Witam serdecznie.
Jeżeli ktoś spodziewał się notki nt. Telly'ego Savalasa, Donalda Sutherlanda czy Charlesa Bronsona to żałuję, ale muszę go zawieść - dzisiaj i przez kilka kolejnych wpisów będzie nieco mniej o sprawach ciała, a więcej o sprawach ducha. Kościół katolicki, a szerzej chrześcijaństwo, czy może jeszcze szerzej - duchowość w ogóle, zyskują sobie coraz szersze grono zajadłych przeciwników. Europa wartkim krokiem dąży do uzyskania swego kamienia filozoficznego (neutralności światopoglądowej), tj. stanu, gdzie religijne przesądy zastąpią światłe słowa naszych ukochanych liderów politycznych. Nie ukrywam, że jako człowiek wierzący i mający ogromny szacunek do wkładu chrześcijaństwa w rozwój Starego Kontynentu odczuwam z tego tytułu nie tylko smutek, ale i pewien myślowy dysonans.
O ile łatwo mi zrozumieć stan błogiej niewiedzy u osób niewierzących, o tyle z pewną trudnością przychodzi mi pojęcie niektórych współwyznawców, którzy coraz chętniej nie tylko przyjmują, ale i kolportują nawet najbardziej niedorzeczne zarzuty kierowane pod adresem ich wiary oraz Kościoła. Okazuje się, iż w naszym kraju mamy nie tylko kilkadziesiąt milionów selekcjonerów reprezentacji narodowej i tyleż samo wytrawnych polityków, ale równie pokaźną liczbę teologów i specjalistów od historii Kościoła. Z drugiej strony, jako realista, nigdy nie byłem na tyle naiwny, aby sądzić, iż pokrótce scharakteryzowany powyżej trend jest możliwy do odwrócenia czy choćby chwilowego zatrzymania. Sposób czysto materialnego postrzegania świata, zapoczątkowany jeszcze w czasach Oświecenia, następnie czule pielęgnowany przez komunizm i faszyzm, a wreszcie przygarnięty przez nowoczesny tumiwisizm, zbiera straszliwe żniwo. Ludzka duchowość staje się powszechnym obiektem drwin, podczas gdy ateizm i agnostycyzm urastają do rangi wyznacznika nowoczesności.
Cała ta sytuacja wynika w dużej mierze z konstrukcji statystycznego zjadacza chleba, któremu jakiekolwiek dociekania (nie tylko teologiczne) są z reguły zupełnie obce. Najłatwiej i najwygodniej przyjąć a priori, że ta cała "Bozia" to jakaś kiepska bajeczka dla niedouczonych i skupić się na swoich sprawach. Od takiego postawienia sprawy jest już tylko krok do bezrefleksyjnego łykania wszelkich bluzgów rzucanych przeciw wierze ojców. Tutaj zatrzymujemy się na grupie ludzi, którzy podchodzą do spraw wiary biernie, ale przynajmniej logicznie. "Co prawda jestem chrześcijaninem, ale nie wierzę i nie praktykuję dlatego mam gdzieś co o Kościele mówią inne osoby." Osobom nie wierzącym jedynie na pokaz trudno taką postawę zrozumieć, ale z drugiej strony trudno jej cokolwiek zarzucić. Nie interesują Cię te sprawy, nie masz czasu ani ochoty na duchowy rozwój - wolny wybór .
Niestety nietrudno zaobserwować, iż coraz częściej ludzie mieniący się katolikami posuwają się o krok dalej niż w powyższym akapicie tj. zaczynają rozpowszechniać informacje szkodzące wierze i Kościołowi, bez jakiejkolwiek próby ich uprzedniej weryfikacji. Standardowo poruszane są tutaj tematy krucjat, inkwizycji, procesu Galileusza, indeksu ksiąg zakazanych czy tzw. wojen religijnych. Na ich bazie konstruowany jest mit chrześcijaństwa jako religii zbudowanej głownie na przemocy względem pogan oraz mit Kościoła jako instytucji walczącej z postępem społeczno naukowym. Dyskutuje się na te tematy z taką samą, wyzbytą znajomości podstawowych faktów beztroską, z jaką każdy Mietek spod monopolowego jest przekonany, iż wybrałby lepszą jedenastkę na Euro niż Smuda. Czasem odnoszę wrażenie, że im jakiś katolik ma większe problemy z prawidłowym wykonaniem znaku krzyża czy zebraniem się po "aktywnie spędzonej sobocie" na niedzielną eucharystię, tym łatwiej przychodzi mu dostrzeganie wad współwyznawców i samego Kościoła.
W ten sposób nie chcąc być zależnymi od "przesądów" stają się bezwiednie uzależnieni od postaw typowych dla tzw. wojującego ateizmu, tj. natarczywemu rozgłaszaniu wszem i wobec konieczności zerwania z zabobonem jakim jest wiara w Boga. Postawę wojującego ateisty widać szczególnie wyraźnie wśród przedstawicieli lewicowych środowisk politycznych. Nie chciałbym sprowadzać tej ogólnej analizy do konkretnych nazwisk, ale widać wyraźnie, że wielu prominentnych działaczy szeroko rozumianej lewicy zbija swój polityczny kapitał właśnie na agresywnym anty-katolicyzmie. Osobiście traktuję to jako typową drogę na skróty, oddziaływanie na najbardziej miałkie umysłowo grupy społeczne, których wcale nie tworzą rozmodlone staruszki, ale właśnie wojujący ateiści czy może precyzyjniej wojujący antykatolicy.
Osobnicy tego sortu niczym nordyccy berserkerzy szarżują gdzie popadnie i na kogo popadnie, byle tylko udowodnić swoją odwagę w walce ze "średniowiecznymi zabobonami". Najwyraźniej nikt ich nie uprzedził, że odnoszenie się do średniowiecza jako do epoki zacofania jest w dzisiejszych czasach dowodem bardzo niskiej świadomości historycznej. Przykłady tego rodzaju "młodych europejczyków" mieliśmy okazję poznać podczas niedawnego konfliktu o krzyż, gdzie grupy wyrostków urządzały sobie worki treningoweze starszych ludzi modlących się na Krakowskim Przedmieściu. Nawet jeśli przeciwnicy krzyża przed pałacem prezydenckim mieli swoje pozapolityczne racje (w co śmiem wątpić), to sceny podpitych młodzików łżących i fizycznie atakujących emerytów na dobre mi te racje obrzydziły.
Tego rodzaju ludzie nie tylko dalece wyłamują się z klasycznego pojęcia ateizmu (który wszak zakłada głębokie poszanowanie dla poglądów innych), ale gubią się w swojej pseudo-logice do tego stopnia, że nagle krzyż w miejscach publicznych zaczyna je kłuć po oczach, niczym światło słoneczne rażące hrabiego Draculę. Tutaj po raz kolejny warto odwołać się do logiki i zadać tym osobom kilka podstawowych pytań. Dlaczego walczysz z czymś, co z twojej perspektywy jest kawałkiem drewna? W jaki sposób ten kawałek drewna powieszony na ścianie potrafi wzbudzać w Tobie taki gniew? W jaki sposób grupa ludzi oddających cześć istocie, która twoim zdaniem nie istnieje, w czymkolwiek Ci przeszkadza? Jak można zachowywać się w sposób w jaki się zachowujesz i jednocześnie zarzucać fanatyzm innym? Czy aby Twoim celem nie jest zastąpienie urojonego fanatyzmu religijnego realnym fanatyzmem antyreligijnym?
Szczególne pole do popisu antyreligijnym fantastom daje Internet, który wręcz trzeszczy od "dowodów na nieistnienie Boga" (sic!), co już samo w sobie jest wskaźnikiem poziomu intelektu osób takie "dowody" przytaczających. Jestem przekonany, iż gdyby tych domorosłych ekspertów od przewin i nieprawości Kościoła Katolickiego pobieżnie wypytać o znajomość historii tej instytucji, to nie usłyszelibyśmy ani me, ani be, ani nawet koko spoko. Niestety bardzo często rzucane przez nich hasła są nie tylko chwytliwe, ale i na pozór spójne. Typowym przykładem jest tutaj, swego czasu bardzo popularny, film "Zeitgeist" ("Duch Czasu"), którego autor tak mocno pragnął zdyskredytować chrześcijaństwo, że podstawowe informacje z zakresu religioznawstwa, astrologii oraz astronomii potraktował jako zbędny balast, na dodatek wielokrotnie sobie przecząc i tendencyjnie zestawiając cytaty z Pisma Św.
