166 obserwujących
1843 notki
4430k odsłon
3742 odsłony

List blogerski do pana Prezesa w sprawie piętnowania niepokornych elit

Wykop Skomentuj221

Motto: Są teksty, które należy powtarzać wielokrotnie, bo zależnie od kontekstu i sytuacji politycznej nabierają coraz to nowych znaczeń (Krzysztof Pasierbiewicz)

Szanowny Panie Prezesie!

Pańska publiczna zapowiedź piętnowania elit skojarzyła mi się z pewną tragikomiczną historią, którą chciałbym teraz Panu Prezesowi opowiedzieć.

Jak nam bezpieka wykończyła Ojca, Mama nie była w stanie utrzymać naszego dużego mieszkania i dała ogłoszenie do gazety o zamianę na mniejsze. Na nowym mieszkaniu okazało się, że za ścianą mieszka ubek, który na domiar złego miał na parterze kolesia, a jakże by inaczej również pracownika rzeczonego urzędu. Dopóki mama żyła dawali mi spokój, ale jak zmarła, - z początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ów ubecki duet zaczął się domagać bym się wyprowadził, bo, cytuję: „Oni w swoim bloku inteligenta nie potrzebują”. Na pomoc reszty sąsiadów nie miałem co liczyć, gdyż byli tak zastraszeni, że się przemykali jak duchy po klatce schodowej doradzając mi, żebym z ubecją nie walczył, gdyż z nimi nie wygram. Rad tych wszakże nie posłuchałem, bo by się w grobie przewrócił mój kochany Tata, zasłużony Akowiec i szlachetny człowiek.

Chcąc mnie wykurzyć z mieszkania, rzeczeni ubecy zawarli przymierze z niejaką panią Genowefą, mieszkającą pode mną kompletnie nawiedzoną dewotką. Wybrali znaną w tamtych czasach ubecką metodę robienia z ludzi nauki chuliganów. A jak? Przy pomocy kolegium orzekającego. Ich plan był stosunkowo prosty. Zawsze, gdy miałem gości, po dwudziestej drugiej ubek zza ściany dzwonił po milicję, a przybyły patrol legitymował nas, - i nie stwierdziwszy niczego zdrożnego jechał dalej. Jednak po dwóch tygodniach dostawałem wezwanie na rozprawę w Kolegium Do Spraw Wykroczeń, w oparciu o treść łgarskiej notatki służbowej tychże milicjantów, którzy u mnie byli dwa tygodnie wcześniej. Kolegium składało się zwykle z trojga pezetpeerowskich aktywistów, najczęściej ormowców w wieku leśny dziadek. Świadków obrony nie przesłuchiwano i po krótkiej naradzie składu orzekającego, dostawałem czapę, czyli karę zasadniczą w najwyższym wymiarze. Była to grzywna pieniężna w wysokości trzech tysięcy złotych, co przy mojej pensji asystenta stażysty Akademii Górniczo – Hutniczej sięgającej w porywach dziewięciu stówek, stanowiło sumę nie do przeskoczenia. Zasądzanych mi grzywien tedy nie płaciłem, próbując się odwołać do wyższej instancji. I choć Panu Prezesowi będzie trudno w to uwierzyć, a może nie (?), - po kilku latach nalotów na moje mieszkanie, wydano takich wyroków siedemdziesiąt sześć, co jak niektórzy twierdzą daje mi wynik lepszy od Jacka Kuronia. Do dzisiaj mam w domu pożółkłą książeczkę zrobioną z oprawionych wezwań na kolegium. W miarę upływu czasu moje sprawy w kolegium, zyskiwały sobie coraz większy rozgłos, zmieniając się z czasem w rodzaj odcinkowego serialu z „dysydentem” w roli głównej, który konkurował z ówczesną superprodukcją sensacyjnych przygód kapitana Klossa.

Przebieg rozprawy był zawsze taki sam. Najpierw zeznawali ubecy, potem milicjanci, którzy w pozycji na baczność z paskami pod brodą łgali w żywe oczy, jak to w dniu zajścia stwierdzili na miejscu libację obywateli, w większości niepracujących. Co było często prawdą, albowiem część moich przyjaciół jeszcze studiowała nie mając w dowodach stosownej pieczątki. Następnie, wkraczała do akcji wspomniana pani Genowefa. Była to kobieta wypisz wymaluj w typie posłanki, z którą sobie Pan Prezes niegdyś w Sejmie fotkę zrobił – patrz fotka pod notką,  - leciwa acz w wciąż w pretensjach, która w trakcie zeznań, co chwilę mdlała, a milicjanci wachlowali ją czapkami. Po spektakularnym cuceniu, niedoszła denatka czerwieniała jak indor i z wyreżyserowanym wytrzeszczem oczu zanosiła się szlochem i rwąc włosy z głowy łgała jak najęta, co też ten inteligent po nocach wyprawia. A oburzone kolegium bez zastanawiania dawało mi czapę. Te odlotowe spektakle ściągały do kolegium gromady znajomych, głównie krakowskich naukowców, artystów i ludzi palestry, którzy przychodzili na te rozprawy, by mieć potem, co opowiadać w krakowskich kawiarniach.

Jednakże, gdy ilość orzeczeń kolegium zaczęła mi zagrażać wyrzuceniem z uczeni stawiając mnie w jednym rzędzie z recydywistami, postanowili mi pomóc lokalni prawnicy, których w ówczesnym Krakowie znałem prawie wszystkich. Sprawę wziął w swoje ręce prawdziwy tuz tamtych czasów Stanisław Warcholik, - umocowany, gdzie trzeba ówczesny dziekan Izby Adwokackiej. Po serii narad postanowiono wykonać w Kolegium Orzekającym coś w rodzaju wejścia smoka, w oparciu, o jak się zdawało, niepodważalne zeznania świadków obrony wyselekcjonowanych starannie z grona najbardziej szanowanych krakowskich prawników. Na nadchodzącej rozprawie miałem mieć tedy za świadków, oprócz rzeczonego Dziekana, tak potężnych oligarchów ówczesnej palestry jak super mecenas od spraw karno kryminalnych, śp. profesor Karol Buczyński i znany cywilista, śp. profesor Franciszek Studnicki. I jeszcze na dobitkę wzięto ówczesnego szefa Instytutu Nauk Politycznych profesora Marka Waldenberga, o którym krążyły plotki, że był kochankiem Róży Luxemburg, bo zrobił z niej czołową postać swych badań naukowych. Wszyscy, a jakże by inaczej, z Jagiellońskiej Wszechnicy. Więc musi Pan Prezes przyznać, że jak na sprawę w kolegium mocne uderzenie.

Wykop Skomentuj221
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura