Zepsuty urlop „Lewego”. Kosztowna porażka z Madziarami

Mecz Polska-Węgry. fot. PAP/Leszek Szymański
Mecz Polska-Węgry. fot. PAP/Leszek Szymański
Kończący grupowe zmagania w eliminacjach do przyszłorocznych mistrzostw świata mecz Polska – Węgry miał być spotkaniem, przyjaźni, w którym żadna z drużyn nie zrobi sobie krzywdy. Kibice obu narodowych drużyn żyją w komitywie, więc trudno było się spodziewać, że piłkarze Madziarów, którzy już wcześniej stracili szanse na drugie miejsce w grupie i awans do barażów, zrobią Biało – Czerwonym krzywdę. Polacy owo drugie miejsce mieli już pewne, jednak, by przy losowaniu barażów być rozstawionym (czyli mieć większe szanse na trafienie na teoretycznie łatwiejszego rywala), nie mogli przegrać.

Z pozoru wszystko przemawiało za naszymi. Magia Stadionu Narodowego, na którym Polska nie przegrywa, wsparcie 56 tysięcy kibiców i Węgrzy, którzy przyjechali do Warszawy po to, by pogratulować graczom Paulo Sousy awansu do decydujących batalii o mundial. Delikatne ukłucie niepokoju mogła budzić nieobecność Roberta Lewandowski. Selekcjoner do spółki z „Lewym” podjęli decyzję, że nasi są na tyle mocni, że poradzą sobie bez kapitana, który może odpocząć. Zabrakło także pauzujących za żółte kartki - ostoi obrony Kamil Glika i pomocnika Grzegorza Krychowiaka. O ile jednak ich można zastąpić, to Lewandowski na dziś nie ma w kadrze żadnej choćby najmniejszej konkurencji. I jest tej drużynie po prostu niezbędny. Dlatego znając wynik starcia z Hungarią (1:2) jestem totalnie zaskoczony, dlaczego akurat w ostatnim meczu grupowym „Lewy” postanowił sobie zafundować urlop? Jak chciał odpoczynku, to mógł nie jechać do Andory, bo tam i bez niego byśmy wygrali.

Czytaj też: Mecz Polska-Węgry. Relacja

Polacy stracili rozstawienie w barażach

W głupi, frajerski sposób, Polacy stracili handicap w postaci rozstawienia w barażach. Grający w rezerwowym składzie Madziarzy pokazali, że Polska bez liderów traci sześćdziesiąt procent ze swojej wartości.

Zawiodła niemal cała nasza drużyna, a najbardziej skrzydła. Tymoteusz Puchacz miał poważny udział w obu golach dla Węgrów, a Matty Cash, robił co prawda sporo wiatru na prawym wahadle, ale wymiernego pożytku nie było z tego żadnego. Madziarzy nic wielkiego nie zagrali, ale i tak wystarczyło to na pokonanie Biało – Czerwonych.

Padł mit Stadionu Narodowego jako niezdobytej twierdzy. Nasza reprezentacja przegrała na tym obiekcie po raz pierwszy od 2812 dni.

Przed wtorkowymi meczami w innych grupach Polska jest jeszcze rozstawiona, ale wystarczy by tego dnia Walia zremisowała z o nic już nie walczącą Belgią, a Polska wypadnie z grona zespołów uprzywilejowanych. Nawet jeśli Walia przegra, to wtedy do gry wejdzie Turcja, która pokonując Czarnogórę, wygoni nas z rozstawienia. A wtedy zaczną się schody, bo w barażach nie będziemy mieli za rywali amatorów z Andory, San Marino, czy brutalnych, ale piłkarsko miernych Albańczyków. Tylko możemy trafić na Włochów, Portugalczyków czy Szwedów...

Przegrana w Węgrami - tradycji stało się zadość

Dziś można powiedzieć, że tradycji stało się zadość. Przed stu laty pierwszym rywalem piłkarskiej reprezentacji Polski byli Węgrzy i w Budapeszcie przegraliśmy 0:1. W poniedziałek znów górą byli bratankowie. Jedna o ile przegrana z 1921 roku została odebrana jako honorowa, to ta poniedziałkowa jest ogromnym rozczarowaniem. Jeszcze raz okazało się, że połowa listopada to słaba pora na urlop. Prawda, panie Robercie?

Piotr Dobrowolski

Czytaj dalej:

Lubię to! Skomentuj45 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport