„RAPORT CIA”. FEJK, KTÓRY ZROBIŁ SWOJE
10 września Donald Tusk powiedział publicznie:
„Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach”.
Nie anonimowy przeciek.
Nie „według informacji służb”.
Raport. Bezpośrednio od szefa CIA.
Takie słowa musiały zabrzmieć poważnie.
I zabrzmiały.
Raport CIA.
Tajny raport.
Możliwe scenariusze.
Rosja.
Wojna.
Zagrożenie.
Tyle że osiem dni później z obrazu „raportu CIA” niewiele zostało.
Wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki wyjaśnił, że Tomasz Siemoniak podczas wizyty w Waszyngtonie spotkał się z szefem CIA, otrzymał informacje istotne dla bezpieczeństwa Polski, a następnie przekazał je premierowi.
Zapytany, czy właśnie to było „raportem”, o którym mówił Donald Tusk, odpowiedział:
„Tak”.
Szef BBN Bartosz Grodecki po rozmowie z Siemoniakiem napisał jeszcze wyraźniej:
„Tajnego raportu na biurku nie było”.
I tutaj trzeba bardzo dokładnie powiedzieć, co było fejkiem.
Nie były nim same informacje uzyskane od szefa CIA.
Nie znamy publicznie ich pełnej treści i nie mamy podstaw twierdzić, że zagrożenia opisane podczas tych rozmów zostały wymyślone.
Fejkiem okazał się obraz „raportu CIA” jako dokumentu przekazanego Donaldowi Tuskowi bezpośrednio przez szefa CIA.
Według obecnych wyjaśnień wyglądało to inaczej:
szef CIA → Tomasz Siemoniak → Donald Tusk.
Była rozmowa.
Były informacje.
Była relacja przekazana premierowi.
A publicznie powstał z tego:
„dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA”.
Można nazwać to skrótem myślowym.
Można nieprecyzyjną wypowiedzią.
Można politycznym podkręceniem komunikatu.
Ale dla obywatela efekt był jeden:
„raport CIA” zrobił swoje, zanim okazało się, że raportu CIA w takim znaczeniu nie było.
Bo sprostowanie zawsze biegnie za sensacją.
Najpierw miliony ludzi słyszą:
CIA. RAPORT. ZAGROŻENIE. WOJNA.
A osiem dni później dowiadują się, że właściwie chodziło o informacje przekazane przez polskiego ministra po rozmowie w Waszyngtonie.
Emocji z pierwszego komunikatu nie da się już jednak cofnąć.
Fejk został sprostowany. Strach został.
POTEM ZAWYŁY SYRENY
13 września część mieszkańców Lubelszczyzny dostała wiadomość:
„Zagrożenie atakiem z powietrza. Udaj się w bezpieczne miejsce. Stosuj się do poleceń lokalnych służb. Oczekuj dalszych komunikatów.”
Później zagrożenie odwołano.
17 września komunikat był jeszcze bardziej bezpośredni:
„ZAGROŻENIE ATAKIEM Z POWIETRZA. ZNAJDŹ BEZPIECZNE MIEJSCE.”
Alert trafił do mieszkańców licznych powiatów województw lubelskiego i podkarpackiego.
W Lublinie i Rzeszowie uruchomiono syreny.
W powietrzu operowało polskie lotnictwo.
Mieszkańcy słyszeli potężne huki związane również z przekraczaniem bariery dźwięku przez myśliwce.
O 12.51 RCB przekazało kolejny komunikat:
„ODWOŁANO ZAGROŻENIE ATAKIEM Z POWIETRZA. BRAK ZAGROŻENIA NA TERENIE POLSKI.”
I teraz spróbujmy na chwilę przestać patrzeć na to oczami polityka, generała albo dziennikarza.
Postawmy tam zwykłego człowieka.
Telefon każe mu znaleźć bezpieczne miejsce.
Wyją syreny.
Nad domem pojawiają się myśliwce.
Po chwili potężny huk.
W telewizji od kilku dni: Rosja, drony, atak, eskalacja, NATO, wojna.
