34 TYSIĄCE MIESZKAŃ. PRAWIE
Krzysztof Gawkowski podczas konwencji Lewicy wyliczał sukcesy swojego ugrupowania.
Były podwyżki dla nauczycieli. In vitro. Renta wdowia. Aktywny Rodzic. Cyfryzacja. Bezpieczeństwo. Zbrojenia.
I mieszkania.
Według relacji z wystąpienia Gawkowski mówił o 34 tysiącach wybudowanych mieszkań.
Brzmi konkretnie.
Tyle że kiedy zaczniemy cofać się do wcześniejszych danych rządowych, pojawia się drobny problem.
W rządowej narracji dotyczącej programu mieszkaniowego występowała liczba około 35 tysięcy, ale obejmowała ona budowę i remonty mieszkań, finansowane lub zakontraktowane w kolejnych latach.
A to są trzy zupełnie różne rzeczy.
Zakontraktować.
Wyremontować.
Wybudować.
Na konwencji wszystkie piętra tej konstrukcji można jednak zmieścić w jednym wygodnym słowie:
wybudowaliśmy.
I sukces gotowy.
Nie trzeba wymyślać 34 tysięcy mieszkań.
Wystarczy zmienić opis tego, co kryje się pod liczbą.
To właśnie jest polityczne kłamstewko najwyższej jakości.
Najlepiej takie, którego nie da się obalić jednym zdaniem.
100 KONKRETÓW, CZYLI RUCHOMY TERMIN WAŻNOŚCI
Ten sam mechanizm znamy już z innego miejsca.
„100 konkretów na pierwsze 100 dni”.
Tu warunki początkowe były wyjątkowo łatwe do zapamiętania.
Konkretów.
100 dni.
Po stu dniach Demagog zakwalifikował 77 konkretów jako niezrealizowane, 15 jako częściowo zrealizowane, jeden jako zamrożony, a jeden jako zrealizowany z opóźnieniem.
Minęły jednak dwa lata.
I nagle pojawił się zupełnie nowy sposób liczenia.
Donald Tusk mówił:
„Moja partia dostała 31 proc., więc zrobiłem 1/3 z tego, co obiecałem”.
Demagog zwrócił uwagę na oczywisty problem: pierwotna obietnica nie brzmiała przecież „31 konkretów odpowiadających wynikowi wyborczemu”.
Było ich sto.
I miało być sto dni.
Znów nie trzeba zaprzeczać, że część obietnic została wykonana.
Wystarczy zmienić jednostkę rozliczeniową.
Najpierw liczymy dni.
Potem kadencję.
A na końcu procent głosów.
Kiedy wynik się nie zgadza, zawsze można zmienić kalkulator.
60 TYSIĘCY, KTÓRE NADAL CZEKA
Dobrym przykładem jest kwota wolna od podatku.
Obietnica była konkretna: podniesienie jej z 30 do 60 tys. zł.
Nie „będziemy analizować”.
Nie „rozpoczniemy prace”.
Nie „jeśli sytuacja budżetowa pozwoli”.
60 tysięcy.
Demagog nadal klasyfikuje tę obietnicę jako niezrealizowaną. Już przed objęciem władzy Tusk przyznał zresztą, że w ciągu pierwszych 100 dni zmiana nie nastąpi.
I tutaj pojawia się kolejny element mechanizmu.
Obietnica ma termin, kiedy trzeba zdobyć głosy.
Po wyborach dostaje kontekst.
Budżet.
Deficyt.
Prezydenta.
Koalicjantów.
Sytuację międzynarodową.
Każdy z tych argumentów może być rzeczywistym problemem.
Tyle że żaden nie znajdował się wielkimi literami na wyborczym plakacie.
CPN. CENY PALIWA NIŻEJ
A teraz dochodzimy do paliwa.
I tutaj mechanizm robi się jeszcze ciekawszy.
W 2026 roku, po gwałtownym wzroście cen, rząd obniżył podatki obciążające paliwa.
Kierowca zobaczył efekt przy dystrybutorze.