Najzabawniejsze jest w tym wszystkim to, że wiele z przedstawianych tu postaw jest tłumaczona potrzebą walki o tolerancję i państwo neutralne światopoglądowo. Te dwie idee urosły już do rangi tak oczywistych cnót, że chyba mało kto zastanawia się nad ich sensem. Pierwszy rzut oka do słownika łacinskiego przekonuje nas, że tak intensywnie wychwalana tolerancja wclae nie jest słowem o pozytywnej konotacji, a już na pewno nie jest żadną wyjątkową cnotą. Ot cierpliwie i wytrwale znoszę to, że ktoś nie postępuje według ogólnie przyjętych norm. Dopiero lewicowa propaganda uczyniła z tolerancji główną zaletę nowoczesnego Europejczyka. Kiedy roznegliżowani homoseksualiści zaczną wywijać genitaliami przed oknami twojego domu (jak to ma miejsce podczas niektórych parad równości na zachodzie) nie śmiej przypadkiem reagować obrzydzeniem. Przeciwnie! Jeśli nie chcesz być zacofany to twoje ręce powinny się same składać do oklasków!
Idea państwa neutralnego światopogladowo ma jedną wadę - brak zalet. Ta zbitka słowna to definicyjny wręcz oksymoron, który obraża intelekt każdego człowieka, który zastanowi się nad nią chociażby przez minutę. Państwo głoszące równouprawnienie związków homo i hetero wyraża pewnien światopogląd w tym samym stopniu co państwo, które promuje tradycyjny model rodziny. Mając przed oczyma tą frazę zawsze przypominam sobie 'demokrację ludową', innego prominentnego przedstawiciela lewackiej nowomowy. Wiedząc, iż słowo demokracja oznacza 'władzę ludu' trzeba przyjąc, że cała ta zbitka słowna oznacza 'ludową władzę ludu' czyli prościej - 'masło maślane'. Na analogicznej zasadzie należy więc przyjąć, że 'panstwo neutralne światopoglądowo' to nic innego jak 'sucha woda', socjalistyczna utopia jakiej nie powstydzili by się Marks i Lenin.
Krzewienie tolerancji objawiające się jawną walką z większością, która myśli inaczej i wmawianie tej większości, że jest z tego powodu zacofana jest doprawdy paradne. A może to Wy drodzy piewcy postępu wszelakiego zapędziliście się zbyt daleko? Może zamiast przekonywać Polaków, ze potrzebują nad Wisłą drugiej Francji czy Szwecji lepiej spakować manatki i się do tych waszych socjalistycznych Eldorado przenieść?
Drażni mnie to wszystko, a zarazem smuci do tego stopnia, że w miarę skromnej wiedzy w tym zakresie postaram się pokrótce odnieść do kilkunastu najpopularniejszych zarzutów rzucanych na prawo i lewo przez antyklerykalnych akolitów postępu. Może dla kogoś okaże się to nowym, pełniejszym spojrzeniem na świat i chrześcijańską kulturę, która chcemy tego czy nie, w dużej mierze ukształtowała naszą cywilizację. Na drodze zupełnego przypadku wyłoniłem dwanaście oskarżeń, natychmiast pieszczotliwie nazywając ów zbiór "parszywą dwunastką". Ponieważ z tych kilku zdaniowych przemyśleń wykluło mi się całkiem pokaźne dzieło, to całość omawianych przeze Mnie zagadnień podzielę na kilka wpisów. Druga część niebawem, tymczasem zachęcam do dyskusji.
Pozdrawiam,Sołtys



Komentarze
Pokaż komentarze (6)