Tadeusz Hatalski
Kapitan statków morskich, aktualnie na lądzie.
62 obserwujących
484 notki
785k odsłon
  1776   5

O blindach, czyli migrantach morskich

Od kilku miesięcy borykamy się z problemem migrantów na naszej granicy z Białorusią. Z kolei Europa boryka się z tym problemem od kilku lat. Natomiast na morzu, problem ten jest stary jak świat. Tyle, że w żegludze morskiej, migranci to ‘stowaways’ lub ‘blind passengers’, czyli w tłumaczeniu na język polski - pasażerowie na gapę. A z kolei w potocznym języku marynarskim, znani są pod krótkim i dosadnym określeniem – blindy.

I tutaj muszę powiedzieć rzecz bardzo istotną. Otóż blinda na statku, to dla kapitana statku katastrofa. Z dwóch względów. Przede wszystkim, jest to przypadek z typu, jak to Anglicy nazywają ‘hopeless’ (beznadziejny). A do tego, nie tylko beznadziejny, ale jeszcze bezlitośnie kosztowny.

Naprzód powiem o beznadziejności. Beznadziejność w sprawie blindów, czyli migrantów morskich, wynika z faktu, że taki człowiek nie ma żadnych szans, aby dostać się do miejsca, które wymarzył sobie do życia i do którego chce dotrzeć. Otóż władze europejskich portów morskich (i wszystkich innych również) nie zgadzają się na przyjęcie blindy (nielegalnego migranta), który dotarł tam na statku. Nie tylko nie zgadzają się, ale i nie dopuszczają do tego. Procedury portowe wymagają zgłoszenia na wejściu do portu listy załogi i listy pasażerów. A pasażerów na gapę (blindów), dotyczy to w szczególności. Efekt jest taki, że na nabrzeżu, do którego cumuje statek, na którym przypłynęli nielegalni pasażerowie, czekają już miejscowe służby i zabierają delikwenta (albo delikwentów) na ląd. Oczywiście zabierają ich tylko na czas postoju w porcie. I tylko po to, aby (za wiedzą czy też bez wiedzy załogi statku) nie zeszli oni ze statku nie zostali w porcie. Natomiast przed wyjściem w morze, służby te, przywożą nielegalnych pasażerów z powrotem i oddają ich ponownie pod opiekę kapitana i załogi statku. I tak się dzieje we wszystkich portach, do których statek zawija. Aż statek nie wróci do portu, z którego ci nieszczęśnicy chcieli się wydostać.

Tam historia się powtarza. Z jedną różnicą! Miejscowe służby, po zweryfikowaniu tożsamości nielegalnych pasażerów i uzyskaniu potwierdzenia, że pochodzą oni z tego portu i tego kraju, już ich z powrotem na statek nie przywożą. Wtedy, po kilku miesiącach udręki, kapitan i załoga mogą z ulgą odetchnąć.

Westchnienie ulgi jest tym bardziej głębokie i autentyczne z powodu kosztów, o których na początku również była mowa. Otóż jak już to pokrótce opisałem, we wszystkich portach po drodze, zanim statek wróci do portu, w którym nielegalni pasażerowie na statek wsiedli, służby zabierają nielegalnych pasażerów ze statku, aby w nocy nie zniknęli w portowych zaułkach. I tutaj dochodzimy do kosztów. Ktoś by mógł pomyśleć, że jak służby zabierają to do aresztu i na koszt państwa. O słodka naiwności. Do żadnego aresztu i na żaden koszt państwa.

Nielegalni pasażerowie zabierani są do wybranych hoteli. A rachunki za ten hotel, jakże by inaczej, wystawiane są oczywiście na statek, na którym nielegalni pasażerowie dotarli do danego portu. Taka jest nieuchronna logika zdarzeń, wynikających z faktu, że w porcie (nielegalnie) znaleźli się ludzie, którzy nie powinni byli tam się znaleźć. I teraz proszę wyobrazić sobie sytuację kapitana. Statek ma na pokładzie kilku (czasami kilkunastu) nielegalnych pasażerów. A w podróży okrężnej (zanim wróci do portu wyjściowego) jest kilkanaście kolejnych portów. I z każdego portu przychodzą hotelowe rachunki. Oczywiście rachunków nie płaci kapitan, tylko armator(1). Proszę jednak, wczuć się w skórę kapitana, który takie rachunki musi wysyłać armatorowi do zatwierdzenia. I jeszcze jedno, sytuacja na statku. Zgodnie z prawem morskim, pasażerowi na gapę trzeba zapewnić kabinę do zamieszkania oraz wyżywienie. Ponadto, bez jego jednoznacznej zgody, nie można go zatrudnić do pracy na pokładzie statku. Efekt jest taki, że na statku mamy dodatkowego człowieka czy też dodatkowych ludzi, którym trzeba zapewnić kabinę i których trzeba ubrać i nakarmić. Wszystko na koszt armatora, który często ledwie wiąże koniec z końcem, aby utrzymać się na żeglugowym rynku.

W swojej, wieloletniej praktyce na morzu, na szczęście, miałem tylko jeden przypadek z pasażerami na gapę. To było dawno, jeszcze w czasach poprzedniej epoki, tzn. wtedy, gdy w krajach Europy Środkowej a także innych części świata, panował system komunistyczny. Pracowałem wtedy (jeszcze jako starszy oficer) na statku Polskich Linii Oceanicznych a statek ten nazywał się Bolesław Krzywousty. Dla nas piękna nazwa, ale dla obcokrajowców jedno wielkie, leksykalne nieszczęście. I przykro było słuchać, jak kontrolerzy radiowi, piloci czy też agenci portowi, łamali sobie język na przydomku naszego księcia.

Lubię to! Skomentuj42 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka