Wymusiło to na krajach bogatej Północy – gdzie znajdowało się wiele państw nastawionych na eksport – politykę bardziej izolacjonistyczną. Była to swoista pobudka w dziedzinie polityki zagranicznej dla państw, które wcześniej uciekały pod protekcję większych graczy, rezygnując przy tym z odpowiedzialności za samodzielne podejmowanie decyzji. Tymczasem decyzje stały się nieuniknione — tym bardziej, że świat z „globalnej wioski” przeistoczył się w świat „wielobiegunowy”. Oczywiście sama pandemia nie doprowadziła do tej zmiany, lecz ujawniła i przyspieszyła procesy, które zachwiały dotychczasowym porządkiem światowym.
Krajem, którego „pobudka” może mieć decydujące znaczenie dla przyszłości regionu — i którego „przebudzenie” nastąpiło z dużym opóźnieniem w porównaniu do skali jego potencjału — jest Polska.
Trzecia Rzeczpospolita to państwo w skali europejskiej nietypowe. Dawne państwo satelickie ZSRR przeistoczyło się w ciągu niespełna czterech dekad z kraju kojarzonego na Zachodzie z biedą i chaosem transformacji w jedną z większych gospodarek świata. Polacy, którzy na początku obecności w Unii Europejskiej emigrowali do państw członkowskich „za chlebem”, są dziś jednym z najbardziej oswojonych z nowoczesnymi technologiami społeczeństw na świecie. A słaba i zaniedbana armia kraju, którego historia naznaczona była inwazjami, wyrobiła ambicję stania się najsilniejszą armią lądową Europy.
Skok naszej pozycji międzynarodowej jest widoczny. Tak jak nie sposób zaprzeczyć, że Chiny z każdym rokiem rosną w siłę, tak Polska — w swoich realiach i skali — dokonuje podobnego wzrostu. Faktem jest, że Polska odnotowała jeden z największych proporcjonalnych wzrostów gospodarczych w ostatnich dekadach, a w wielu zestawieniach bywa wskazywana tuż za Chinami. Te dane mogą zaskakiwać, co wynika z typowego dla naszego społeczeństwa pesymizmu oraz ogromnej niechęci do klasy politycznej. Niemniej — rośniemy na znaczeniu. Pytanie brzmi: czy rzeczywistość dogoni naszą własną percepcję i aspiracje?
Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że to, jak postrzega się nasz kraj, nie jest równoznaczne z jego realnymi możliwościami ani z tym, jak traktują nas sojusznicy. Najświeższym przykładem są doniesienia o potencjalnych przesunięciach wojsk amerykańskich stacjonujących w Polsce. Ważniejsze od samych fluktuacji sił Waszyngtonu — zgodnych z ich strategią i sygnałami, jakie wysyłali — jest to, jak wygląda komunikacja oraz w jakiej formule żołnierze w ogóle u nas przebywają.
Nasi decydenci dowiadywali się o ruchach wojsk sojuszniczych nie przez oficjalne kanały, lecz jak zwykli obywatele: z platformy X (dawniej Twitter) i innych źródeł informacyjnych. Dyplomatycznie oznacza to potraktowanie suwerennego państwa jak podmiotu administracyjnego wewnątrz cudzej polityki bezpieczeństwa. Choć prezydentura Donalda Trumpa zdążyła przyzwyczaić świat do nieformalnego stylu uprawiania polityki, a Polska nie jest jedynym krajem potraktowanym w ten sposób, to w naszym regionie wszelkie przejawy podkopywania relacji dyplomatycznych między Waszyngtonem a Warszawą powinny budzić niepokój — przede wszystkim ze względu na ambicje Rosji.
Równie istotna jest druga kwestia: w jakiej formie stacjonują na naszym terytorium wojska zagraniczne. Otóż w ramach ustaleń NATO–Rosja z 1997 roku (tzw. Aktu Stanowiącego) siły sojusznicze na wschodniej flance — tj. w państwach dawnego Układu Warszawskiego i republikach postsowieckich, które dołączyły do NATO — miały mieć w praktyce ograniczony, „nierozlokowany na stałe” charakter. Założenie było jasne: Rosja, w zamian za to, że nowe państwa członkowskie pozostaną w pewnym sensie „członkami drugiej kategorii” w zakresie stałej obecności wojskowej, nie będzie podważała ich państwowości i bezpieczeństwa. Problem polega na tym, że Moskwa naruszyła zasadnicze fundamenty tego porządku, a mimo to NATO długo nie czuło się zobowiązane do jego formalnego odwrócenia.
W konsekwencji wiele sił, które są dziś lokowane w Polsce, pozostaje obarczonych „terminem ważności” — obecność jest rotacyjna, a nie stała. A wszelkie próby trwałego przełamania tej logiki jak dotąd kończyły się fiaskiem.
W polityce międzynarodowej status bywa ważniejszy od samej siły. To status rozstrzyga, kto jest podmiotem, a kto przedmiotem rywalizacji — kto narzuca ramy, a kto musi się do nich dostosować. Dobrym przykładem była Rosja sprzed pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Percepcja siły, jaką obdarzaliśmy Kreml, tworzyła wyobrażenie państwa równorzędnego Chinom czy USA. Nadawaliśmy Rosji status mocarstwa, które może decydować, czy na Białorusi ma rządzić Łukaszenka albo czy protesty w Kazachstanie powinny zostać stłumione.
Podobnie jest w ramach organizacji międzynarodowych. Kraje w pełni zintegrowane w danej przestrzeni politycznej mogą wpływać na inne regiony, choć pojedynczo nie byłyby w stanie dokonać znaczącej zmiany. Pokazują to UE i NATO: sprawiają, że nawet tak niewielki kraj jak Luksemburg staje się aktorem oddziałującym na rzeczywistość kontynentu europejskiego, mimo że ma powierzchnię niewiele większą niż przeciętna metropolia.
Kontrprzykładem pozostaje Europa Wschodnia. Państwa tego regionu, choć formalnie należą do instytucji Zachodu, bywają traktowane w sposób przedmiotowy — jako członkowie „niepełni”, peryferyjni, nie do końca współdecydujący. I tu znów pojawia się Polska: jako jedyna z tej grupy posiada potencjał, by stać się pełnoprawnym elementem Zachodu nie tylko na papierze, lecz także w praktyce — pociągając za sobą cały region ku realnemu, a nie jedynie formalnemu włączeniu do instytucji, w których miejsca są już w dużej mierze obsadzone. Jak tego dokonać?
Tu wraca tytułowe pytanie — nie jako retoryczna ozdoba, lecz jako próba uświadomienia wagi momentu. „Gdzie idziesz, Polsko?” padało już wielokrotnie, często jednak bez refleksji, jak głębokie konsekwencje może nieść odpowiedź. To, czy będziemy pionkiem na szachownicy, czy graczem, który tę szachownicę współtworzy i rozumie, zależy od drogi, jaką wybierzemy jako społeczeństwo i jako państwo.
Koncepcje są znane: oprzeć się na USA, które w przeszłości skutecznie gwarantowały nasze bezpieczeństwo, lecz dziś nie zawsze dają poczucie przewidywalności? Czy mocniej oprzeć się na Europie, która nieraz podejmowała decyzje sprzeczne z naszym interesem, ale w ostatnim czasie coraz wyraźniej buduje własną wiarygodność strategiczną? Quo vadis, Polsko?



Komentarze
Pokaż komentarze (4)