie potrafił się zdobyć na nic więcej. Pocieszał się, że życie z czasem rozwiąże te wszystkie zawikłane problemy. Najgorsza jednak była nie dająca spokoju świadomość, że zawiódł dwie kochające go dziewczyny. Ogarniał go jakiś dziwny, podświadomy lęk.

Ironia losu

Nadeszła wiosna 1969. Minęło już prawie dwa lata od jego przyjazdu do Chicago. Wreszcie zarobił na tyle, by oddać doktorowi Świrskiemu pieniądze za szpital, zwrócić dług zaciągnięty przez mamę w Polsce na jego bilet na Batorego, kupić wymarzony samochód i dokończyć przerwane studia.

Tuż przed wyjazdem Krzysztofa ze Stanów Antek dostał upragnioną zgodę na stały pobyt w USA. Niestety, po kilku dniach świeżo upieczonego Amerykanina wcielono do wojska i wysłano na front do Wietnamu, skąd wrócił po tygodniu w metalowej trumnie z małą dziurką w okolicy skroni.

Krzysztof żegnał Amerykę bez żalu, z uczuciem ulgi, że opuszcza kontynent, gdzie doznał tylu krzywd i upokorzeń. Za jego plecami John Lennon śpiewał swój protest song „ALL WE ARE SAYING IS GIVE PEACE A CHANCE!”

Wiózł ze sobą trochę pieniędzy i wyrwaną z notesu kartkę, na której stary lwowiak pracujący na sąsiedniej maszynie przepisał mu na pożegnanie słowa jakiegoś wiersza:

Piosenka – TANGO

Zahuczał huragan na morzu –

Na morzu w spieniałości fal…

Jak smutno żyć samotnemu –

Jak tęskno patrzyć jest w dal…

Pamiętasz tę upojną tangę –

Gdy na balu bawiliśmy się…

Tańczyłeś z Fajrandem –

Nie wiedziałeś że zdradzisz mię…

I odejdź jeśli masz żal –

Twoje ust lśni jak słoneczko –

Popłynie het z miłością w dal

Odpisał: Szawrowski Michel

Reemigracja

Wracał do Polski tym samym transatlantykiem, na którego pokładzie przeżył najszczęśliwsze w życiu chwile. Jednak tym razem ów statek wydawał się inny, obcy i ponury. Gdziekolwiek się ruszył wydawało mu się, że widzi Ewę. A to szła do jadalni, to znów mignęła mu wśród spacerowiczów na górnym pokładzie, innym razem siedziała przy barze, bądź kuliła się z zimna na ławce, gdzie się rozpoczęła ich szalona miłość. Czuł zapach jej perfum, a wieczorami do jego kajuty przychodziła. Uświadomił sobie, że ani na sekundę nie przestał jej kochać. Dobijała go nieznośna myśl, że zniszczył tę miłość.

„Batory” powoli się zbliżał do gdyńskiego portu. Jeszcze raz obszedł miejsca, gdzie zostało jego szczęście. Po raz drugi żegnał się z Ewą.

Dopadły go myśli o Danucie. Próbował analizować sytuację. Wiem, że nie kocham Danki, ale może będę przy niej bezpieczny? Może z czasem zapomnę o Ewie? 

Danuta mieszkała w przedwojennej willi na Woli Justowskiej, uchodzącej za „lepszą” dzielnicę Krakowa. Było to typowo krakowskie, mieszczańskie domostwo. Zakratowane okna i wciąż przysłonięte zasłony strzegące rodzinnych sekretów broniły dostępu światła. W wiecznym półmroku na ścianach majaczyły stare obrazy oprawione w bogato złocone ramy, kilimy, makatki, ryngrafy, dyplomy i pożółkłe zdjęcia rodowych antenatów. Na wypastowanych parkietach puszyły się perskie dywany. Po przepastnych salonach, jak upiór krążyła bezustannie gderająca babcia z irchową szmatką w dłoni przecierając z pietyzmem rozliczne złocenia, okucia, inkrustacje, forniry, kryształy i porcelanowe figurki. Przed telewizorem, na sfatygowanym fotelu przysypiał całymi dniami nestor zacnej rodziny, który się prawie nigdy nie odzywał. W domu panował od zarania dziejów bezwzględny matriarchat. Zarządzała matka, wzięty krakowski prawnik. Uzdolniona Danuta była oczkiem w głowie rodziny, któremu wieszczono co najmniej profesurę. Mniej utalentowaną siostrę ledwie dostrzegano. Ojciec, inżynier zarabiający mniej od żony traktowany był jak powietrze. Dlatego w domu bywał tylko na posiłkach większość czasu spędzając w garażu, gdzie godzinami rozkręcał i skręcał swojego ukochanego Wartburga. Sprawy rodzinne były poukładane na wiele lat naprzód. W trakcie rodzinnych spotkań mówiło się wyłącznie o intercyzach, spadkach, umowach, polisach, wekslach, lokatach i grobowcu na Cmentarzu Rakowickim. A wszystko podług zasady, potakiwać innym, broń Boże się nie wychylać i tyrać przez cały tydzień od rana do zmroku, by w niedzielę pójść całą rodziną na sumę do kościoła podziękować za tę śmiertelnie nudną egzystencję. I nie było mowy o jakimkolwiek ryzyku, bądź „czynach nierozważnych”. Miłość i ojczyzna owszem, ale jedynie w granicach rozsądku. Liczyło się tylko to, co racjonalne, co może przynieść pożytek i dochód.

Krzysztof nigdy nie darował Danucie, że się zapisała do ZMS–u. Wielokroć jej wymawiał, że tym samym wspiera gnębiącą naród komuszą sitwę, na co ona odpowiadała niezmiennie, że nic się przecież nie stanie jak się człowiek nieco nagnie dla kariery. I choć Krzysztof to zawsze wiedział odpychał od siebie myśl, że nigdy nie będzie szczęśliwy pośród takich ludzi.

Lubię to! Skomentuj59 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale