W. K.
Tęcza i deszcz.
W. K. Tęcza i deszcz.
adam kadmon adam kadmon
379
BLOG

Witryna Poetów nr 22

adam kadmon adam kadmon Kultura Obserwuj notkę 13

Kłaniamy się pięknie naszym  miłym Czytelnikom , już  pourlopowo. Oto kolejna garść wierszy , które - mamy nadzieję -   przypadną Państwu do gustu.

 Witka Łukaszewskiego , człowieka-orkiestrę , artystę na topie , omnibusa , barda - przedstawiać  nie trzeba. Daje się on poznać coraz szerszym kręgom amatorów ambitnej   estrady.

Jasmnina jest poetką  w Salonie 24 pl. Wykwintnie kobiecą. Obietnicą nowego  w poezji.                      Tu , w Witrynie , pojawi się jeszcze.

 Ostatni tekst , chociaż napisany w Stanach , w 1956 roku , wciąż niejednego powala . Być może na tym polega ponadczasowość poezji . Kiedyś, dawno temu , czytany bywał zbyt często  w stanie  purpurowej świadomości. 

                             Ludmiła Janusewicz   &  Adam Kadmon

 

                                                           

                                                             

                                                             LUDMIŁA  JANUSEWICZ

 

                                                               PASJANS  MIŁOSNY

 

 

Rano gdy słońce


wstaje


o brzasku


on jej pasjansa


stawiał


na piasku

 

Wpierw wybrał


kiera


kartę sercową


co miała dać


jej


miłość majową

 

Później wziął 


pika


jak winne grono


co miało wróżyć


miłość szaloną

 

Następnie karo


kartę czerwienną


która wróżyła


miłość płomienną

 

Miał jeszcze kartę


w ciemnym


kolorze


o karej maści


jak miłość 


może

 

 

 

                                                                  POINTY

 

 

Raz pewien jeż zaczął się pętać


w łętach,


szukał on pointy, bo mu zginęła ...


pointa


i złościł się i mocno on się zjeżał,


zapomnieć pointy?


sam sobie niedowierzał.

 

Wyciągnął chustkę, już supeł jest


zaczęty,


nagle coś dojrzał, ktoś miał na nogach


pointy,


ten ktoś w tych pointach przez kartoflisko


bieżał,


ale jeż pointy doganiać już nie zamierzał...

 

 

 

 

                                                                       PTAKI

Sfruną sobie to tu


to tam

 

Myślałby kto że to 


słowikowe radio


a tam toczą się boje


na śmieć 


i życie

 

Ludzie zazdroszczą im 


lekkości bytu

 

 

 

                                                

                                                             SŁOWA , KTÓRE WZROSŁY

 

 

Te słowa


które wzrosły


wierszem


o świcie


spotkać mi się 


zdarza

 

Spotykam je


w widzeniach


sennych


przemykające


w snów


pasażach

 

 

                                                     JAK PISAĆ LISTY ZA PIWO

 

 

Zacznij od słów, że piszesz znów,


później daj ciepły nagłówek w stylu:


Twoja żabcia lub


Twój kochany półgłówek.

 

Podaj powód dla którego


te parę słów kreślisz,


bo tak ją, jego kochasz


że nie jesz i nie śpisz.

 

Pisz, że oczy piękne ma,


że trudno walczyć ci


z uczuciem, bo to


się psu na buty zda.

 

Zakończ list ciepło


i zdań krągłością,


sens pozamieniaj, że


jutro list napiszesz znów.


Więc żegnaj kotku


do widzenia.

 

                                                       Ludmiła Janusewicz

 

                  

                                                         *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *

             

                                                                     JASMINA

 

                                       

                                          ODCHODZĄ BY MÓC WRÓCIĆ

 

 

 

poeci są Doskonali

w umieraniu z miłości

wersy układają się

w Kształcie

sponiewieranych

serc

 

gaszą pragnienie

Absyntem

i ściągają wszystko co

w nocy na niebie się

rozświetli i ten poblask

Wycisną jak sok z

cytryny by rozcieńczyć

goryczkowaty smak

Wytęsknionych myśli

 

ale kiedyś Zmartwychwstaną

w kolejnym wierszu i może

napiszą o innym Kolorowym

ptaku a może sami się

w niego zamienią

 

z tomiku 2014

 

                                      POETYCKIE SŁOWO NA NIEDZIELĘ

 

 

lęk zaokrągla usta


które Milczą

bojaźń Dotyka


opuszków i Rośnie jak mech

 

 

idziemy po tym kobiercu

Osobni

Dalecy

 

ale jednak Zawsze

w tym samym lesie

Wątpliwości
 

 

 

z tomiku 2014

 

 

                          CZY MOŻNA JESZCZE SPOTKAĆ ŚWIETLIKI ?

 

Zachłanna taka jestem

ciągle mi Mało

mów do mnie

Nieprzerwanie

 

niech Nasączę się

twym głosem

jak Gąbka w kąpieli

 

Suchość z tęsknoty Zwilżę

i Rozwonię się

dla ciebie

 

a kiedy srebrny Podglądacz

Przykryje zbłąkana chmura

i zmusi mnie

do Liczenia świetlistych

punktów na niebie

nie Połapię ich dla ciebie

to przecież takie Banalne

 

poszukam ziemskich Świetlików

i pozbieram je na tyle dużo

by je Rozrzucić w twoją stronę

 

w Rozświetlonym mroku

Odnajdziesz mnie

 

 

z tomiku 2014

 

 

                                   

                            KIEDY JESZCZE PACHNĘ SNAMI ...

 

zanim sen Prześlizgnie się

między rzęsami

Pomarzę

 

włoskie wiatry Rozwieją

stronice zapisanych słów

 

dotykając wyznasz

a ja Przyjmę

 

oddając

 

 

 

z tomiku 2014

 

 

                                        WYRAŻAM GŁĘBOKI PROTEST

 

I
 

starsze panie

nie noszą Ażurowych

rękawiczek a panowie

nie używają lasek ze

Srebrnym uchwytem

 

Codziennie rano a

może i wieczorem Liczą

kromki chleba

później zbiorą okruszki by

nakarmić nimi ptaki

 

Wracając do domostw

przysiądą na ławeczkach

w parku i Podzielą się

swoją biedą i samotnością

ze skrzydlatymi przyjaciółmi

 

 

 

 

II

 

 

 

raz w miesiącu

Odwiedzą aptekę i wyjdą

z niej trzymając w ręce

pełną siatkę

leków i Nadzieję na

jutro bez bólu

 

w domu Usiądą na

wysłużonej kanapie

i Przeliczą resztę

bilonu

 

spojrzą na kalendarz gdzie

Znajdą odległy dzień kiedy

listonosz

Zapuka do drzwi

 

Z tomiku 2013

 

 

                                   I TAKIE NIERAZ NACHODZĄ NOCAMI...

 

 

 

w Dużym domach

można się

Schować

 

przed słowami

co Uwierają jak

za ciasne buty

a nie sposób ich

Rozdeptać ani

Wyrzucić na śmietnik

 

w takich domach

noc za mocno

Podszeptuje

brutalnie Zdzierając

ludzką maskę

 

tam mysz Kumplem

od kieliszka

w obawie by się

kiedyś nie Sklonowała

 

i okna wysoko

a tam za nimi

przestrzeń Bez chodników

i świadomość że

skrzydła mają Tylko

ptaki

 

 

z tomiku 2014

                                     

                               Jasmina

 

 

 

                                           WITEK   ŁUKASZEWSKI

 

                              Z cyklu: "Wiersze pisane z gitarą flamenco w ręku" :-)

                           ____________________________________________

 

Pośród czarnych motyli

gitara stąpa ostrożnie.

 

Za mało aniołów sfrunęło,

więc otwieram balkon

by pieśń żmii

weszła do mega serca.

 

Jestem ślepcem,

który pyta księżyca

o drogę do ciebie.

 

Nim noc minie,

sztylet nas pogodzi!

 

Z tomu -  LA CATEDRAL -

 

***

 

 

Z  tomu -  MORRISON , PARYŻ , ŚMIERĆ -

 

Hej śliczna! Jeśli znajdziesz chwile dla mnie,

będę ci śpiewał o trawie, na której wypasają się o jutrzni

kare konie.

I o trwodze będę ci śpiewał, przed którą cię obronię

aż mi łokcie zdrętwieją

a koście palców zbledną.

I o wronie będę ci śpiewał, co dziobie łajno

zmarznięte na kość, dopóki z niego pierwszy listek nie wzejdzie.

Morze przywołam pod nasz próg

by sieci zarzucić i łowić śpiew syren

zwodzących Odysa.

A kiedy fale odpłyną zbuduję most i wejdziemy na uchyloną zorzę

by słuchać, jak szepcze pająk do żuka,

ziele do trawy i pszczoła do trzmiela

i jak spod przymrużonych powiek patrzy na nas wieczność.

 

***

 

Staję na progu knajpy z okaleczoną duszą i

widzę jak mi w plecy nóż wbijają

uśmiechając się do kamery i paląc papierosy

w kryształowych cygarniczkach.

 

Potem czyszczą z piachu Wielki Wóz

i dziwią się nasłuchując głosów w lesie.

Ubrani i syci,

beznamiętnie

przeglądają moje walizki

wypełnione płaczem i dymem z liści.

 

A potem jedni i drudzy snują się nade mną

i lecą nad miastem, które ma szyję uciętą,

a nad nimi szybują szkielety sokoła i ryby

i po soplach ścieka z nieba zorza.

 

***

 

A we mnie ciągle lasy z jagód szyte

a pod jagodami twoje usta.

A we mnie pola z kłosów ułożone

a nad kłosami twoje piersi nagie.

A we mnie dzwon zielem i makiem obsypany

i twoje łono czekające.

 

                                                 O  MOJEJ  KOCHANCE

 

Gdzie twoje serce siostro?


W tych strunach napiętych, jak ludzkie nerwy?


A może w tym pudle z wyciętym otworem,


skąd jęki i płacze na świat wychodzą?

Drewno na swym ciele masz jasne


którego słoje wyraźne,


wyglądają,


jak żyły człowieka steranego pracą.

Kształty masz kobiece,


bioder i wcięcia mogą ci pozazdrościć


modelki Rzymu i Paryża.

Jasny palisander twoje boki i spód oswaja


dźwiękiem zaklętym w lakierze,

a czerń hebanowego gryfu,

 

 


przywodzi na myśl smagłe ciała tancerek

ze spalonej słońcem Afryki.

 

Zagraj dla mnie siostro,


zapłacz i otul mnie nocą!


niech usłyszę w twoich dźwiękach deszcz i zboże,


niech zobaczę łąkę i konia w galopie!

 

Kiedy grasz, wchodzą we mnie i anioł i sokół,


a orły wiodą na pustkowia!

 

 

                                          Z mojego tomu  -  MORRISON , PARYŻ , ŚMIERĆ -

 

 

                                  * * * * * * * *

 

Jesteś taka subtelna.


To dobrze.


Nie trawię prostackich bab,


drących swoje zapocone gęby 


i którym pot i tłuszcz


wylewa się spod pachy,


kiedy toczą swoje obleśne korpusy


przez znużone ulice


miejskiego upału.


Uważam kobiety za istoty wyższe,


dlatego wybaczam im mniej,


niż zapijaczonym dziadom.

 

 

                         Z mojego tomu    - MORRISON , PARYŻ , ŚMIERĆ -

 

 

                                 W. Łukaszewski

 

 

 

 

                                            *  *  *  *  *  *  *  *   *  *

 

 

 

 

                                                        ADAM  KADMON

 

 

                                                   OŚLEPIENIE

 

poprowadź ślepca tym jego ugorem niech własne ślady

znaczy jak tylko potrafi na tyle fartownie na  ile wbrew

drodze

znaczy to jak  zechce oprzeć się swoim wątłym zmysłom

czuję drewno rozsiane kwiaty odór odzwierzęcy gąbczastość

gleby i słoneczny promień tuż ponad skronią jednak

to trzeba powiedzieć gwiazd ich wpływu nie poczułem

nigdy mówi ślepiec zatem gwiazd nie ma

i nie będę płakał zbędnego mi mitu nie odzyskam

chociaż

wiara swoje ma granice gdy zawodne zmysły

bezdroże ugoru niech ślepca  prowadzi

imiennymi śladami od kolejnego etapu po cel

                              * * * *

budowę domu zaczynają marzenia od

osadu skały od kamiennego przyziemia od duszy

serca jedynej potrzeby zatem

od czystej fantazji o siedlisku miłości                                                                                                                                                                                                                                       i i dzieciach innych niż poznane wszystkie

to nie  tylko ściany fuga drzwi dokądś wewnętrzne

lśniący dach , kolanka i dumne rzygacze stiuki

lustra i nadzieje i pod wymiar meble i szum

fontanny przy nim  to nie tylko azylum

prywatne przestrzenie trawnik klomby żywopłot

staranny i po wieki  wieków do życia do śmierci

 

patrz proszę możliwe że jest to historia którą

zapiszą wspomnienia te dobre te złe  i głosy

w kronice pogoni za niepewnym szczęściem

lipa prastara kwiatostanu pieśń nuci śpiewa

obok tego miejsca co wam stało się teraz

pszczoły miodowładne jeśli nie łatwopylna

zmysłów stadna ślepota

to nie jest jednak opowieść sprzyjająca

 czemuś o czym zamyśla  poeta

                      

                                                 *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  

 

                                             

 

                                      DESZCZOWA NOSTALGIA

 

Zaklinanie rzeczywistości nic nie da.

Choć czasem umie zło przejść w stan

w intencji przeciwny. Tak każdy absurd

w czyimś wykonaniu ma uzasadnienie.

Nierozstrzygnięte zostaną pytania ,

czego pragnie człowiek  , gdy mówi  :

czytaj pomiędzy słowami , ale słów

nie ma. Frustracja, strach , nawet może

obłęd przed czymś  , czego nie obawiamy 

się sami.

 

Literatura zna ody  , kiedy ód potrzeba -

na  każdą okazję : niepojęte ich piętno ,

odzew i ludzkie przy nich rozmowy.

Lecz dialogu nie ma. Nikt przecież nie

zmusi nikogo do zrzucenia masek ,

jakkolwiek dobre aktorstwo pozostaje

w cenie.

Zapamiętanie prostych związków

między słów siłą a magią zaklęcia

w tym wieku niepewną jest rzeczą

i wcale niełatwą.

 

                           A. Kadmon

 

    

                 

                                         

                                            *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *   *  *

 

                                                    

Jestem pewien, że słyszeliście o TYM tekście. Teraz wielu  z Was ma okazję go poznać, tak  jak ja go poznałem  - jakiś  czas temu. Na nim wychowywało się pokolenie anarchistycznych kudłaczy , którzy między innymi zrobili rozpierduchę w Paryżu w 68 , pogonili na emeryturę de Gaulle'a, przyśpieszyli koniec awantury wietnamskiej ,sprzyjali miłośnikom "Czerwonej Książęczki" , pokładali wielkie nadzieje w "eksperymentach"  socjalnych , jakimi swoje narody w Kambodży i Laosie , obdarowali absolwenci francuskich uniwerków.

           Dziś to pokolenie rządzi naszym światem.  A  przecież wtedy , w czas anarchii , chciało ten świat podpalić.

     

                                                                  NA   DESER :                                    

 

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, 
głodne histeryczne nagie,

włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej 
dawki haszu,

anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego 
podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy,

którzy w nędzy łachmanach z zapadniętymi oczyma w transie czuwali 
paląc w nadnaturalnych ciemnościach tanich mieszkań, płynąc poprzez 
dachy miast, kontemplując jazz,

którzy pod liniami kolejki nadziemnej odsłaniali swe mózgi Niebiosom i 
objawiały im się natchnione anioły Mahometa rozkołysane na dachach 
czynszówek,

którzy odbyli uniwersytety chłodnym promiennym wzrokiem rojąc 
Arkansas i Blake'em natchnioną tragedię pośród mędrków wojny,

których wylano z uczelni za obłęd i obsceniczne ody rozlepiane w oknach 
czaszki,

którzy trzęśli się w bieliźnie w niegolonych pokojach, paląc w koszach na 
śmieci swe pieniądze i nasłuchując Terroru za ścianą,

których kopano w brodę przyrodzenia, gdy wracali przez Laredo z 
przemytem marihuany dla Nowego Jorku,

którzy łykali ogień w hotelach wypacykowanych farbą albo pili terpentynę 
w Paradise Alley, marli lub noc w noc umartwiali swe torsy przy pomocy 
snów, haszu, budzących zmór, wódy, chuja, i nieustających jebań, 
niezrównanie ślepych ulic drżącego obłoku i błyskawicy umysłu skaczącej 
ku biegunom Kanady i Paterson, rozświetlającej cały zamarły świat z 
Czasem pośrodku,

trójwymiarowych wizji gmachów po zażyciu peyotlu, świtów podwórzowych 
zielonych drzew cmentarza, opilstwa winem na szczytach dachów, 
narkotycznych przejażdżek przez dzielnice witryn wśród migającej 
sygnalizacji, słońca, księżyca i wibracji drzew, przez grzmiący zimowy 
zmierzch Brooklynu, łoskot kubłów na śmieci i łagodne światło duszy,

którzy przytwierdzali się do kolejek metra by jeździć bez końca na 
amfetaminie od Battery do świętego Bronksu dopóki hałas kół i dzieciarni 
nie zagnał ich drżących ze spieczonymi ustami zmaltretowanych z 
mózgiem wyzutym z jasności w posępne światło zoo,

którzy w kafeteriach Bickforda tonęli noc całą pośród imitacji świateł 
podwodnej łodzi wynurzali się na popołudnia przy zleżałym piwie w 
zdezelowanej knajpie Fugazziego nasłuchując głosu Anioła Zagłady w 
wodorowej szafie grającej,

którzy gadali bez przerwy siedemdziesiąt godzin od parku do pokoju do 
baru do szpitala wariatów Bellevue do muzeum do Brooklyńskiego Mostu,

stracony batalion platonicznych gadułów skaczących z tarasów ze schodów 
przeciwpożarowych z parapetów z Empire State z księżyca,

którzy pletli trzy po trzy, wrzeszcząc wymiotując szepcząc fakty, 
wspomnienia i anegdoty, oczy wylazłe z orbit, szok szpitali, więzień i 
wojen, 

całe intelekty wyrzygiwane w totalnych wspomnieniach z rozjarzonym 
wzrokiem przez siedem nocy i dni, mięso dla Synagogi rzucone na bruk, 

którzy znikali w nicości zenu w New Jersey zostawiając za sobą trop nie 
wyraźnych widokówek ratusza w Atlantic City,

cierpiąc wschodnie poty, reumatyzm Tangeru i migreny Chin w ponurym 
pokoju w Newark na odwyku,

którzy snuli się o północy po nastawniach dworca dumając, dokąd by tu 
pójść i szli, nie zostawiając złamanych serc,

którzy odpalali papierosy w bydlęcych wagonach bydlęcych wagonach 
bydlęcych wagonach i przez śniegi zmierzali ku samotnym farmom w 
mrok pierwszych osadników,

którzy studiowali Plotyna Poego św. Jana od Krzyża telepatię kabałę bopu 
gdyż w Kansas kosmos instynktownie wibrował im u stóp,

którzy szli samotnie ulicami Idaho wypatrując wizyjnych aniołów 
indiańskich, którzy byli wizyjnymi aniołami indiańskimi,

którzy uważali się jedynie za szaleńców w ów czas gdy Baltimore jaśniało w 
nadnaturalnej ekstazie,

którzy pod wpływem zimowego nocnego deszczu w rozświetlonym 
miasteczku wskakiwali do limuzyn Chińczyków z Oklahomy,

którzy włóczyli się głodni i samotni przez Houston węsząc jazz lub seks 
lub zupę i szli za wspaniałym Hiszpanem by rozmawiać o Ameryce i 
Wieczności, beznadziejna sprawa, wsiadali więc na statek do Afryki,

którzy zniknęli w wulkanach Meksyku nic zostawiając po sobie nic prócz 
cienia drelichu lawy i popiołów poezji, rozsianych po kominkach Chicago, 

którzy wypłynęli ponownie na Zachodnim Wybrzeżu przesłuchując FBI, 
ciemnoskórzy seksowni brodaci w szortach i o wielkich oczach pacyfistów 
rozdając niezrozumiałe ulotki,

którzy wypalali sobie papierosami dziury w ramionach w proteście przeciw 
narkotyczno-nikotynowemu otumanieniu Kapitalizmu,

którzy na Union Square rozpowszechniali superkomunistyczne pamflety 
łkając i rozbierając się a opłakiwały ich syreny z Los Alamos i opłakiwały 
Wall Street a prom ze Staten Island także lamentował,

którzy doznawali załamań szlochając w białych gimnazjach nadzy i drżący 
przed maszynerią innych szkieletów,

którzy gryźli detektywów po karkach i wrzeszczeli z uciechy w radiowozach, 
że jedyna ich zbrodnia to dzika hipowska pederastia i opilstwo, którzy 
skowyczeli klęcząc w metrze i których zwlekano z dachu powiewających 
genitaliami i rękopisami,

którzy dawali się pieprzyć w zadek świątobliwym motocyklistom i 
wrzeszczeli z uciechy,

którzy ciągnęli druta i dawali sobie ciągnąć owym ludzkim serafinom, 
żeglarzom, och pieszczoty atlantyckiej i karaibskiej miłości,

którzy jebali rankiem wieczorami w różanych ogrodach na trawie parków 
publicznych i cmentarzy rozpryskując nasienie na każdego kto się pojawił 
i miał chęć,

którzy czkali nieustannie próbując chichotać lecz kończyli szlochem za 
przepierzeniem łaźni tureckiej gdy jasnowłosy i nagi anioł przychodził 
przebić ich mieczem,

którzy utracili swoich kochanków na rzecz trzech starych megier losu zezo 
watej megiery za heteroseksualnego dolara zezowatej megiery mrugają 
cej łonem i zezowatej megiery, która nic nie robi tylko siedzi na dupie i 
odcina złote intelektualne nici z krosna rzemieślnika,

którzy w ekstazie i nienasyceniu kopulowali z butelką piwa, z kochanką, 
pudełkiem po papierosach, ze świecą, wypadali z łóżka, kontynuowali na 
podłodze i w przedpokoju i kończyli omdlewając na ścianie z wizją 
ostatecznej cipy wydając resztkę spermy świadomości,

którzy dogadzali milionom dziewcząt roztrzęsieni o zachodzie a rano mieli 
czerwone oczy lecz byli gotowi dogadzać wschodzącemu słońcu, błyskając 
przy stodołach pośladkami i nagością w jeziorze,

którzy kurwiąc się poszli przez Colorado w miriadzie skradzionych nocnych 
aut, N.C. sekretny bohater tych wierszy rozpłodowiec i Adonis z Denver - 
miło wspominać jego niezliczone spanie z dziewczynami na pus tych 
parcelach i parkingach ciężarówek, w rozchwianych kinowych rzędach, na 
szczytach gór w jaskiniach lub z wychudłymi kelnerkami w znanych 
unoszeniach spódnic na odludnych poboczach a szczególnie w sekretnych 
solipsyzmach sraczy stacji benzynowych a także w zaułkach rodzinnego 
miasta,

którzy znikali w wielkich obskurnych kinach zapędzani w marzenia, budzili 
się nagle na Manhattanie i wylegali z suteren skacowani bezdusznym 
tokajem i horrorami żelaznych snów Trzeciej Ulicy i wlekli się cło biur 
zatrudnienia,

którzy chodzili całą noc w butach pełnych krwi po śnieżnych nasypach 
doków czekając aż w East River otworzą się drzwi do pokoju pełnego 
ciepłej pary i opium,

którzy tworzyli wielkie samobójcze dramaty w apartamencie skalnych 
brzegów rzeki Hudson pod błękitnym przeciwlotniczym reflektorem 
księżyca a głowy ich będą uwieńczone laurem w zapomnieniu,

którzy jedli jagnięcy gulasz wyobraźni lub trawili kraba na mulistym dnie 
rzek Bowery,

którzy opłakiwali romanse brukowe pchając wózki pełne cebuli i złej 
muzyki, 

którzy siedzieli w pudłach oddychając w mroku pod mostem i wstawali by 
budować klawikord na swoim strychu,

którzy kaszleli na piątym piętrze Harlemu zwieńczonego ogniem pod 
suchotniczym niebem pośród ksiąg o teologii, trzymanych w paczkach po 
owocach,

którzy bazgrali całą noc tańcząc: wokół wzniosłych zaklęć, które żółtym 
rankiem stawały się strofami bełkotu,

którzy gotowali zgniłe zwierzęta płuco racice ogon barszcz i placki 
kukurydziane marząc o czystym królestwie warzyw,

którzy nurkowali pod platformy z mięsem w poszukiwaniu jaja,

którzy ciskali z dachu swoimi zegarkami głosując za Wiecznością poza 
Czasem a budziki spadały im na głowy codziennie przez następnych lat 
dziesięć,

którzy trzykrotnie bez skutku podcinali sobie żyły, rezygnowali i byli 
zmuszeni otwierać antykwariaty gdzie płakali widząc, że się starzeją, 
którzy spłonęli żywcem w swych niewinnych flanelowych garniturach na

Madison Avenue w podmuchach ciężkawego wersu, wśród sztucznego 
szczęku żelaznych regimentów mody, nitroglicerynowych pisków pedałów 
od reklamy i musztardowego gazu złowrogich przebiegłych wydawców lub 
wpadali pod pijane taksówki Absolutnej Rzeczywistości,

którzy skakali z Brooklyńskiego Mostu to się faktycznie zdarzyło, i 
odchodzili nieznani i zapomniani w upiorne oszołomienie zupy uliczek i 
wozów strażackich w Chińskiej Dzielnicy, bez jednego darmowego piwa,

którzy z rozpaczy śpiewali w oknach, wypadali z okien metra, rzucali się 
do brudnej Passaic, naskakiwali na Murzynów, darli się na całą ulicę, 
tańczyli boso na rozbitych szklankach od wina, tłukli nagrania 
nostalgicznego europejskiego jazzu z Niemiec lat trzydziestych, 
wypróżniali whisky i jęcząc rzygali do zakrwawionego klozetu, ryk w ich 
uszach i gwizdy gigantycznych lokomotyw,

którzy pruli szosami przeszłości odwiedzać się na wspólnej Golgocie 
podrasowanych cudacznych aut na warcie więziennej samotności lub w 
jazzowym wcieleniu Birmingham,

którzy jechali przez kraj siedemdziesiąt dwie godziny by stwierdzić czy ja 
miałem widzenie czy ty miałeś widzenie czy on miał widzenie, by 
odszukać Wieczność,

którzy podróżowali do Denver, którzy zmarli w Denver, którzy wrócili do 
Denver i czekali na próżno, którzy strzegli Denver i popadali w depresję i 
samotnieli w Denver a wreszcie odchodzili w poszukiwaniu Czasu i teraz 
Denver tęskni do swych bohaterów,

którzy padali na kolana w katedrach beznadziei modląc się o zbawienie 
innych, o światło i o piersi, aż dusza na moment rozświetlała włosy, 

którzy zmagali się ze swymi uwięzionymi umysłami czekając na 
niezwykłych zbrodniarzy o złotych włosach i sercach pełnych uroku 
rzeczywistości którzy by śpiewali słodkiego bluesa dla Alcatraz,

którzy odeszli do Meksyku kultywować nałóg lub do Rocky Mount do 
łagodnego Buddy lub do Tangeru do chłopców lub do czarnej lokomotywy 
Southern Pacific lub do Harvardu do Narcissusa na cmentarz Woodlawn do 
zabawy w rozetę lub do grobu,

którzy domagali się dowodów swego obłąkania oskarżając radio o 
hipnotyzm i których pozostawiono z ich obłędem, rękami i zawieszonym 
wyrokiem, 

którzy obrzucali sałatką z kartofli wykładowców dadaizmu w City College 
NY a potem zjawiali się na granitowych schodach domu wariatów z 
wygolonymi głowami i arlekinadą o samobójstwie, żądając 
natychmiastowej lobotomii,

i którym zamiast tego dostała się betonowa próżnia insuliny metrasolu 
elektryczności hydroterapii psychoterapii terapii wychowawczej ping-ponga 
i amnezji,

którzy w pozbawionym humoru proteście przewracali jeden tylko 
symboliczny stół pingpongowy, odpoczywając krótko w katatonii,

powracali po latach całkiem łysi pod peruką krwi, łez i palców do 
opętańczego przeznaczenia oddziałów miast obłąkańców Wschodu, 

zatęchłych sal szpitali wariatów Pilgrim State Rockland i Greystone, kłócąc 
się z odgłosami duszy, rokendrolując na ławie samotności o północy w 
dolmenowych obszarach miłości, snu o życiu, zmory nocnej, ciał 
obróconych w kamień ciężki jak księżyc,

wreszcie u matki***** i ostatnia fantastyczna książka wyrzucona z okna 
czynszówki, ostatnie drzwi zamknięte o 4. rano, ostatni telefon rzucony w 
odpowiedzi o ścian, ostatni umeblowany dom wypróżniony do ostatniego 
mentalnego mebla, żółta papierowa róża skręcona na drucianym 
wieszaku w komórce, a nawet i to urojenie, i tylko nadziei pełna niewielka 
porcja halucynacji -

o, Carl, gdy ty nie jesteś bezpieczny ja nie jestem bezpieczny a teraz ty 
faktycznie tkwisz w totalnie zwierzęcej zupie czasu -

którzy biegli przez oblodzone ulice z obsesją nagłego błysku alchemii 
stosowania elipsy katalogu metra i wibrującej płaszczyzny,

którzy śnili czyniąc wcielone przerwy w Czasie i Przestrzeni przy pomocy 
zestawienia obrazów a między 2 wzrokowe obrazy chwytali w pułapkę 
archanioła duszy łącząc razem podstawowe czasowniki kojarząc rzeczownik 
z błyskiem świadomości i przeczuwając doznanie Pater Omnipotens 
Aeterni Deus,

by odnowić składnię i rytm ubogiej ludzkiej prozy i trzęsąc się ze wstydu 
stanąć przed tobą niemo i mądrze, odpędzani lecz pełni wiary że dusza 
podda się rytmowi myśli w swej obnażonej i bezkresnej głowie,

szaleniec włóczęga i anioł bitnik wobec Czasu, choć nieznani, świadczący 
tu to, co można by było odłożyć do czasu po śmierci,

powstawali odrodzeni w widmowych szatach jazzu w cieniu złotego rogu 
jazzbandu wdmuchując miłosne cierpienie nagiego umysłu Ameryki w 
krzyk saksofonu eli eli lamna lamna sabaktani, który zatrząsł miastami 
aż po ostatnie radio

z wyciętym z ich własnych ciał absolutnym sercem poematu życia godnym 
spożywania nawet przez lat tysiąc.

 

II

Jaki sfinks z cementu i aluminium rozbił im czaszki i wyjadł mózg i 
wyobraźnię ?

Moloch! Samotność! Brud! Brzydota! Kubły na śmieci i nieosiągalne 
dolary ! Dzieci wrzeszczące poci schodami ! Chłopcy łkający w koszarach ! 
Starcy płaczący w parkach!

Moloch ! Moloch ! Zmora Molocha ! Moloch bez miłości ! Moloch 
mentalny ! Moloch surowy sędzia ludzi !

Moloch niepojęte więzienie! Moloch bezduszny karcer skrzyżowanych 
piszczeli i Kongres płaczu ! Moloch którego budowle są wyrokiem ! Moloch 
wielki kamień wojny! Moloch ogłuszonych rządów!

Moloch o umyśle czystej maszynerii ! Moloch którego krew to krążący 
pieniądz! Moloch którego palce to dziesięć armii! Moloch którego piersi to 
ludożercza prądnica! Moloch którego ucho to dymiący grób!

Moloch którego oczy to tysiąc ślepych okien ! Moloch którego wieżowce 
stoją przy długich ulicach jak bezkresne Jehowy! Moloch którego fabryki 
śnią i kraczą we mgle! Moloch którego kominy i anteny wieńczą miasta!

Moloch którego miłość jest bezkresną naftą i kamieniem! Moloch którego 
dusza to elektryczność i banki! Moloch którego nędza jest widmem 
geniuszu ! Moloch którego los jest chmurą bezpłciowego wodoru ! Moloch 
którego imię jest Umysł!

Moloch w którym siedzę samotnie! Moloch w którym śnię o Aniołach! 
Wariat w Molochu! Jebaka w Molochu! W Molochu bez miłości i człowieka!

Moloch który tak wcześnie wszedł w mą duszę! Moloch w którym jestem 
świadomością bez ciała! Moloch który wypłoszył mnie z naturalnej 
ekstazy! Moloch którego opuszczam! Przebudzenie w Molochu! Światło 
płynące z nieba!

Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbce 
szkieletów! ślepe metropolie! demoniczny przemysł! upiorne narody! 
nieusuwalne domy wariatów! granitowe chuje! monstrualne bomby!

Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! Bruki, drzewa, radia, tony! 
podnosząc do Niebios miasto które istnieje i jest wszędzie wokół! 

Wizje! omeny! halucynacje! cuda! ekstazy! spłynęły rzeką Ameryki!

Sny! adoracje! olśnienia! religie! okręty wrażliwego łajna!

Przełomy! rzeczne! uniesienia i ukrzyżowania! zmyte powodzią! 
Odurzenia! Świta Trzech Króli! Rozpacze! Dziesięcioletnie zwierzęce 
wrzaski i samobójstwa! Umysły! Nowe miłości! Pokolenie szaleńców! 
osiadłe na skałach Czasu !

Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! dzikie oczy! święte 
wycia! Żegnali! Skakali z dachu! w samotność! powiewając! niosąc kwiaty ! 
Do rzeki ! na ulicę !

