Witam serdecznie. Buszując pod salonowych korytarzach natrafiłem na blog popularnej ostatnimi czasy Renaty Rudeckiej-Kalinowskiej i w swojej dobrodusznej naiwności podjąłem dialog z jego stałymi bywalcami. Dowiedziałem się tam niemal z marszu, że mój poziom wiedzy o świecie to kompletne dno oraz że tytuł naukowy w niektórych wyższych kręgach obywatelskiego (nomen omen) zaawansowania wcale nie upoważnia Cię do określania się mianem historyka. Z reguły nie komentuję spraw bieżących, ale cała ta sytuacja nasuwa mi kilka luźnych przemyśleń, którymi chciałbym się z Wami podzielić.
Przywołana przeze mnie notka "Odwet" z rzeczonego blogu pani Rudeckiej-Kalinowskiej jest doskonałym materiałem do badań socjologicznych, obrazujących jak z biegiem lat stacza się polityczny dyskurs. Rozkładanie przeciwnika na łopatki siłą argumentów zostaje zastąpione wylewaniem nań wiadra pomyj i natychmiastową ucieczką na z góry upatrzone pozycje. Ta zabawa na zasadzie ślepi kontra niewidzialni trwa juz na tyle długo, że nigdzie nie jesteśmy bezpieczni, nawet w warzywniaku czy na basenie możemy się ni z tego ni z owego okazać tuskofilami czy pisowską swołoczą. Wystarczy jedno niefortunne zdanie i z kupującego marchewkę nieznajomego stajemy się w czyichś oczach niebezpiecznym fanatykiem.
Jeżeli kupowanie marchewki staję się czynnością podwyższonego ryzyka, to co tu mówić o nieodmiennie trudnym zawodzie dziennikarza? Wszak wiemy, iż na rasowych polityków pomyje dosyć szybko przestają działać. Za sprawą serii krasomówczych występów ala Palikot ich skuteczność drastycznie spadła i teraz są nieledwie preludium do powszechnie stosowanej manipulacji oraz zwyczajnego łgarstwa. Wczorajszy popis Pana Osieckiego, którego zwieracze nie wytrzymały (nie po raz pierwszy zresztą) do czasu weryfikacji wklepywanych przezeń w komputer "faktów", to ledwie wierzchołek góry lodowej. Prorządowi dziennikarze to szczególna kategoria zawodowa, ale nie ma co ukrywać, że ich pozamainstreamowi koledzy również mają to i owo na sumieniu. Winnych zbydlęcenia tego fachu jak i całego dyskursu publicznego wskazuje się nieodmiennie na czyimś podwórku, może najwyższy czas przyjrzeć się własnemu?
Sympatycy przezesa Kaczyńskiego chcą uchodzić za elity narodowo-patriotyczne, podczas gdy "młodzi, wykształceni z dużych miast" mienią się elitą intelektualną. Obie te grupy w mniejszym bądź większym stopniu dążą już nie tylko do wykazywania wzajemnych luk światopoglądowych, ale do segregowania obywateli na lepszych i gorszych. Na przywoływanym blogu dowiedziałem się nie tylko, że PiS i jego sympatycy są "złem" (jakież to proste, czyż nie?) z którego trzeba "odkadzić" naszą ojczyznę, ale także, iż sympatycy tej partii to w najlepszym wypadku "żulstwo" i "obesrańcy". Następnie, zupełnie na poważnie, jako antyteza do pisowskego "awanturnictwa, agresji, prostackiego szkalowania, obraźliwych insynuacji, jawnych kłamstw, znieważnia" postawiony jest poseł Niesiołowski. Ów wzór odwagi i honoru z otwartą przyłbicą staje do walki ze "złem". Jego intelekt i słynne na cały kraj zdolności oratorskie obnażają prawdziwą naturę tego zła, bez zbędnych ceregieli docierają do sedna. Dopiero pod wpływem takiej iluminacji stajemy w prawdzie, bielmo spada nam z oczu i przekonujemy się, iż nie korupcja, nie rozbuchana do granic możliwości biurokracja, nie agenturalne wpływy, ani nawet nie demony PRLu, ale PiS jest źródłem całego zła na ziemi. Na własnym podwórku i wśród swoich tradycyjnie winnych brak.
Czytając tego rodzaju dyrdymały kreowany w mediach mit fanatycznego elektoratu PiSu i nieodmiennie wyważonego w swoich poglądach wyborcy PO pęka niczym bańka mydlana. Okazuje się bowiem, że zagorzali zwolennicy premiera i lidera opozycji mają ze sobą znacznie więcej wspólnego niż chcieliby to przyznać nawet w najczarniejszych wizjach. Obu tych grup mi nawet troszeczkę szkoda, gdyż obie prędzej lub później muszą się obudzić z ręką w nocniku. Pokazałem już że nie należę do fanów posła Niesiołowskiego, ale słuchanie usłużnego do pożygu Błaszczaka, niezdrowo pobudzonego Biedronia, przysypiającego Pawlaka czy skrzeczącej o socjalistycznym raju Senyszyn i wielu im podobnych to taka sama strata czasu. Publiczna dyskusja polityczna z programowej coraz bardziej ucieka w kierunku barowej. Oby czym prędzej odkryto na nowo piękną sztukę spierania się na argumenty, bo coś mi się wydaję, że największe poparcie w następnych wyborach uzyska Polska Partia Zniesmaczonych, której stałym członkiem jestem od dobrej dekady (patrz wpis "Dlaczego czasami nie warto być patriotą").
Pozdrowienia,
szczególnie gorące dla tych chodzących własnymi ścieżkami :)
P.S. Zupełnie na marginesie mówiąc - setnie się ubawiłem dostrzegłszy, iż bywalcy bloga Pani Rudeckiej-Kalinowskiej, z jego gospodynią na czele, są przekonani, że to właśnie jej list do premiera zmusił naszego ukochanego dobrodzieja do cofnięcia karzącej ręki znad głowy bohaterskiego profesora Niesiołowskiego. Rewelacje te potwierdziła ponoć sama marszałek Kopacz, na wypadek gdyby komuś z nas przyszło do głowy myśleć samodzielnie.



Komentarze
Pokaż komentarze (44)