Młodszy człowiek może sięgnąć po telefon i sprawdzić, czy właśnie przeleciał F-16.
Starszy człowiek może nawet nie wiedzieć, czym jest grom dźwiękowy.
Usłyszy eksplozję.
Spojrzy na alert.
I pomyśli:
zaczęło się.
STRACH NIE POTRZEBUJE DOWODU
Żeby było jasne.
Jeżeli służby stwierdzają rzeczywiste zagrożenie, państwo ma obowiązek ostrzec obywateli.
Gdyby rakieta albo dron uderzyły w polskie miasto, a wcześniej ktoś zrezygnował z alarmu, żeby „nie straszyć ludzi”, pytalibyśmy dzisiaj, dlaczego państwo milczało.
Problem leży gdzie indziej.
W kumulacji.
Jeden alert nie tworzy atmosfery wojny.
Jeden przelot F-16 jej nie tworzy.
Jedna wypowiedź premiera również nie.
Ale dodajmy:
„raport CIA” + wojna + Rosja + drony + alarmy + syreny + F-16 + grom dźwiękowy + kolejne telewizyjne paski.
I nie trzeba już człowiekowi mówić:
bój się.
Zacznie bać się sam.
A JESZCZE WCZORAJ PYTALIŚMY O COŚ INNEGO
I właśnie tutaj pojawia się najbardziej niewygodne pytanie.
Bo zanim wojna zajęła pierwsze strony, państwo miało całą listę innych problemów.
Była sprawa Kamili L. z Kłodzka i polityczne pytania o jej wcześniejsze związki ze środowiskiem Platformy Obywatelskiej.
Było KPO dla HoReCa i pytania o sposób wydawania europejskich pieniędzy. Późniejsze kontrole pokazały, że większość projektów była prawidłowa, ale wykrywano również przypadki skutkujące korektami finansowymi i rozwiązywaniem części umów.
Były pytania o pieniądze i pomoc po powodzi na Dolnym Śląsku.
Był Szpital Południowy i postępowania dotyczące podejrzeń nieprawidłowości.
Były kolejne polityczne awantury wokół instytucji państwa, mediów publicznych, prokuratury i wymiaru sprawiedliwości.
I są finanse państwa.
Według strategii Ministerstwa Finansów dług sektora instytucji rządowych i samorządowych liczony metodą unijną ma dojść w 2029 roku do 75,3 proc. PKB.
Każda z tych historii jest inna.
Nie każda oznacza winę rządu.
Nie każda zakończy się zarzutami.
Nie każdą wolno wrzucić do jednego worka i powiedzieć: „oni kradli”.
Ale wszystkie mają jedną wspólną cechę.
Wymagają pytań.
Kto wiedział?
Kto odpowiadał?
Kto kontrolował?
Kto podpisał?
Kto dostał pieniądze?
I kto ponosi odpowiedzialność?
WOJNA ZMIENIA PYTANIA
A potem pojawia się wojna.
Jeszcze nie u nas.
Jeszcze za granicą.
Ale wystarczająco blisko, żeby wszystko inne nagle stało się mniej ważne.
Bo człowiek, który zastanawia się, czy jutro nad jego domem nie przeleci rakieta, przestaje pytać o KPO.
Nie interesuje go przez chwilę Kłodzko.
Nie liczy długu publicznego.
Nie zastanawia się, kto dostał pieniądze i dlaczego.
Pyta:
czy moja rodzina jest bezpieczna?
I właśnie dlatego atmosfera wojny jest politycznie tak potężna.
Nie twierdzę, że Donald Tusk chce wojny.
Nie twierdzę, że rząd podrywa F-16 po to, żeby ludzie zapomnieli o aferach.
Nie twierdzę, że alerty RCB są elementem politycznej operacji.
Na takie twierdzenia trzeba mieć dowody.
Ale wolno postawić znacznie prostsze pytanie:
kto politycznie korzysta na sytuacji, w której wszystkie dotychczasowe problemy państwa nagle schodzą na drugi plan?
Bo wojna ma niezwykłą właściwość.
Wojna wymazuje winy.
Wojna wymazuje afery.
Wojna pozwala inaczej nazwać długi.
Oczywiście nie dosłownie.
Dług nadal pozostaje w księgach.
Akta pozostają w prokuraturze.
Wyroki pozostają wyrokami.
Źle wydane pieniądze nie wracają magicznie do budżetu.
Ale zmienia się coś znacznie ważniejszego dla polityka.
Zmienia się pytanie zadawane przez obywatela.
Wczoraj:
„Co zrobiliście?”
Dzisiaj:
„Czy jesteśmy bezpieczni?”
WOJNA WSZYSTKO PRZYKRYJE
Wojna uzasadnia wydatki, których wcześniej trzeba było szczegółowo bronić.
Wojna pozwala apelować o jedność tam, gdzie jeszcze wczoraj trwał polityczny spór.
Wojna przesuwa odpowiedzialność na później.
Wojna zmienia pierwsze strony gazet.
I nie trzeba nawet wojny.
Czasami wystarczy jej atmosfera.
„Raport CIA”.
Rosyjskie drony.
Alert.
Syrena.
F-16.
Huk.
Telewizyjny pasek.
Kolejny ekspert mówiący o eskalacji.
I jeszcze jeden polityk wypowiadający słowo:
wojna.
Nie pytam, czy państwo ma nas ostrzegać.
Ma.
Nie pytam, czy wojsko ma reagować.
Ma.
Nie pytam, czy Rosja może stanowić zagrożenie.
Może i stanowi.
Pytam o coś zupełnie innego:
czy ktoś jeszcze pilnuje granicy między informowaniem o zagrożeniu a oswajaniem społeczeństwa z permanentnym strachem?
Bo strach jest wyjątkowo skutecznym politycznym narzędziem nawet wtedy, gdy nikt nie przyzna się do jego używania.
A kiedy obywatel zaczyna pytać o schron zamiast o aferę, polityczna tablica wyników zostaje wyczyszczona bez gumki.
Wojna nie musi jeszcze przekroczyć polskiej granicy.
Wystarczy, że wcześniej zamieszka ludziom w głowach.
AKTUALIZACJA: ANATOMIA STRACHU
1. JAGODZIN — FAKT I MGŁA
13 września uderzenie przy granicy. Najpierw pociąg pasażerski, potem dyplomaci, następnie ustalenia o lokomotywie technicznej. Materiał przypisywany rosyjskiemu dronowi krąży w sieci, ale nie traktujemy go jako samodzielnego dowodu autorstwa.
2. BRUKSELA — INCYDENT STAJE SIĘ ARGUMENTEM
16 września von der Leyen wymienia Polskę obok Litwy i Danii w kontekście świeżych incydentów i zagrożeń hybrydowych, po czym zapowiada European Security Strategy oraz „Europe's own Article 4” — Emergency Security Protocol. Ważne: nie twierdzimy, że Jagodzin stworzył ten projekt. Pokazujemy, że polski przypadek znalazł się w politycznym uzasadnieniu szerszej koncepcji.
3. WARSZAWA — STRACH ZACZYNA ŻYĆ WŁASNYM ŻYCIEM
„Raport bezpośrednio od szefa CIA”, który według późniejszych wyjaśnień okazał się informacją przekazaną przez Siemoniaka. Do tego RCB, syreny, F-16, gromy dźwiękowe i medialna „wojna”. I na drugim planie Kłodzko, KPO, powódź, Szpital Południowy oraz prognoza długu 75,3% PKB.
I zakończyłbym aktualizację jednym uderzeniem:
Tak wygląda anatomia strachu.
Najpierw wydarzenie.
Potem interpretacja.
Potem polityczne wykorzystanie.
Potem medialne zwielokrotnienie.
A na końcu zostaje obywatel, który już nie pyta, kto zawinił, kto podpisał i gdzie są pieniądze.
Pyta:
czy będzie wojna?
I właśnie wtedy wszystkie wcześniejsze pytania stają się dla władzy znacznie mniej niewygodne.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)