 

III

Carlu Solomonie! Jestem z tobą w Rockland 

gdzie zwariowałeś bardziej niż ja

Jestem z tobą w Rockland

gdzie musisz czuć się bardzo nieswojo 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie udajesz ducha mojej matki 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie zamordowałeś dwanaście swych sekretarek 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie śmiejesz się z tego ukrytego żartu 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie jesteśmy wielkimi pisarzami przy tej samej okropnej maszynie

Jestem z tobą w Rockland

gdzie twój stan stał się poważny i mówią o nim w radio 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie zdolności czaszki nie przyjmują już robactwa zmysłów 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie ssiesz herbatę z piersi starych panien z Utica 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie napuszczasz na ciała swych pielęgniarek megiery Bronksu 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie w kaftanie wrzeszczysz, że omija cię partia ping-ponga nad otchłanią

Jestem z tobą w Rockland

gdzie rąbiesz w katatoniczne pianino dusza jest niewinna i nieśmiertelna 
oby nigdy nie umarła bezbożnie w fortecy domu wariatów 

Jestem z tobą w Rockland

gdzie pięćdziesiąt szoków więcej nigdy nie zawróci twej duszy do ciała z 
pielgrzymki do krzyża na pustkowiu

Jestem z tobą w Rockland

gdzie oskarżasz swych doktorów o chorobę i planujesz żydowską 
socjalistyczną rewolucję przeciw narodowo-faszystowskiej Golgocie

Jestem z tobą w Rockland

gdzie rozszczepisz niebiosa nad Long Island i wskrzesisz swego żywego 
ludzkiego Jezusa z nadludzkiego grobu

Jestem z tobą w Rockland

gdzie jest dwadzieścia pięć tysięcy obłąkanych towarzyszy śpiewających 
razem końcowe zwrotki Międzynarodówki

Jestem z tobą w Rockland

gdzie pod naszą pościelą ściskamy i całujemy Stany Zjednoczone Stany 
Zjednoczone które kaszlą całą noc i nie dają nam spać

Jestem z tobą w Rockland

gdzie budzimy się ze śpiączki elektryzowani przez samoloty naszych dusz 
ryczące nad dachem przyleciały zrzucić anielskie bomby szpital się 
rozświetla urojone ściany zapadają O wybiegają chude legiony O 
gwiazdami usiany szok łaski tu oto trwa wieczna wojna O zwycięstwo 
zapomnij o swojej bieliźnie jesteśmy wolni

Jestem z tobą w Rockland

w moich snach idziesz płacząc mokry od morskiej podróży po autostradzie 
Ameryki do drzwi mej chaty w zachodnią noc

 




PRZYPIS DO "SKOWYTU"
________________________




Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! 
Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty!

Świat jest święty! Dusza jest święta! Skóra jest święta! Nos jest święty! 
Język i chuj i ręka i otwór w dupie są święte!

Wszystko jest święte! każdy jest święty! każde miejsce jest święte! każdy 
dzień jest wiecznością! każdy jest aniołem!

Włóczęga jest równie święty jak serafin! szaleniec jest święty jak święta 
jesteś ty moja duszo!

Maszyna do pisania jest święta wiersz jest święty głos jest święty 
słuchacze są święci ekstaza jest święta!

Święty Piotr święty Allen święty Solomon święty Lucien święty Kerouac 
święty Huncke święty Burroughs święty Cassady święci nieznani pedałowaci 
i cierpiący żebracy święci szkaradni ludzcy aniołowie!

Święta moja matka w domu wariatów! Święte chuje dziadków z Kansas! 
Święty jęczący saksofon ! Święta apokalipsa bopu ! Święte jazz-grupy 
marihuana hipstersi pokój hanz i bębny!

Święta samotność wieżowców i bruków! Święte kafejki wypełnione tłumami! 
Święte tajemnicze rzeki łez pod ulicami !

Święty samotny argonauta więzień! Święte wielkie jagnię warstwy średniej! 
Święci szaleni pasterze rebelii ! Kto wyczuwa Los Angeles ten JEST nim! 
Święty New York Święte San Francisco Święta Peoria i Seattle Święty Paryż

Święty Tanger Święta Moskwa Święty Istambuł!

Święty czas w wieczności święta wieczność w czasie święte zegary w 
przestrzeni święty czwarty wymiar święta piąta Międzynarodówka święty 
Anioł w Molochu!

Święte morze święta pustynia święty kolejowy szlak święta lokomotywa 
święte wizje święte halucynacje święte cuda święta gałka oczna święta 
otchłań !

Święte wybaczenie! łaska! miłosierdzie! wiara! Święte! Nasze! ciała! 
cierpienie! wielkoduszność!

Święta nadnaturalna niezrównanie jaśniejąca rozumna dobroć duszy!

 

              ( tłum. Marcin Walkowiak )

 

 

adam kadmon
O mnie adam kadmon

Jestem istotą czującą , która swoje przeżyła.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (13)

Inne tematy w dziale Kultura