193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  1826   0

Magia namiętności - odcinek (7)

Dom Architekta SARP w Kazimierzu Dolnym
Dom Architekta SARP w Kazimierzu Dolnym

Sacrum

Nigdy by, nie przypuszczał, że oczekiwanie na telefon może być taką gehenną - dziwował się Krzysztof. Ewa miała zadzwonić, jak tylko wyjdzie ze szpitala. Niestety telefon milczał jak zaklęty. Godzinami wgapiał się w milczący aparat...

Po czterech tygodniach, które mu się zdały wiecznością telefon wreszcie się odezwał. Pani z zamiejscowej łączyła Warszawę.

– Krzysiu! Mój malutki! Nie dzwoniłam wcześniej, bo w domu było koszmarne zamieszanie – usprawiedliwiała się. – Andrzej po prostu zwariował na punkcie Marynki, wziął miesiąc urlopu i w ogóle nie wychodził z domu. Dopiero dziś poszedł do pracy.

– Dobrze, że dzwonisz, bo nie zniósł bym dłużej czekania, aż zadzwonisz!

– Nie wiem, co się ze mną dzieje Krzysiu, ale ja po prostu nie jestem w stanie bez ciebie egzystować! – krzyczała do słuchawki. – Co prawda Demarczyk śpiewała, że można żyć bez powietrza, ale to nieprawda, Krzysiu! Ja tak nie potrafię! Muszę cię zobaczyć! Natychmiast!

– No, to co za problem? Spotkajmy się jutro w w Kazimierzu, jak wtedy w południe przy studni? – kusił. – Ale... – Nie ma żadnego ale! – przerwał jej w pół słowa. – Jesteś wspaniały, Krzysiu! Kocham to twoje szaleństwo! Zgoda! Ale tylko na chwilkę! Bo co prawda Marynka już ma opiekunkę, lecz bałabym się zostawić ją z nią na dłużej. 

Oszalała z radości zaproponowała: – To umówmy się w SARP–ie, przy rynku. Mają tam bardzo miłą knajpkę! Znam dobrze kierownika, więc zaraz do niego zadzwonię by zarezerwował dla nas jakiś stolik. Jakbyś przyjechał wcześniej, powołaj się na mnie! – szczebiotała. – No to już grzeję silnik! – odkrzyknął.

– Najwyższa pora Krzysiu, by coś postanowić, bo ja już nie mogę dłużej żyć bez ciebie! – dodała. – Dokładnie to samo chciałem ci powiedzieć! – No to do jutra, kochana! – krzyczał uszczęśliwiony odkładając słuchawkę.

 

Przyjechał trochę przed czasem. Faktycznie, czekał już na nich stolik koło okna z widokiem na urokliwy kazimierski ryneczek. Wszystkie miejsca w przytulnym lokalu były już zajęte. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć same inteligentne twarze.

– To na pewno jacyś słynni architekci, pisarze i artyści – zawstydził się, gdyż sobie uświadomił, że nie umiałby ich nawet rozpoznać.

Uderzyła go wytworność kawiarnianych gości. Panowie mieli na sobie tweedowe marynarki ze smakowicie dobranymi dodatkami. Jedwabne krawaty z antycznymi szpilkami i kościane spinki do mankietów dodawały przedwojennego sznytu. Z kolei panie, w stylowych kapeluszach, olśniewały gustownymi kreacjami przyozdobionymi ekstrawaganckimi szalami i wymyślną biżuterią.

Dobrze, że kupiłem sobie nową marynarkę, bo bym znów wyszedł na głupka, jak wtedy na tym balu na „Batorym” - odetchnął z ulgą. Przyglądając się zebranemu w lokalu towarzystwu rozmyślał: - Aż się nie chce wierzyć, że w mrocznej głuszy PRL–u na szarej mapie Polski, gdzie w obskurnych mordowniach kłębią się wiecznie pijani rodacy ostało się kilka miejsc, w których wciąż spotyka się śmietanka ludzi z natury szykownych. Czuł się onieśmielony wśród takiej elity.

Z zamyślenia wyrwał go radosny szczebiot Ewy: – Witaj, Krzysiu! – wołała krocząc w jego stronę. Zauważył poruszenie kawiarnianych gości, a szczególnie panów, obserwujących skrycie piękną nieznajomą.

Boże! Ależ ona jest piękna! - zachłysnął się z zachwytu.

Ewa czując na sobie te wszystkie spojrzenia poruszała się z gracją księżniczki Monako. A kiedy szła do niego między stolikami kołysząc zmysłowo wąskimi biodrami, co potrafią tylko rasowe modelki, po sali przeleciał szmer zachwytu. Dało się odczuć, że wszyscy mówią o niej. Bo Ewa po prostu porażała gracją. Biła z niej lekkość ruchów egzotycznego kota. Była kobietą zjawiskową. Zauważył, że po dziecku nabrała trochę ciała, co ją przemieniło z manekinowatej modelki w seksowną, pełnokrwistą kobietę. Bezwstydnie dawał upust dumie. Tak musi działać heroina - myślał oszołomiony.

Czując na sobie spojrzenia kawaiarnianych gości przywitali się oficjalnie. Lecz w chwili, gdy podawał jej krzesło poczuł ów odbierający rozum zapach kobiety, jaki zapamiętał z „Batorego”. Wróciły wspomnienia i znów był najszczęśliwszym z ludzi.

Usiedli naprzeciw siebie. – Strasznie jestem głodna – powiedziała rozglądając się za kartą. – Tak się do ciebie śpieszyłam, że zapomniałam o śniadaniu...

 – Co nam pani doradzi? – zwrócił się do kelnerki, która podała im kartę. – Szef dzisiaj poleca wyborny cielęcy auszpik – zachwalała dziewczyna w wykrochmalonym fartuszku.

– To poprosimy dwa razy – zadysponował przełykając ślinkę. – Mamy świeże pieczywko, podać? – Tak, bardzo proszę! I odrobinę masła, a na końcu herbatę.

Po chwili kelnerka przyniosła dwie porcje auszpiku w porcelanowych muszlach przystrojonych zieloną pietruszką, rzeźbioną w różyczki rzodkiewką i liśćmi sałaty.

– Oooo! Polskie ostrygi – zażartował Krzysztof.

Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale