Nigdy nie przepadałem za swoją teściową; koniec końców, była matką kobiety, za którą wydałem się, dawno,dawno temu - w początku czerwca 1974 roku, a ona tam stała , w swojej kuchni wiejskiej i gadała : - JA W BOGA NIE WIERZYŁAM I NIE WIERZĘ, ALE ŚUB KOŚCIELNY WZIĄĆ MUSICIE. ! - Takiego wała, nie wzięliśmy ; to była piękna epoka postępu, nowoczesności i emancypacji - babów też. Przy aplauzie moich starych , dla których małżeństwo jedynaka, to był jednak mezalians. Tę kościelną rejestrację dopełniliśmy wiele lat potem, wieczorem, przed Pierwszą Komunią naszej jedynaczki, żeby wszyscy na wsi odp...lili się od dziecka, na czele z proboszczem. Wieś rządziła się takimi obłudnymi prawy, a myśmy poszli i do tej obłudy przywarli. W końcu , w ramach końca stanu wojennego, byliśmy na wewnętrznej emigracji. Takie czasy, panie szanowny.
Moja ormiańska teściowa, pojawiła się na firmamencie wydarzeń w ten sposób, że któregoś dnia, gdy szwabiszcza podchodziły pod miasto, bodaj Dniepropietrowsk , jej mamuśka, ormiańska położna, wzięła i córkę proklatym giermańcom, na roboty sprzedała. Wierzyła ,że w ten sposób dziecko od nieprzyjemności wojny ocali. Na tych robotach , szesnastolatka poznała warszawskiego miglanca i cwaniaka z Pragi, który do tego bauera trafił z łapanki. Kiedy się tylko wojna skończyła, wziął on tę brzemienną i pognali prosto od kopania okopów, do Warszawy. Tylko, że kurwa, żadnej Warszawy nie było. A liczna rodzina na Pradze i jeszcze liczniejsza - w osadzie przy Leśnej Podkowie , raczej kazała się mu walić. Więc z tą brzemienną wsiedli do ówczesnego expressu i w niecały tydzień, pojawili się w opuszczonej przez szwabiszcza , wiosce na Pomorzu Środkowym. Jak już tam zostali, zaraz pojawiła się dziecinka, po pewnym czasie, żona moja osobista.
A za nią cała czereda, w tym jeden chłopak, skądinąd - lykantrop, ale to pewnie odezwały się prastare geny , raczej ormiańskie. Dużo by gadać o okolicznościach przyrody, które sprawiły , że i my, pani Kadmonowa ze mną, pojawilśmy się także w tej wsi. Umajonej kwieciem rozmaitem i częściowym brakiem asfaltu. Pewnien znany pisarz i ceniony poeta w jednym, napisał w drugim tomie WSPOMINEK PROWINCJONALNEGO LITERATA ,że był swego czasu u Adasia B. i jego ówczesnej żony. Gdy pojawił się tom poprawiony i uzupełniony, dorwałem na mieście starego łobuza i wskazując na kobitkę obok, rzekłem mu : - Czesiek, to jest moja ówczesna żonka, pierwsza i raczej coś mi się widzi, ostatnia. - . A on tych pań osobistych przerobił chyba ze trzy, ze wskazaniem ostatnio, na czwartą. Ty to zobacz : czterdzieści parę tomów, trzy zawały i jeszcze chyba się matrymonialnie rozwija. O , tempora ! Polecam jego ZORZE ARCHANGIELSKIE, miodzio ...
Co zaś się tyczy mojej osobistej, ormiańskiej teściowej, to na koniec końców, zrobiła się tak niemożliwa i okropna, że mi wczoraj umarła. Kiedy ? Tak , właśnie w dzień wigilijny z samego rana, w moje imieniny.
Cholera jasna , jakby nie mogła, mając 87 wiosenek, pociągnąć jeszcze roku połowę, do równych 88. Cóż za nietakt, proszę pana !


Komentarze
Pokaż komentarze (31)