Świat kiedyś był prosty. Na rynku istniała tylko "Rzeczpospolita" i "Gazeta Wyborcza" a z tabloidów działał wyłącznie "Super Ekspress". Rynek był klarowny, podzielony w każdym aspekcie: polityki, biznesu a nawet poetyki. Nikt nikomu w kaszę nie dmuchał. Podobno od przybytku głowa nie boli, ale w kwestii rynku mediów ta prawda ludowa chyba sie nie sprawdza. Na rynku stało się tłoczno, aż za bardzo. Redaktorów naczelnych głowy rozbolały, bo rynek reklam jakkolwiek rośnie to nie w takim samym tempie jak rośnie ilość ogólnopolskich tytułów. W cieniu wielkich sporów politycznych trwa cicha walka gazet o przetrwanie.
Walka jest brutalna, coraz bardziej zmierzająca w kierunku praw dżungli - gdzie wiadomo - żadne reguły nie obowiązują - poza ta jedną, że duży, silny i bezwzględny zjada mniejszego, słabszego i posiadającego skrupuły. Walka na rynku mediów toczy się o wpływy z reklam, a te - jak wiadomo - zależą od ilości czytelników. Czytelnika zaś nie łatwo zatrzymać - w zalewie informacji domaga się on coraz ciekawszych tekstów poruszających coraz ciekawsze tematy - tematy tabu. W ten sposób poetyka tabloidów przenika do gazet main streamowych kompletnie znosząc wszelkie reguły - wprowadzając zamiast tylko jedne prawo - prawo dżungli.Jakieś przykłady - spytasz Czytelniku? Służę uprzejmie.
Dzisiejszy portal www.gazeta.pl zamieszcza w dziale Polecamy artykuł z Bydgoskiego dodatku do Gazety Wyborczej pióra red. Aleksandry Lewińskiej "Dziewczyny z ustawek". Jak widać temat typu tabu - ciekawy, zaangażowany społecznie jak cała "Gazeta Wyborcza". W skrócie artykuł opiera się na rozmowie z uczennica XIV Liceum Aleksandrą Gwizdałą - młodą adeptka dziennikarstwa - która relacjonuje przygody swoich koleżanek w zakresie przedstawionym w temacie - zwłaszcza jednej z nich - organizujacej cały proceder o nicku Shoah.
Artykuł ciekawy, pokazujący bezmiar beznadzieji i nudy średniego polskiego miasta przemysłowego, w którym nawet uczennice renomowanych szkół pochodzące z tzw. "dobrych domów" z nudów zajmują się działalnością z jaka dotychczas kojarzyliśmy osiłków z defektem braku szyji. Wszystko było by pięknie gdyby nie dwie kwestie.
1. Bydgoszcz nie jest na tyle duzym miastem, żeby nie dało się skojarzyć faktów i osób
2. Pani redaktor i jej młode źródło potrafiły powstrzymać wodzę fantazji.
Trzeba mieć Czytelników za kompletnych idiotów, by produkować takie opowieści, wiedząc w jak prosty sposób są one sprawdzalne. Czytelnicy sprawdzili każdy szczegół artykułu - i żaden - nie ostał się faktom. Poza absurdami co do miejsca owych ustawek (parking dużej galerii handlowej) ilości zaangażowanych amatorek kontaktów bezpośrednich (liczby idące w setki) internauci bardzo szybko doszli, że owa tajemnicza Shoah i źródło red. Lewińskiej to dokładnie ta sama osoba - z przemocą bezpośrednia nie mająca absolutnie nic wspólnego.
Niby nic się wielkiego nie stało - ot wpadka jednej z czołowych gazet, ale wpadka ta każe zadać mi kilka pytań.
1. Po co "Gazeta" publikuje tekst - w formie reportażu - o wydarzeniach, które kompletnie nie miały miejsca?
2. Czy ktoś weryfikuje prawdziwość tekstów przynoszonych do redakcji czy je sie puszcza w eter ot tak? (a przykład powyższy dowodzi, że niewiele trzeba do weryfikacji)
3. Czy obok wierszówki red. Lewińska miała jeszcze jakiś cel pisząc o rzeczach ewidentnie zmyślonych?
4. Czy w ten sposób "GW" pozyskuje nowe kadry? Zaczynając od ich korumpowania? (wymyśl dziewczyno coś a jak będzie to fajne to opublikujemy)
5. Czy redaktorzy piszący podobne "artykuły' nie zdają sobie sprawy z konsekwencji? (podtrzymywanie bardzo złych stereotypów o Bydgoszczy jako upadłego miasta pełnego patologii)?
Pytań mozna by mnozyć. wszystkie one sprowadzają sie do jednego - do pytania o kondycje prasy polskiej Anno Domini 2008.
ps.
poniżej link do inkryminowanego artykułu
http://miasta.gazeta.pl/bydgoszcz/1,35608,4889877.html



Komentarze
Pokaż komentarze (8)