O 2.00 było po imprezie. Rodzinne party, z udziałem Szwagra – lykantropa i jego żony , wybrzmiało ostatnim, potulnym toastem ,bo i nie było czego świętować ; 27-go pochowaliśmy Matkę jego i mojej Kadmonowej. Wieś wciąż wybrzmiewała rejwachem odpalanych petard, rac, rakiet i co tam kto miał, pomieszanym z kanonadą noworocznego polowania. Od lasu dzieli nas 800 metrów pola i asfaltu. I cmentarz dla ludzi.
O 2.00 Kadmonowa zmieniła decyzję i nie poszła spać. Razem z żoną Szwagra-lykantropa , pozbierały statki, zniosły do zlewu , a ja odetchnąłem z pewną ulgą. Nareszcie nie musiałem słuchać godzinami ciągnących się , wyrzekań Szwagra na gdyński koncert. Lykantrop, lubo znacznie ode mnie młodszy, posuwa się z wiekiem ; mendzenie wypełnia mu krew.
Zużyty, poplamiony obrus zniknął, zastąpił go czysty, oczywisty i wietrzenie salonu , i nasza psina rottweilerka zaczęła pokorną dreptaninę – w tę i z powrotem. Założyłem trepy na gumno, podążyłem psinę odcedzić, przed krótkim snem.Kanonada trwała, rottka ją olała. Rottweilery dobrze chowane, psami spoko są.
Od kościoła, nieśpiesznym krokiem coś się zbliżało. Wyglądało na bardzo młodego, szczupłego człowieka ,o cerze tak jasnej ,że aż wyblakłej. Podeszło pod naszą furtę. Rottka uprzejmym warknięciem dała znać, że wartuje. Nie znałem gościa, a znam wszystkie facjaty tubylcze, w promieniu czterech wiorst – z naddatkiem. Psina , odcedzona zdrowo ,także podeszła do furty. Gość popatrzył na mnie i gada :
– Cześć, może tego nie widać, ale ja jestem Nowy Rok. Nie zostało ci coś do wypiwszy ? -
Wypiwszy ? Skąd u nieledwie otroka, takie kresowiackie odzywki ? Ale stał prosto, nie bujał się, nie bełkotał , bejsbola też (chyba ) nie miał.
– Zostało – odparłem zgodnie z prawdą, sumieniem i wyznaniem. Ze Szwagrem nie szło wypić przez noc więcej, niż litr okowity.
– Mogę wejść ? – spytał.
– Nie ! O tej porze to było by najście i wbrew mirowi domowemu – odparłem , dodając :
– Pójdę , coś przyniosę. -
Polazłem do kuchni nalałem dwie szklanki po kołnierz, w papierowy ręcznik zawinąłem solidny plaster pieczonego boczku i pajdę, pod pachę wziąwszy resztkę HOOP-COLI. Wróciłem do furty, psinie do dom iść nakazałem, ponad furtą gościowi szklankę podałem. Popatrzył ,że więcej nie ma, wychylił jako ja- jednym haustem w gardziel. Popatrz : taki młody, a już potrafi ! Nasz krew ! Pajdę z boczkiem do kieszeni schował, kaptur na łepetynę nasunął i rzecze mi tak :
– Życzę ci, abym był dla ciebie dobry, miły, wartościowy, krzepiący, nadzieję na przyszłość krzeszący , budujący dalej wszystko, czym żyjesz. Abyś dzięki mnie ufał Panu, nie wierzył politykom, rozwijał biznes, kultywował przyjażnie, był dobrym dla ludzi, zwierząt i kobiet, i pamiętał, że prawdopodobnie mogę być gorszy od 2015-go.-
I szybko zniknął w tumanach dymu z rac , fajerwerków, rakiet i co tam kto miał , między nieustającymi tumanami, hałaśliwej, durnowatej, noworocznej młodzianków obu płci, wrzaskliwości.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)