Podwójne standardy pamięci historycznej:
Dlaczego gloryfikacja UPA przez Zelenskiego to plucie w twarz Polakom, a obrona tego – sympatia dla ludobójców
Stany Zjednoczone mają zerową tolerancję dla sojuszników (i kogokolwiek), którzy otwarcie gloryfikują wrogów Ameryki lub sprawców zbrodni przeciwko Amerykanom i ich najbliższym partnerom. Waszyngton nie milczałby. Użyłby presji dyplomatycznej, publicznego zawstydzania, kampanii medialnych i wszystkich dźwigni w sojuszach, by wymusić natychmiastowy odwrót.
Dokładnie tak samo zareagowała Polska na decyzję Wołodymyra Zelenskiego z maja 2026 roku o nadaniu elitarnej jednostce sił specjalnych Ukrainy honorowego miana „Bohaterów UPA”.
UPA – Ukraińska Powstańcza Armia – ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za masakry wołyńskie (1943–1944), w których zamordowano około 100 tysięcy Polaków – tylko dlatego, że byli Polakami. Wśród ofiar dominowały kobiety i dzieci. Mordowano ich siekierami, widłami, palono żywcem, rozpruwano brzuchy, wyrywano serca. To nie była „walka z okupantem”. To była czystka etniczna i ludobójstwo zaplanowane przez dowództwo OUN-UPA, by „oczyścić” Wołyń i Galicję Wschodnią z polskiej ludności. Dla Polaków to odpowiednik honorowania Hideki Tojo czy Osamy bin Ladena. To plucie w twarz setkom tysięcy ofiar i ich potomkom.
Zelenski – prezydent kraju, który walczy o przetrwanie dzięki pomocy Polski (miliony uchodźców, czołgi, amunicja, logistyka, polityczne wsparcie) – zamiast budować jedność z najwierniejszym sojusznikiem, wybrał prowokację. Nadał jednostce imię organizacji odpowiedzialnej za ludobójstwo na Polakach, tłumacząc to „przywracaniem historycznych tradycji narodowego wojska”. To nie był błąd. To była świadoma decyzja.
Polski prezydent Karol Nawrocki zareagował jak trzeba: odebrał Zelenskiemu Order Orła Białego – najwyższe polskie odznaczenie państwowe. To nie był gest antyukraiński. To była obrona polskiej godności i elementarnej przyzwoitości. Polska nadal wspiera Ukrainę. Ale czerwona linia została przekroczona i trzeba było ją wyraźnie zaznaczyć.
Ci, którzy bronią Zelenskiego lub krytykują odebranie orderu
Ludzie, którzy twierdzą, że odebranie Orderu Orła Białego Zelenskiemu było „błędem”, „eskalacją”, „niepotrzebnym drażnieniem sojusznika” lub że „trzeba było przemilczeć dla dobra walki z Rosją” – nazywajmy rzeczy po imieniu. To sympatycy nazistów i ludobójców. Nie w sensie dosłownym członków organizacji, ale w sensie moralnym: ludzie gotowi relatywizować i usprawiedliwiać gloryfikację formacji, która dokonała masowego, bestialskiego mordu na cywilach tylko za narodowość. Ludzie, dla których pamięć polskich ofiar jest mniej ważna niż doraźna geopolityka i „jedność frontu”. To moralna ślepota, hipokryzja albo cynizm najgorszego sortu.
Stanowisko rządu Tuska i KO
Szczególnie obrzydliwe jest stanowisko części polityków z rządu Donalda Tuska i obozu Koalicji Obywatelskiej. Oni jawnie lub półsłownie sugerują, że Zelenski może robić, co chce, bo Ukraina jest niepodległym państwem, a jeśli chce gloryfikować „bohaterów” odpowiedzialnych za rzezie Polaków – to jego wewnętrzna sprawa. Ważniejsze jest, że walczą z Rosją. „Każdy naród ma prawo do swojej interpretacji historii”, „nie eskalujmy”, „nie drażnijmy Ukrainy” – to ich mantra.
To klasyczna, obrzydliwa hipokryzja. Ci sami ludzie, którzy co roku z oburzeniem wspominają Holocaust, Katyń, 9/11 czy Pearl Harbor, nagle odkrywają relatywizm moralny, gdy ofiary są Polakami, a sprawcy – Ukraińcami walczącymi z Rosją. Gdyby niemiecki kanclerz nadał jednostce imię Waffen-SS lub Adolfa Hitlera, Tusk i jego koledzy nie mówiliby „to suwerenna decyzja Niemiec”. Gdyby ktoś w Polsce próbował honorować organizatorów Hołodomoru czy katów z NKWD – oni by pierwsi krzyczeli o hańbie i domagali się dymisji. Ale gdy chodzi o polskich cywilów zamordowanych przez UPA – wtedy „trzeba zrozumieć kontekst” i „skupić się na przyszłości”. To podwójne standardy w najczystszej, najbardziej obrzydliwej formie.
Co by się stało w innych krajach? Hipotetyczne scenariusze
Wielka Brytania nazywa nowy krążownik HMS „Osama bin Laden”.
Brytyjskie społeczeństwo, rodziny ofiar zamachów z 7 lipca 2005, weterani, media – wybuchliby totalnym oburzeniem. Rząd upadłby w ciągu 48 godzin. USA natychmiast zerwałoby kluczową współpracę. Nikt nie powiedziałby „to ich suwerenna decyzja, ważne że walczą z terroryzmem”.
Niemcy nadają jednostce wojska imię Waffen-SS lub „Adolf”.
To nie tylko skandal – to byłoby nielegalne (zakaz propagowania nazizmu). Międzynarodowa izolacja, protesty Żydów na całym świecie, zerwanie stosunków przez Izrael, Polskę, USA. Rząd w Berlinie poleciałby natychmiast. Nikt nie broniłby tego „bo walczą z Rosją”.
Japonia tworzy elitarną jednostkę „Bohaterowie Hideki Tojo” lub „Batalion Zdobywców Nankinu”.
Chiny ogłosiłyby to prowokacją na granicy casus belli, zerwały stosunki, wezwałyby do bojkotu gospodarczego. Korea Południowa, USA, Australia, Filipiny – totalne oburzenie, sankcje, presja. Rząd japoński musiałby natychmiast odwołać decyzję albo upaść.
Teraz rozumiesz? Żaden szanujący się kraj nie toleruje od sojusznika gloryfikacji katów własnego narodu. Czerwona linia jest uniwersalna.
A co by się stało, gdyby role były odwrócone?
Wyobraźmy sobie, że to Polska nagle zaczyna gloryfikować ukraińskich „bohaterów” w podobny sposób:
Nadaje jednostce imię Jaremy Wisniowieckiego (dla wielu Ukraińców symbol polskiej przemocy i masakr podczas powstania Chmielnickiego).
Albo imię „Akcja Wisła” (1947) – operacji wysiedleń Ukraińców i Łemków, która dla nich oznacza traumę, łamanie tożsamości i czystkę etniczną.
Albo – co byłoby szczytem obłędu – jednostkę im. Stalina lub ministrów gospodarki ZSRR odpowiedzialnych za Hołodomor (1932–1933), świadome ludobójstwo Ukraińców, w którym zginęły miliony.
Ukraińcy zareagowaliby histerycznie i słusznie. Masowe protesty w Kijowie, Lwowie, Odessie. Media ukraińskie krzyczałyby o „polskim faszyzmie”, „rusofilii”, „zdradzie”. Zełenski (lub jego następca) żądałby natychmiastowego wycofania, oficjalnych przeprosin, może odwołałby ambasadora. Ukraińska diaspora w Kanadzie, USA i Polsce organizowałaby demonstracje pod polskimi ambasadami. Oskarżenia o „polski imperializm”. I mieliby pełne prawo być wściekli – bo gloryfikacja oprawców ich narodu jest nie do zaakceptowania.
Dlatego Polska ma identyczne prawo. UPA to nie „kontrowersyjna formacja niepodległościowa”. To organizacja, której dowództwo świadomie zaplanowało i przeprowadziło eksterminację polskiej ludności cywilnej. To nie walka z Sowietami – to ludobójstwo poprzedzające próbę stworzenia „Ukrainy bez Polaków”.
Atak na Zelenskiego
Zelenski popełnił poważny, krótkowzroczny błąd. Jako prezydent Żyd, którego dziadek walczył z nazistami, powinien wiedzieć, czym jest gloryfikacja ruchów z elementami faszyzującymi, antysemityzmu i kolaboracji z III Rzeszą (OUN-UPA miała to w swoim dorobku). Ale przede wszystkim – jako sojusznik Polski – powinien okazać minimum szacunku dla pamięci naszych ofiar. Zamiast tego wybrał prowokację, najprawdopodobniej dla wzmocnienia pozycji wśród nacjonalistycznego elektoratu na zachodzie Ukrainy. To osłabia samą Ukrainę. Najwierniejszy sojusznik w Europie dostał w twarz – i słusznie odpowiedział.
Wnioski
Każdy kraj ma prawo (i obowiązek) ostro reagować na gloryfikację ludobójców przez sojusznika. USA, Wielka Brytania, Niemcy, Japonia, Polska – wszyscy zareagowaliby identycznie.
Sojusz nie oznacza obowiązku milczenia wobec zniewag historycznych. Pamięć ofiar nie podlega negocjacjom ani „wyższym celom”.
Politycy polscy (z obozu Tuska i KO), którzy minimalizują sprawę lub krytykują ostrą reakcję Nawrockiego, stawiają doraźny interes ponad prawdę i godność setek tysięcy zamordowanych Polaków. W ten sposób stają się – świadomie lub nie – apologetami ludobójstwa. Nazywajmy to po imieniu.
Pamięć historyczna nie jest luksusem ani kartą przetargową. Jest fundamentem tożsamości narodu. Gdy sojusznik pluje w ten fundament – reakcja musi być twarda, jasna i bezkompromisowa. Polska to pokazała. Inni mogą się od niej uczyć albo dalej udawać, że „to tylko symbolika”. Historia ich osądzi.
Maciej S



Komentarze
Pokaż komentarze (32)