WITRYNA POETÓW NR 25
To przedostatnia w tym roku , odsłona Witryny Poetów. Z poczuciem satysfakcji , jaką nam przynosi jej ogromna poczytność w portalu Wirtualne Media pl , witamy się z naszymi Czytelnikami także i tu , gdzie sięga jej obecność. A pojawiamy się regularnie w trzech portalach społecznościowych.
W przeddzień czynionych przez nas wyborów , które zapewne zdeterminują na pewien czas najbliższą przyszłość Polski , pozwalamy sobie przypomnieć sentencję filozofa BERTRANDA RUSSELLA , z którą trudno się nie zgodzić :
” To smutne ,że głupcy są tak pewni siebie , a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości. "
LUDMIŁA JANUSEWICZ
CHOĆ KAWAŁEK
Chciałbym przez życie
z tobą przejść choć kawałek
kiedyś przy oknie z pelargonią
powiedziałeś
Stoję przy oknie zliczając nasze
spacery po bulwarze statki i łodzie
i myślę ile razy nazwaliśmy kolory
morza na tej drodze
ENTROPIA
A kiedy spadnie
już ze mnie
sukienka ciała
chcę się rozproszyć
atomami
w przestrzeni
na zawsze
niestała
WIKTOR SMOL
WĘŻOWE JAJA w TRUFLACH Z SYROPEM KLONOWYM I DOMIESZKĄ
CYNIZMU
moje miasto przecina plątanina torowisk
tramwaje niczym kukiełki pozapinane
na stalowych sznurkach pajęczyn centrali
z łoskotem mkną po krętych ulicach
na zakrętach kołyszą jak kobiety w biodrach
tramwaj jest pojemny
domyka magię pożądania
które trzeba brać na serio
gdzieś zostało zapisane
nie pożądaj żony bliźniego swego
weź ją jak swoją
kobiecie nie odmawia się
podobnie jak pacierza
na kacu nie wsiadasz za kółko
samochodu którego sponsorem był tatuś
co to urwał się z uwięzi tej krzykliwej kobiety
dla której kiedyś łapał spadające gwiazdy
i brodził w stawie jak ten pan z lektury
mieszkam na wyspie
bez problemu przekraczam granice
stu mostów między dzwonnicami wiekowych kościołów
z twarzą przyklejoną do szyby tramwaju
w ludzkich twarzach szukam
rozwiązania sensu bycia tu i teraz
za plecami czuję oddech
i ciężar zgłodniałych spojrzeń
odkręcam głowę wkoło wszyscy tacy sami
o kształtach i posturach przeróżnych
stanowią jeden zbiór ludzi zabieganych
zamyślonych rano zmęczonych wieczorem
kładą się z ręką na pulsie dnia który minął
bez większych wrażeń z kolejną dostawą
nowych rachunków
niedopowiedzenie w tekście jak w życiu pytanie
czy spotkam tych ludzi pojutrze i jeszcze
czy z kropki
postawionej na końcu zdania
zdołam wyjść by uciec poza własny nawias
POBOŻNE ŻYCZENIA I MYŚLENIE O ZMATERIALIZOWANEJ SZTUCE
Nie wiem, czy myśli mają skrzydła
i nie wiem, gdzie podziewają się nocą.
Kiedy rozmyślam o poezji, łapię się na tym, że mnie opływa. Skoro jest
wszędzie dookoła mnie i jestem jej świadom, to raczej dobra nowina. Niby
tak, ale nie do końca jestem tym faktem usatysfakcjonowany.
Zupełnie czym innym jest poruszanie się w wielkim domu książki z
możliwością oglądania ich obwolut,
a zupełnie czym innym możliwość ich nabycia i wertowania karta po karcie do
ostatniej strony, i powrotu, kiedy się tylko zapragnie. Podobnie sprawa
wygląda w bogato zaopatrzonym sklepie z zabawkami i poruszanie się pośród
tej krainy czarów dziecka, któremu wolno tylko patrzeć — broń Boże
dotykać .
Identycznie rzecz się ma w markecie, kiedy dorosły człowiek
uświadomi sobie, że jest zewsząd otoczony wszystkimi dobrami, a nie może
ich nabyć nawet drogą rat za zero złotych.
A poezja? Skoro jest wszędzie i mnie zaledwie opływa, a w żaden sposób nie
mogę nabrać z niej w dłonie nektaru tych zakodowanych magią liter, albo
się w niej zanurzyć — uwiera niczym cierń, doskwiera, boli. To, z czym
mogę się wirtualnie zetknąć, kursorem najechać na link i otworzyć, jest jak
ciastko za szybą najwyśmienitszej w mieście cukierni.
ZYGMUNT JAN PRUSIŃSKI
ROZKWITAJĄCA MODLITWA
Mogę zatrzymać czas
w jednym przypadku całując cię pod klonami,
odpędzić (złe duchy) jak powiadała
moja babcia Katarzyna Sowińska z Parysowa -
byłem jej ulubieńcem.
Osiągam zaszczyty
poniekąd wiedzą kruki że poetą jestem
zbliżony i do księżyca i do ciebie,
zachowuję się jak robaczek świętojański
błyskam za twoim oknem.
Czujesz obecność że jestem ci potrzebny
zwiastowanie przybliża nadętość
trąb grających – ta orkiestra,
nie ma sobie równych – przyroda łączy mnie z tobą
rozciągam przestrzeń miłości.
Człowiek upragniony jest cukrem w ustach
więc pod tymi klonami zachowuję
mityczny rozkwit kobiety kochanej,
mam z tobą plany swobodnej aspiracji
uzupełniam treść z ogrodu.
Bo być twoim ogrodnikiem
to położyć ręce na słonecznym łonie…
25.6.2015 – Ustka
IDZIESZ BRZEGIEM…
Jest jakaś cisza w tobie
choć morze i w nocy falami się zbliża
intonujesz swoisty zabieg
czasem zapytasz tego co słyszy
może go nie ma w pobliżu
aczkolwiek istnieje na północy
zapracowany by pisać
o kobiecie z południa
w wybranych miejscach stawia kropkę
oczyszcza czas by nic nie zardzewiało
co było krótkie a jednak zostało
w księgach ziemi.
Pojęty w uczuciu do kobiety
opisuje złociste skrawki zbliżeń
choćby ta jedna iskra czułości
kiedy schylam się przed nim
zareagował jakby chciał
zerwać gałązkę bzu
umocnił swoją męskość
i podniecił nie wiedząc o tym
a krawędzie jego duszy różowiały
na styku wzruszenia
tak dawno nie kochany
zbliżyłam piersi.
I to była poezja
z nim nie jest inaczej
rozbraja na swój sposób
całuje stopy na brzegu plaży
z wilczym apetytem śpiewa do księżyca
o miłości niespełnionej tak do końca.
27.6.2015 – Ustka
OBEZNANIE UCZUĆ
Może trochę pobędziesz ze mną
morze kokietuje piasek -
siedzisz kilka metrów od fali
spokojne obezwładnienie
urok się bawi nieprzytomnie.
Ale jest pewna część zbawcy
a moja część to co masz dla mnie.
Nigdy nie ukrywaj uczucia
zawsze bądź kobietą księżyca -
to jest jedyny mój nocny przyjaciel.
Były czasy że śpiewałem przy gitarze
ujarzmiając płochliwą lirykę -
wokoło stroiłem znaczenia zwarte
kołysałem w dogodnym metrum
bossa novę na poczekaniu.
Żarliwe iskierki błogosławione
świecił z nich blask narodzin -
jakby sama czynność dotknięć.
Zatem pozwól pomarzyć ujęciem
że powrócisz w to samo miejsce.
23.6.2015 – Ustka
ADAM KADMON
IMITACJE
Wszystko można powtórzyć
każdy dźwięk każde wzruszenie kolor
pierwotny w świadomości smak i zapach
każde niebo i piekło zmysłów
Od tego są symulatory wrażeń
coraz doskonalsze
w imitacji
czegoś czego już nie potrafimy
odtworzyć w sobie
na własną pociechę oraz po to
by chwila trwała w nas
nie zmieniona o jotę
na podobieństwo i obraz genetycznej
pamięci
z tej czerpiąc
czasem ktoś przemawia w umarłych
językach
RÓWNONOC
Noc zimna
pulsująca lodem
Bezlistne cienie zaglądając
do okien
opowiadają do snu
splot kolejnych miłości
o których zapomnisz
z brzaskiem
pierwszego tramwaju
A
dusza
Cóż ona zasiądzie
w wymoszczonej
klatce urojeń
Użycie w przypadku tego poety słowa DESER tutaj , byłoby najmniej niefortunne , bo to twórca tragiczny , jak mało kto uwikłany w rzeczywistość wrogą duchom niepodległym. Wątek jego osobistej tragedii , rozpaczy , sprowadza na pamięć TRENY Jana Kochanowskiego.
WŁADYSŁAW BRONIEWSKI
1897 – 1962
ANKA
Aniu, mówię na głos, ale cichutko, bo tak mi lepiej,
żeby się myśl najczulsza nie umknęła,
Aniu, już prawie rok, jak idą ślepi,
za tobą, któraś mi się umknęła.
Mówię na głos cichutko, cichuteńko,
żeby Ewa nie usłyszała:
stąd bliziutko, zamknięte okienko,
mogę przysiąc, że nie będzie słyszała.
Aniu, my stąd, z Juraty,
wybieraliśmy się Rzeką Wisłą
w światy, a może w Zaświaty,
no i nic z tego nie wyszło.
Anulu! Od kiedy ciebie nie ma,
podjąłem tym groźniej, tym śmielej
poemat,
z którego będzie Wesele!
Na naszej ziemi nie będzie Hiroszimy,
będą tańczyły topole i wierzby,
płockiej zimy my się nie boimy:
popłyną szkockie jesienne zmierzchy.
O tej Wiśle ja nie powiedziałem
tobie tego, com pragnął,
ale wierz mi, że naręczem całem
tobie wiersz by się ugiął i nagnął,
tobie będą sprawy się działy,
ty byłaś dla nich,
tobie będą słowiki śpiewały
w każdych doznaniach.
Zawsze pierwsza, choć nieżyjąca,
choć taka na pozór daleka,
jedyna spośród tysiąca -
a ojciec czeka…
OBIETNICA
Córeczko moja daleka,
pusto, pusto koło mnie,
serce krwawi i czeka,
ono nie umie zapomnieć.
Umarłaś, lecz niezupełnie:
nadal razem się trudzim.
Com ci obiecał — spełnię:
wiersz mój odniosę ludziom,
by dawał pokój i światło,
miłość, nadzieję, radość,
choć niełatwo, córeczko, niełatwo
nieść wiersz i pod nim upadać…
Ta noc straszliwym ptaszydłem
siadła na mnie i kracze.
Oberwę, oberwę jej skrzydła,
wyrwę się, wyrwę rozpaczy.
Anka, 1956
NADZIEJA ( 1956 )
Anka, to już trzy i pół roku,
długo ogromnie,
a nie ma takiego dnia, takiego kroku,
żebym nie wspomniał o mnie:
o mnie, osieroconym przez ciebie,
i choć twardość sobie wbijam w łeb,
nie widzę cię w żadnym niebie
i nie chcę takich nieb!
Żadna tu filozofia
sprawy tej nie zgładzi:
mojej matce, mojej siostrze było: Zofia,
i jakoś czas na to poradził.
A ja myślę i myślę o tobie
po przebudzeniu, przed snem…
Może ja jestem coś winien tobie? —
bo ja wiem.
Na Powązkach ośnieżona mogiła,
brzozy coś mówią szelestem…
Powiedz, czyś ty naprawdę była,
bo ja jestem…
BAUDELAIRE
Chciałbym, żebyś szła
pod wiotką parasolką,
ulicą jesienną
pełną drzew
nagich,
ale jakże pięknych.
Takimi ulicami
chodził Baudelaire
i myślał,
czy na jutro
będzie miał wiersz
dla matki
i dla kochanki…
I dla chleba.







Komentarze
Pokaż komentarze (8)