Kłaniamy się pięknie naszym miłym Czytelnikom , już pourlopowo. Oto kolejna garść wierszy , które - mamy nadzieję - przypadną Państwu do gustu.
Witka Łukaszewskiego , człowieka-orkiestrę , artystę na topie , omnibusa , barda - przedstawiać nie trzeba. Daje się on poznać coraz szerszym kręgom amatorów ambitnej estrady.
Jasmnina jest poetką w Salonie 24 pl. Wykwintnie kobiecą. Obietnicą nowego w poezji. Tu , w Witrynie , pojawi się jeszcze.
Ostatni tekst , chociaż napisany w Stanach , w 1956 roku , wciąż niejednego powala . Być może na tym polega ponadczasowość poezji . Kiedyś, dawno temu , czytany bywał zbyt często w stanie purpurowej świadomości.
Ludmiła Janusewicz & Adam Kadmon
LUDMIŁA JANUSEWICZ
PASJANS MIŁOSNY
Rano gdy słońce
wstaje
o brzasku
on jej pasjansa
stawiał
na piasku
Wpierw wybrał
kiera
kartę sercową
co miała dać
jej
miłość majową
Później wziął
pika
jak winne grono
co miało wróżyć
miłość szaloną
Następnie karo
kartę czerwienną
która wróżyła
miłość płomienną
Miał jeszcze kartę
w ciemnym
kolorze
o karej maści
jak miłość
może
POINTY
Raz pewien jeż zaczął się pętać
w łętach,
szukał on pointy, bo mu zginęła ...
pointa
i złościł się i mocno on się zjeżał,
zapomnieć pointy?
sam sobie niedowierzał.
Wyciągnął chustkę, już supeł jest
zaczęty,
nagle coś dojrzał, ktoś miał na nogach
pointy,
ten ktoś w tych pointach przez kartoflisko
bieżał,
ale jeż pointy doganiać już nie zamierzał...
PTAKI
Sfruną sobie to tu
to tam
Myślałby kto że to
słowikowe radio
a tam toczą się boje
na śmieć
i życie
Ludzie zazdroszczą im
lekkości bytu
SŁOWA , KTÓRE WZROSŁY
Te słowa
które wzrosły
wierszem
o świcie
spotkać mi się
zdarza
Spotykam je
w widzeniach
sennych
przemykające
w snów
pasażach
JAK PISAĆ LISTY ZA PIWO
Zacznij od słów, że piszesz znów,
później daj ciepły nagłówek w stylu:
Twoja żabcia lub
Twój kochany półgłówek.
Podaj powód dla którego
te parę słów kreślisz,
bo tak ją, jego kochasz
że nie jesz i nie śpisz.
Pisz, że oczy piękne ma,
że trudno walczyć ci
z uczuciem, bo to
się psu na buty zda.
Zakończ list ciepło
i zdań krągłością,
sens pozamieniaj, że
jutro list napiszesz znów.
Więc żegnaj kotku
do widzenia.
Ludmiła Janusewicz
* * * * * * * * * * *
JASMINA
ODCHODZĄ BY MÓC WRÓCIĆ
poeci są Doskonali
w umieraniu z miłości
wersy układają się
w Kształcie
sponiewieranych
serc
gaszą pragnienie
Absyntem
i ściągają wszystko co
w nocy na niebie się
rozświetli i ten poblask
Wycisną jak sok z
cytryny by rozcieńczyć
goryczkowaty smak
Wytęsknionych myśli
ale kiedyś Zmartwychwstaną
w kolejnym wierszu i może
napiszą o innym Kolorowym
ptaku a może sami się
w niego zamienią
z tomiku 2014
POETYCKIE SŁOWO NA NIEDZIELĘ
lęk zaokrągla usta
które Milczą
bojaźń Dotyka
opuszków i Rośnie jak mech
idziemy po tym kobiercu
Osobni
Dalecy
ale jednak Zawsze
w tym samym lesie
Wątpliwości
z tomiku 2014
CZY MOŻNA JESZCZE SPOTKAĆ ŚWIETLIKI ?
Zachłanna taka jestem
ciągle mi Mało
mów do mnie
Nieprzerwanie
niech Nasączę się
twym głosem
jak Gąbka w kąpieli
Suchość z tęsknoty Zwilżę
i Rozwonię się
dla ciebie
a kiedy srebrny Podglądacz
Przykryje zbłąkana chmura
i zmusi mnie
do Liczenia świetlistych
punktów na niebie
nie Połapię ich dla ciebie
to przecież takie Banalne
poszukam ziemskich Świetlików
i pozbieram je na tyle dużo
by je Rozrzucić w twoją stronę
w Rozświetlonym mroku
Odnajdziesz mnie
z tomiku 2014
KIEDY JESZCZE PACHNĘ SNAMI ...
zanim sen Prześlizgnie się
między rzęsami
Pomarzę
włoskie wiatry Rozwieją
stronice zapisanych słów
dotykając wyznasz
a ja Przyjmę
oddając
z tomiku 2014
WYRAŻAM GŁĘBOKI PROTEST
starsze panie
nie noszą Ażurowych
rękawiczek a panowie
nie używają lasek ze
Srebrnym uchwytem
Codziennie rano a
może i wieczorem Liczą
kromki chleba
później zbiorą okruszki by
nakarmić nimi ptaki
Wracając do domostw
przysiądą na ławeczkach
w parku i Podzielą się
swoją biedą i samotnością
ze skrzydlatymi przyjaciółmi
II
raz w miesiącu
Odwiedzą aptekę i wyjdą
z niej trzymając w ręce
pełną siatkę
leków i Nadzieję na
jutro bez bólu
w domu Usiądą na
wysłużonej kanapie
i Przeliczą resztę
bilonu
spojrzą na kalendarz gdzie
Znajdą odległy dzień kiedy
listonosz
Zapuka do drzwi
Z tomiku 2013
I TAKIE NIERAZ NACHODZĄ NOCAMI...
w Dużym domach
można się
Schować
przed słowami
co Uwierają jak
za ciasne buty
a nie sposób ich
Rozdeptać ani
Wyrzucić na śmietnik
w takich domach
noc za mocno
Podszeptuje
brutalnie Zdzierając
ludzką maskę
tam mysz Kumplem
od kieliszka
w obawie by się
kiedyś nie Sklonowała
i okna wysoko
a tam za nimi
przestrzeń Bez chodników
i świadomość że
skrzydła mają Tylko
ptaki
z tomiku 2014
Jasmina
WITEK ŁUKASZEWSKI
Z cyklu: "Wiersze pisane z gitarą flamenco w ręku" :-)
____________________________________________
Pośród czarnych motyli
gitara stąpa ostrożnie.
Za mało aniołów sfrunęło,
więc otwieram balkon
by pieśń żmii
weszła do mega serca.
Jestem ślepcem,
który pyta księżyca
o drogę do ciebie.
Nim noc minie,
sztylet nas pogodzi!
Z tomu - LA CATEDRAL -
***
Z tomu - MORRISON , PARYŻ , ŚMIERĆ -
Hej śliczna! Jeśli znajdziesz chwile dla mnie,
będę ci śpiewał o trawie, na której wypasają się o jutrzni
kare konie.
I o trwodze będę ci śpiewał, przed którą cię obronię
aż mi łokcie zdrętwieją
a koście palców zbledną.
I o wronie będę ci śpiewał, co dziobie łajno
zmarznięte na kość, dopóki z niego pierwszy listek nie wzejdzie.
Morze przywołam pod nasz próg
by sieci zarzucić i łowić śpiew syren
zwodzących Odysa.
A kiedy fale odpłyną zbuduję most i wejdziemy na uchyloną zorzę
by słuchać, jak szepcze pająk do żuka,
ziele do trawy i pszczoła do trzmiela
i jak spod przymrużonych powiek patrzy na nas wieczność.
***
Staję na progu knajpy z okaleczoną duszą i
widzę jak mi w plecy nóż wbijają
uśmiechając się do kamery i paląc papierosy
w kryształowych cygarniczkach.
Potem czyszczą z piachu Wielki Wóz
i dziwią się nasłuchując głosów w lesie.
Ubrani i syci,
beznamiętnie
przeglądają moje walizki
wypełnione płaczem i dymem z liści.
A potem jedni i drudzy snują się nade mną
i lecą nad miastem, które ma szyję uciętą,
a nad nimi szybują szkielety sokoła i ryby
i po soplach ścieka z nieba zorza.
***
A we mnie ciągle lasy z jagód szyte
a pod jagodami twoje usta.
A we mnie pola z kłosów ułożone
a nad kłosami twoje piersi nagie.
A we mnie dzwon zielem i makiem obsypany
i twoje łono czekające.
O MOJEJ KOCHANCE
Gdzie twoje serce siostro?
W tych strunach napiętych, jak ludzkie nerwy?
A może w tym pudle z wyciętym otworem,
skąd jęki i płacze na świat wychodzą?
Drewno na swym ciele masz jasne
którego słoje wyraźne,
wyglądają,
jak żyły człowieka steranego pracą.
Kształty masz kobiece,
bioder i wcięcia mogą ci pozazdrościć
modelki Rzymu i Paryża.
Jasny palisander twoje boki i spód oswaja
dźwiękiem zaklętym w lakierze,
a czerń hebanowego gryfu,
przywodzi na myśl smagłe ciała tancerek
ze spalonej słońcem Afryki.
Zagraj dla mnie siostro,
zapłacz i otul mnie nocą!
niech usłyszę w twoich dźwiękach deszcz i zboże,
niech zobaczę łąkę i konia w galopie!
Kiedy grasz, wchodzą we mnie i anioł i sokół,
a orły wiodą na pustkowia!
Z mojego tomu - MORRISON , PARYŻ , ŚMIERĆ -
* * * * * * * *
Jesteś taka subtelna.
To dobrze.
Nie trawię prostackich bab,
drących swoje zapocone gęby
i którym pot i tłuszcz
wylewa się spod pachy,
kiedy toczą swoje obleśne korpusy
przez znużone ulice
miejskiego upału.
Uważam kobiety za istoty wyższe,
dlatego wybaczam im mniej,
niż zapijaczonym dziadom.
Z mojego tomu - MORRISON , PARYŻ , ŚMIERĆ -
W. Łukaszewski
* * * * * * * * * *
ADAM KADMON
OŚLEPIENIE
poprowadź ślepca tym jego ugorem niech własne ślady
znaczy jak tylko potrafi na tyle fartownie na ile wbrew
drodze
znaczy to jak zechce oprzeć się swoim wątłym zmysłom
czuję drewno rozsiane kwiaty odór odzwierzęcy gąbczastość
gleby i słoneczny promień tuż ponad skronią jednak
to trzeba powiedzieć gwiazd ich wpływu nie poczułem
nigdy mówi ślepiec zatem gwiazd nie ma
i nie będę płakał zbędnego mi mitu nie odzyskam
chociaż
wiara swoje ma granice gdy zawodne zmysły
bezdroże ugoru niech ślepca prowadzi
imiennymi śladami od kolejnego etapu po cel
* * * *
budowę domu zaczynają marzenia od
osadu skały od kamiennego przyziemia od duszy
serca jedynej potrzeby zatem
od czystej fantazji o siedlisku miłości i i dzieciach innych niż poznane wszystkie
to nie tylko ściany fuga drzwi dokądś wewnętrzne
lśniący dach , kolanka i dumne rzygacze stiuki
lustra i nadzieje i pod wymiar meble i szum
fontanny przy nim to nie tylko azylum
prywatne przestrzenie trawnik klomby żywopłot
staranny i po wieki wieków do życia do śmierci
patrz proszę możliwe że jest to historia którą
zapiszą wspomnienia te dobre te złe i głosy
w kronice pogoni za niepewnym szczęściem
lipa prastara kwiatostanu pieśń nuci śpiewa
obok tego miejsca co wam stało się teraz
pszczoły miodowładne jeśli nie łatwopylna
zmysłów stadna ślepota
to nie jest jednak opowieść sprzyjająca
czemuś o czym zamyśla poeta
* * * * * * * * * *
DESZCZOWA NOSTALGIA
Zaklinanie rzeczywistości nic nie da.
Choć czasem umie zło przejść w stan
w intencji przeciwny. Tak każdy absurd
w czyimś wykonaniu ma uzasadnienie.
Nierozstrzygnięte zostaną pytania ,
czego pragnie człowiek , gdy mówi :
czytaj pomiędzy słowami , ale słów
nie ma. Frustracja, strach , nawet może
obłęd przed czymś , czego nie obawiamy
się sami.
Literatura zna ody , kiedy ód potrzeba -
na każdą okazję : niepojęte ich piętno ,
odzew i ludzkie przy nich rozmowy.
Lecz dialogu nie ma. Nikt przecież nie
zmusi nikogo do zrzucenia masek ,
jakkolwiek dobre aktorstwo pozostaje
w cenie.
Zapamiętanie prostych związków
między słów siłą a magią zaklęcia
w tym wieku niepewną jest rzeczą
i wcale niełatwą.
A. Kadmon
* * * * * * * * * * * * * * *
Jestem pewien, że słyszeliście o TYM tekście. Teraz wielu z Was ma okazję go poznać, tak jak ja go poznałem - jakiś czas temu. Na nim wychowywało się pokolenie anarchistycznych kudłaczy , którzy między innymi zrobili rozpierduchę w Paryżu w 68 , pogonili na emeryturę de Gaulle'a, przyśpieszyli koniec awantury wietnamskiej ,sprzyjali miłośnikom "Czerwonej Książęczki" , pokładali wielkie nadzieje w "eksperymentach" socjalnych , jakimi swoje narody w Kambodży i Laosie , obdarowali absolwenci francuskich uniwerków.
Dziś to pokolenie rządzi naszym światem. A przecież wtedy , w czas anarchii , chciało ten świat podpalić.
NA DESER :
Allen Ginsberg
Skowyt
Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem, głodne histeryczne nagie, włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu, anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy, którzy w nędzy łachmanach z zapadniętymi oczyma w transie czuwali paląc w nadnaturalnych ciemnościach tanich mieszkań, płynąc poprzez dachy miast, kontemplując jazz, którzy pod liniami kolejki nadziemnej odsłaniali swe mózgi Niebiosom i objawiały im się natchnione anioły Mahometa rozkołysane na dachach czynszówek, którzy odbyli uniwersytety chłodnym promiennym wzrokiem rojąc Arkansas i Blake'em natchnioną tragedię pośród mędrków wojny, których wylano z uczelni za obłęd i obsceniczne ody rozlepiane w oknach czaszki, którzy trzęśli się w bieliźnie w niegolonych pokojach, paląc w koszach na śmieci swe pieniądze i nasłuchując Terroru za ścianą, których kopano w brodę przyrodzenia, gdy wracali przez Laredo z przemytem marihuany dla Nowego Jorku, którzy łykali ogień w hotelach wypacykowanych farbą albo pili terpentynę w Paradise Alley, marli lub noc w noc umartwiali swe torsy przy pomocy snów, haszu, budzących zmór, wódy, chuja, i nieustających jebań, niezrównanie ślepych ulic drżącego obłoku i błyskawicy umysłu skaczącej ku biegunom Kanady i Paterson, rozświetlającej cały zamarły świat z Czasem pośrodku, trójwymiarowych wizji gmachów po zażyciu peyotlu, świtów podwórzowych zielonych drzew cmentarza, opilstwa winem na szczytach dachów, narkotycznych przejażdżek przez dzielnice witryn wśród migającej sygnalizacji, słońca, księżyca i wibracji drzew, przez grzmiący zimowy zmierzch Brooklynu, łoskot kubłów na śmieci i łagodne światło duszy, którzy przytwierdzali się do kolejek metra by jeździć bez końca na amfetaminie od Battery do świętego Bronksu dopóki hałas kół i dzieciarni nie zagnał ich drżących ze spieczonymi ustami zmaltretowanych z mózgiem wyzutym z jasności w posępne światło zoo, którzy w kafeteriach Bickforda tonęli noc całą pośród imitacji świateł podwodnej łodzi wynurzali się na popołudnia przy zleżałym piwie w zdezelowanej knajpie Fugazziego nasłuchując głosu Anioła Zagłady w wodorowej szafie grającej, którzy gadali bez przerwy siedemdziesiąt godzin od parku do pokoju do baru do szpitala wariatów Bellevue do muzeum do Brooklyńskiego Mostu, stracony batalion platonicznych gadułów skaczących z tarasów ze schodów przeciwpożarowych z parapetów z Empire State z księżyca, którzy pletli trzy po trzy, wrzeszcząc wymiotując szepcząc fakty, wspomnienia i anegdoty, oczy wylazłe z orbit, szok szpitali, więzień i wojen, całe intelekty wyrzygiwane w totalnych wspomnieniach z rozjarzonym wzrokiem przez siedem nocy i dni, mięso dla Synagogi rzucone na bruk, którzy znikali w nicości zenu w New Jersey zostawiając za sobą trop nie wyraźnych widokówek ratusza w Atlantic City, cierpiąc wschodnie poty, reumatyzm Tangeru i migreny Chin w ponurym pokoju w Newark na odwyku, którzy snuli się o północy po nastawniach dworca dumając, dokąd by tu pójść i szli, nie zostawiając złamanych serc, którzy odpalali papierosy w bydlęcych wagonach bydlęcych wagonach bydlęcych wagonach i przez śniegi zmierzali ku samotnym farmom w mrok pierwszych osadników, którzy studiowali Plotyna Poego św. Jana od Krzyża telepatię kabałę bopu gdyż w Kansas kosmos instynktownie wibrował im u stóp, którzy szli samotnie ulicami Idaho wypatrując wizyjnych aniołów indiańskich, którzy byli wizyjnymi aniołami indiańskimi, którzy uważali się jedynie za szaleńców w ów czas gdy Baltimore jaśniało w nadnaturalnej ekstazie, którzy pod wpływem zimowego nocnego deszczu w rozświetlonym miasteczku wskakiwali do limuzyn Chińczyków z Oklahomy, którzy włóczyli się głodni i samotni przez Houston węsząc jazz lub seks lub zupę i szli za wspaniałym Hiszpanem by rozmawiać o Ameryce i Wieczności, beznadziejna sprawa, wsiadali więc na statek do Afryki, którzy zniknęli w wulkanach Meksyku nic zostawiając po sobie nic prócz cienia drelichu lawy i popiołów poezji, rozsianych po kominkach Chicago, którzy wypłynęli ponownie na Zachodnim Wybrzeżu przesłuchując FBI, ciemnoskórzy seksowni brodaci w szortach i o wielkich oczach pacyfistów rozdając niezrozumiałe ulotki, którzy wypalali sobie papierosami dziury w ramionach w proteście przeciw narkotyczno-nikotynowemu otumanieniu Kapitalizmu, którzy na Union Square rozpowszechniali superkomunistyczne pamflety łkając i rozbierając się a opłakiwały ich syreny z Los Alamos i opłakiwały Wall Street a prom ze Staten Island także lamentował, którzy doznawali załamań szlochając w białych gimnazjach nadzy i drżący przed maszynerią innych szkieletów, którzy gryźli detektywów po karkach i wrzeszczeli z uciechy w radiowozach, że jedyna ich zbrodnia to dzika hipowska pederastia i opilstwo, którzy skowyczeli klęcząc w metrze i których zwlekano z dachu powiewających genitaliami i rękopisami, którzy dawali się pieprzyć w zadek świątobliwym motocyklistom i wrzeszczeli z uciechy, którzy ciągnęli druta i dawali sobie ciągnąć owym ludzkim serafinom, żeglarzom, och pieszczoty atlantyckiej i karaibskiej miłości, którzy jebali rankiem wieczorami w różanych ogrodach na trawie parków publicznych i cmentarzy rozpryskując nasienie na każdego kto się pojawił i miał chęć, którzy czkali nieustannie próbując chichotać lecz kończyli szlochem za przepierzeniem łaźni tureckiej gdy jasnowłosy i nagi anioł przychodził przebić ich mieczem, którzy utracili swoich kochanków na rzecz trzech starych megier losu zezo watej megiery za heteroseksualnego dolara zezowatej megiery mrugają cej łonem i zezowatej megiery, która nic nie robi tylko siedzi na dupie i odcina złote intelektualne nici z krosna rzemieślnika, którzy w ekstazie i nienasyceniu kopulowali z butelką piwa, z kochanką, pudełkiem po papierosach, ze świecą, wypadali z łóżka, kontynuowali na podłodze i w przedpokoju i kończyli omdlewając na ścianie z wizją ostatecznej cipy wydając resztkę spermy świadomości, którzy dogadzali milionom dziewcząt roztrzęsieni o zachodzie a rano mieli czerwone oczy lecz byli gotowi dogadzać wschodzącemu słońcu, błyskając przy stodołach pośladkami i nagością w jeziorze, którzy kurwiąc się poszli przez Colorado w miriadzie skradzionych nocnych aut, N.C. sekretny bohater tych wierszy rozpłodowiec i Adonis z Denver - miło wspominać jego niezliczone spanie z dziewczynami na pus tych parcelach i parkingach ciężarówek, w rozchwianych kinowych rzędach, na szczytach gór w jaskiniach lub z wychudłymi kelnerkami w znanych unoszeniach spódnic na odludnych poboczach a szczególnie w sekretnych solipsyzmach sraczy stacji benzynowych a także w zaułkach rodzinnego miasta, którzy znikali w wielkich obskurnych kinach zapędzani w marzenia, budzili się nagle na Manhattanie i wylegali z suteren skacowani bezdusznym tokajem i horrorami żelaznych snów Trzeciej Ulicy i wlekli się cło biur zatrudnienia, którzy chodzili całą noc w butach pełnych krwi po śnieżnych nasypach doków czekając aż w East River otworzą się drzwi do pokoju pełnego ciepłej pary i opium, którzy tworzyli wielkie samobójcze dramaty w apartamencie skalnych brzegów rzeki Hudson pod błękitnym przeciwlotniczym reflektorem księżyca a głowy ich będą uwieńczone laurem w zapomnieniu, którzy jedli jagnięcy gulasz wyobraźni lub trawili kraba na mulistym dnie rzek Bowery, którzy opłakiwali romanse brukowe pchając wózki pełne cebuli i złej muzyki, którzy siedzieli w pudłach oddychając w mroku pod mostem i wstawali by budować klawikord na swoim strychu, którzy kaszleli na piątym piętrze Harlemu zwieńczonego ogniem pod suchotniczym niebem pośród ksiąg o teologii, trzymanych w paczkach po owocach, którzy bazgrali całą noc tańcząc: wokół wzniosłych zaklęć, które żółtym rankiem stawały się strofami bełkotu, którzy gotowali zgniłe zwierzęta płuco racice ogon barszcz i placki kukurydziane marząc o czystym królestwie warzyw, którzy nurkowali pod platformy z mięsem w poszukiwaniu jaja, którzy ciskali z dachu swoimi zegarkami głosując za Wiecznością poza Czasem a budziki spadały im na głowy codziennie przez następnych lat dziesięć, którzy trzykrotnie bez skutku podcinali sobie żyły, rezygnowali i byli zmuszeni otwierać antykwariaty gdzie płakali widząc, że się starzeją, którzy spłonęli żywcem w swych niewinnych flanelowych garniturach na Madison Avenue w podmuchach ciężkawego wersu, wśród sztucznego szczęku żelaznych regimentów mody, nitroglicerynowych pisków pedałów od reklamy i musztardowego gazu złowrogich przebiegłych wydawców lub wpadali pod pijane taksówki Absolutnej Rzeczywistości, którzy skakali z Brooklyńskiego Mostu to się faktycznie zdarzyło, i odchodzili nieznani i zapomniani w upiorne oszołomienie zupy uliczek i wozów strażackich w Chińskiej Dzielnicy, bez jednego darmowego piwa, którzy z rozpaczy śpiewali w oknach, wypadali z okien metra, rzucali się do brudnej Passaic, naskakiwali na Murzynów, darli się na całą ulicę, tańczyli boso na rozbitych szklankach od wina, tłukli nagrania nostalgicznego europejskiego jazzu z Niemiec lat trzydziestych, wypróżniali whisky i jęcząc rzygali do zakrwawionego klozetu, ryk w ich uszach i gwizdy gigantycznych lokomotyw, którzy pruli szosami przeszłości odwiedzać się na wspólnej Golgocie podrasowanych cudacznych aut na warcie więziennej samotności lub w jazzowym wcieleniu Birmingham, którzy jechali przez kraj siedemdziesiąt dwie godziny by stwierdzić czy ja miałem widzenie czy ty miałeś widzenie czy on miał widzenie, by odszukać Wieczność, którzy podróżowali do Denver, którzy zmarli w Denver, którzy wrócili do Denver i czekali na próżno, którzy strzegli Denver i popadali w depresję i samotnieli w Denver a wreszcie odchodzili w poszukiwaniu Czasu i teraz Denver tęskni do swych bohaterów, którzy padali na kolana w katedrach beznadziei modląc się o zbawienie innych, o światło i o piersi, aż dusza na moment rozświetlała włosy, którzy zmagali się ze swymi uwięzionymi umysłami czekając na niezwykłych zbrodniarzy o złotych włosach i sercach pełnych uroku rzeczywistości którzy by śpiewali słodkiego bluesa dla Alcatraz, którzy odeszli do Meksyku kultywować nałóg lub do Rocky Mount do łagodnego Buddy lub do Tangeru do chłopców lub do czarnej lokomotywy Southern Pacific lub do Harvardu do Narcissusa na cmentarz Woodlawn do zabawy w rozetę lub do grobu, którzy domagali się dowodów swego obłąkania oskarżając radio o hipnotyzm i których pozostawiono z ich obłędem, rękami i zawieszonym wyrokiem, którzy obrzucali sałatką z kartofli wykładowców dadaizmu w City College NY a potem zjawiali się na granitowych schodach domu wariatów z wygolonymi głowami i arlekinadą o samobójstwie, żądając natychmiastowej lobotomii, i którym zamiast tego dostała się betonowa próżnia insuliny metrasolu elektryczności hydroterapii psychoterapii terapii wychowawczej ping-ponga i amnezji, którzy w pozbawionym humoru proteście przewracali jeden tylko symboliczny stół pingpongowy, odpoczywając krótko w katatonii, powracali po latach całkiem łysi pod peruką krwi, łez i palców do opętańczego przeznaczenia oddziałów miast obłąkańców Wschodu, zatęchłych sal szpitali wariatów Pilgrim State Rockland i Greystone, kłócąc się z odgłosami duszy, rokendrolując na ławie samotności o północy w dolmenowych obszarach miłości, snu o życiu, zmory nocnej, ciał obróconych w kamień ciężki jak księżyc, wreszcie u matki***** i ostatnia fantastyczna książka wyrzucona z okna czynszówki, ostatnie drzwi zamknięte o 4. rano, ostatni telefon rzucony w odpowiedzi o ścian, ostatni umeblowany dom wypróżniony do ostatniego mentalnego mebla, żółta papierowa róża skręcona na drucianym wieszaku w komórce, a nawet i to urojenie, i tylko nadziei pełna niewielka porcja halucynacji - o, Carl, gdy ty nie jesteś bezpieczny ja nie jestem bezpieczny a teraz ty faktycznie tkwisz w totalnie zwierzęcej zupie czasu - którzy biegli przez oblodzone ulice z obsesją nagłego błysku alchemii stosowania elipsy katalogu metra i wibrującej płaszczyzny, którzy śnili czyniąc wcielone przerwy w Czasie i Przestrzeni przy pomocy zestawienia obrazów a między 2 wzrokowe obrazy chwytali w pułapkę archanioła duszy łącząc razem podstawowe czasowniki kojarząc rzeczownik z błyskiem świadomości i przeczuwając doznanie Pater Omnipotens Aeterni Deus, by odnowić składnię i rytm ubogiej ludzkiej prozy i trzęsąc się ze wstydu stanąć przed tobą niemo i mądrze, odpędzani lecz pełni wiary że dusza podda się rytmowi myśli w swej obnażonej i bezkresnej głowie, szaleniec włóczęga i anioł bitnik wobec Czasu, choć nieznani, świadczący tu to, co można by było odłożyć do czasu po śmierci, powstawali odrodzeni w widmowych szatach jazzu w cieniu złotego rogu jazzbandu wdmuchując miłosne cierpienie nagiego umysłu Ameryki w krzyk saksofonu eli eli lamna lamna sabaktani, który zatrząsł miastami aż po ostatnie radio z wyciętym z ich własnych ciał absolutnym sercem poematu życia godnym spożywania nawet przez lat tysiąc. II Jaki sfinks z cementu i aluminium rozbił im czaszki i wyjadł mózg i wyobraźnię ? Moloch! Samotność! Brud! Brzydota! Kubły na śmieci i nieosiągalne dolary ! Dzieci wrzeszczące poci schodami ! Chłopcy łkający w koszarach ! Starcy płaczący w parkach! Moloch ! Moloch ! Zmora Molocha ! Moloch bez miłości ! Moloch mentalny ! Moloch surowy sędzia ludzi ! Moloch niepojęte więzienie! Moloch bezduszny karcer skrzyżowanych piszczeli i Kongres płaczu ! Moloch którego budowle są wyrokiem ! Moloch wielki kamień wojny! Moloch ogłuszonych rządów! Moloch o umyśle czystej maszynerii ! Moloch którego krew to krążący pieniądz! Moloch którego palce to dziesięć armii! Moloch którego piersi to ludożercza prądnica! Moloch którego ucho to dymiący grób! Moloch którego oczy to tysiąc ślepych okien ! Moloch którego wieżowce stoją przy długich ulicach jak bezkresne Jehowy! Moloch którego fabryki śnią i kraczą we mgle! Moloch którego kominy i anteny wieńczą miasta! Moloch którego miłość jest bezkresną naftą i kamieniem! Moloch którego dusza to elektryczność i banki! Moloch którego nędza jest widmem geniuszu ! Moloch którego los jest chmurą bezpłciowego wodoru ! Moloch którego imię jest Umysł! Moloch w którym siedzę samotnie! Moloch w którym śnię o Aniołach! Wariat w Molochu! Jebaka w Molochu! W Molochu bez miłości i człowieka! Moloch który tak wcześnie wszedł w mą duszę! Moloch w którym jestem świadomością bez ciała! Moloch który wypłoszył mnie z naturalnej ekstazy! Moloch którego opuszczam! Przebudzenie w Molochu! Światło płynące z nieba! Moloch! Moloch! Apartamenty robotów! Niewidzialne przedmieścia! skarbce szkieletów! ślepe metropolie! demoniczny przemysł! upiorne narody! nieusuwalne domy wariatów! granitowe chuje! monstrualne bomby! Poskręcali karki wynosząc Molocha do Niebios! Bruki, drzewa, radia, tony! podnosząc do Niebios miasto które istnieje i jest wszędzie wokół! Wizje! omeny! halucynacje! cuda! ekstazy! spłynęły rzeką Ameryki! Sny! adoracje! olśnienia! religie! okręty wrażliwego łajna! Przełomy! rzeczne! uniesienia i ukrzyżowania! zmyte powodzią! Odurzenia! Świta Trzech Króli! Rozpacze! Dziesięcioletnie zwierzęce wrzaski i samobójstwa! Umysły! Nowe miłości! Pokolenie szaleńców! osiadłe na skałach Czasu ! Prawdziwy święty śmiech w rzece! Widzieli to wszystko! dzikie oczy! święte wycia! Żegnali! Skakali z dachu! w samotność! powiewając! niosąc kwiaty ! Do rzeki ! na ulicę ! III Carlu Solomonie! Jestem z tobą w Rockland gdzie zwariowałeś bardziej niż ja Jestem z tobą w Rockland gdzie musisz czuć się bardzo nieswojo Jestem z tobą w Rockland gdzie udajesz ducha mojej matki Jestem z tobą w Rockland gdzie zamordowałeś dwanaście swych sekretarek Jestem z tobą w Rockland gdzie śmiejesz się z tego ukrytego żartu Jestem z tobą w Rockland gdzie jesteśmy wielkimi pisarzami przy tej samej okropnej maszynie Jestem z tobą w Rockland gdzie twój stan stał się poważny i mówią o nim w radio Jestem z tobą w Rockland gdzie zdolności czaszki nie przyjmują już robactwa zmysłów Jestem z tobą w Rockland gdzie ssiesz herbatę z piersi starych panien z Utica Jestem z tobą w Rockland gdzie napuszczasz na ciała swych pielęgniarek megiery Bronksu Jestem z tobą w Rockland gdzie w kaftanie wrzeszczysz, że omija cię partia ping-ponga nad otchłanią Jestem z tobą w Rockland gdzie rąbiesz w katatoniczne pianino dusza jest niewinna i nieśmiertelna oby nigdy nie umarła bezbożnie w fortecy domu wariatów Jestem z tobą w Rockland gdzie pięćdziesiąt szoków więcej nigdy nie zawróci twej duszy do ciała z pielgrzymki do krzyża na pustkowiu Jestem z tobą w Rockland gdzie oskarżasz swych doktorów o chorobę i planujesz żydowską socjalistyczną rewolucję przeciw narodowo-faszystowskiej Golgocie Jestem z tobą w Rockland gdzie rozszczepisz niebiosa nad Long Island i wskrzesisz swego żywego ludzkiego Jezusa z nadludzkiego grobu Jestem z tobą w Rockland gdzie jest dwadzieścia pięć tysięcy obłąkanych towarzyszy śpiewających razem końcowe zwrotki Międzynarodówki Jestem z tobą w Rockland gdzie pod naszą pościelą ściskamy i całujemy Stany Zjednoczone Stany Zjednoczone które kaszlą całą noc i nie dają nam spać Jestem z tobą w Rockland gdzie budzimy się ze śpiączki elektryzowani przez samoloty naszych dusz ryczące nad dachem przyleciały zrzucić anielskie bomby szpital się rozświetla urojone ściany zapadają O wybiegają chude legiony O gwiazdami usiany szok łaski tu oto trwa wieczna wojna O zwycięstwo zapomnij o swojej bieliźnie jesteśmy wolni Jestem z tobą w Rockland w moich snach idziesz płacząc mokry od morskiej podróży po autostradzie Ameryki do drzwi mej chaty w zachodnią noc PRZYPIS DO "SKOWYTU" ________________________ Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Święty! Świat jest święty! Dusza jest święta! Skóra jest święta! Nos jest święty! Język i chuj i ręka i otwór w dupie są święte! Wszystko jest święte! każdy jest święty! każde miejsce jest święte! każdy dzień jest wiecznością! każdy jest aniołem! Włóczęga jest równie święty jak serafin! szaleniec jest święty jak święta jesteś ty moja duszo! Maszyna do pisania jest święta wiersz jest święty głos jest święty słuchacze są święci ekstaza jest święta! Święty Piotr święty Allen święty Solomon święty Lucien święty Kerouac święty Huncke święty Burroughs święty Cassady święci nieznani pedałowaci i cierpiący żebracy święci szkaradni ludzcy aniołowie! Święta moja matka w domu wariatów! Święte chuje dziadków z Kansas! Święty jęczący saksofon ! Święta apokalipsa bopu ! Święte jazz-grupy marihuana hipstersi pokój hanz i bębny! Święta samotność wieżowców i bruków! Święte kafejki wypełnione tłumami! Święte tajemnicze rzeki łez pod ulicami ! Święty samotny argonauta więzień! Święte wielkie jagnię warstwy średniej! Święci szaleni pasterze rebelii ! Kto wyczuwa Los Angeles ten JEST nim! Święty New York Święte San Francisco Święta Peoria i Seattle Święty Paryż Święty Tanger Święta Moskwa Święty Istambuł! Święty czas w wieczności święta wieczność w czasie święte zegary w przestrzeni święty czwarty wymiar święta piąta Międzynarodówka święty Anioł w Molochu! Święte morze święta pustynia święty kolejowy szlak święta lokomotywa święte wizje święte halucynacje święte cuda święta gałka oczna święta otchłań ! Święte wybaczenie! łaska! miłosierdzie! wiara! Święte! Nasze! ciała! cierpienie! wielkoduszność! Święta nadnaturalna niezrównanie jaśniejąca rozumna dobroć duszy!
( tłum. Marcin Walkowiak )


Komentarze
Pokaż komentarze (13)