Państwo zrezygnowało z części wpływów.
Można było powiedzieć:
chronimy obywatela przed wysokimi cenami.
I rzeczywiście — czasowe obniżenie podatków ograniczało cenę, którą kierowca płacił na stacji.
Tylko historia nie skończyła się przy dystrybutorze.
15 września rząd przyjął projekt 60-procentowego podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Ministerstwo Finansów szacuje wpływy na około 4 miliardy złotych.
A teraz najlepsze.
Ministerstwo samo wyjaśnia, na co mają pomóc te pieniądze.
Między innymi na zrekompensowanie ubytku we wpływach z VAT i akcyzy spowodowanego wcześniejszymi działaniami osłonowymi.
Czyli najpierw państwo rezygnuje z części podatku, żeby obniżyć cenę paliwa.
Potem nakłada nowy podatek na branżę paliwową, żeby odzyskać część pieniędzy utraconych wskutek tamtej obniżki.
Oczywiście nie można dziś uczciwie powiedzieć, że całe 4 miliardy firmy automatycznie przerzucą na kierowców.
Tego jeszcze nie wiemy.
Można natomiast zadać znacznie ciekawsze pytanie:
kto ostatecznie zapłaci rachunek?
Firma?
Akcjonariusz?
Klient?
A może po trochu każdy?
Bo podatek można nałożyć na przedsiębiorstwo.
Tylko przedsiębiorstwo nie jeździ samochodem.
Nie kupuje chleba.
Nie ma portfela.
Koszt musi gdzieś osiąść.
OBYWATEL OPŁACI SOBIE PRZYSZŁĄ ZNIŻKĘ?
I tu dochodzimy do istoty całej historii.
W polityce najlepiej sprzedaje się korzyść widoczna dzisiaj.
Koszt może przyjść jutro.
Obniżkę można pokazać na konferencji.
Nową daninę schować w ustawie.
A jeżeli za kilka miesięcy koszt wróci w cenie produktu, wyższym koszcie działalności albo mniejszych wpływach gdzie indziej, związek pomiędzy jednym a drugim przestaje być dla przeciętnego odbiorcy oczywisty.
Dlatego CPN może być wręcz podręcznikowym przykładem politycznej księgowości.
Najpierw:
Ceny Paliwa Niżej.
A później być może:
Cenę Przesuniemy Na później.
Bo może się jeszcze okazać, że podczas obecnej przerwy od CPN obywatel pośrednio dokłada się do systemu, z którego przy następnym kryzysie państwo znowu będzie mogło ogłosić, że właśnie mu pomaga.
TO NIE MUSI BYĆ KŁAMSTWO
I właśnie dlatego nie chodzi tu o prosty podział:
oni kłamią, my mówimy prawdę.
Ten mechanizm jest znacznie subtelniejszy.
Polityk nie musi wymyślać liczby.
Może użyć prawdziwej.
Nie musi wymyślać programu.
Może istnieć.
Nie musi nawet powiedzieć zdania całkowicie fałszywego.
Wystarczy usunąć jedno niewygodne słowo.
„Zakontraktowane”.
„Częściowo”.
„Planowane”.
„Czasowo”.
„Brutto”.
„Do”.
„Maksymalnie”.
Czasami cała różnica między informacją a propagandą mieści się właśnie w takim jednym słowie.
SUKCES JEST KWESTIĄ DEFINICJI
I dlatego kiedy polityk wychodzi na scenę i zaczyna wyliczać sukcesy, warto zrobić coś bardzo prostego.
Nie patrzeć najpierw na liczbę.
Popatrzeć na czasownik.
Wybudowano?
Czy zakontraktowano?
Wydano?
Czy zabezpieczono środki?
Obniżono?
Czy przesunięto koszt?
Zrealizowano?
Czy rozpoczęto realizację?
Bo liczby zazwyczaj wyglądają poważnie.
Najwięcej polityki ukrywa się między nimi.
A czasem cały wielki sukces powstaje z jednego małego słowa, którego zabrakło na mównicy.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)